Dzienne archiwum: 26 marca 2013

Nie przechodzi mi to przez gardło, z trudem ,,spod palców”- problemy z Lileczką

Ostatnimi czasy, mimo choróbstw które nas dręczą oraz pogody która nas osłabia (fizycznie i psychicznie!), na prawdę dobrze mi z dziećmi. Dają mi frajdę, dumę, radość. Jakoś tak nerwy pozwalają mi być blisko nawet w trudniejszych sytuacjach. Których nie dostrzegam wiele. Ale dzisiaj jedno zdarzenie mnie zmartwiło. Lilcia. Moje kochane maleństwo…

Do dzisiaj mówiąc czy pisząc ,,problemy wychowawcze” miałam na myślo głównie Felonka, jego ataki bezradności przejawianej agresją wobec siostry, niereagowanie na prośby, czy próby zwrócenia na siebie uwagi dziwacznymi, niepojętymi acz irytującymi zachowaniami. Lila, w kontekście trudności, zawsze kojarzyła mi się jedynie z płaczami po nocach, koniecznością przewijania w najmniej korzystnych momentach, brudzeniem, wylewaniem, robieniem koszmarnego syfu podczas jedzenia. A tak, zaczęła jakiś czas temu histeryzować, gdy Felek nie chciał jej oddać tego, czym akurat się bawił. Owszem, nauczyła się ,,bić” ale efekty tej nauki wzbudzały w nas zaledwie pobłażliwe uśmieszki. Reagować? Po co, przecież ona jest malusia. Nosi fioletowy polarek i ma jasne włoski. Nie, nikt tego nie mówił, nawet nie myślał. Po prostu w mojej podświadomości (w Marcinka także, jak sądzę) Lilcia funkcjonuje jako biedny malutki bobasek, nad którym starszy brat wciąż chce się pastwić i trzeba go (bobaska) ratować.

Dzisiaj było inaczej. Bobasek jak często ostatnimi czasy, awanturował się przy stole. Nie ruszył zupy, za to domagał się możliwości grzebania w misce Felka (od kilku dni moje maluchy jedzą razem przy  dziecięcym stoliczku z krzesełkami), na co żadne z nas nie wyrażało zgody. Felek się najadł i poprosił jeszcze o rybkę z puszki na talerzyku. Lila oczywiście zamarzyła o tym samym, więc mimo nieruszenia obiadu, dostała (już widzę to oburzenie, że na deser dzieci dostaja rybę z puszki- ale skoro lubią to co?:) ). Natychmiast wywaliła swoją porcję i rzuciła się z łapkami do talerza Felka. Musiałam zainterweniować i wziąć Lilcię od stołu. Nie pomogło, wróciła tam w ekspresowym tempie. Zaczęła szarpać stolik, Felka i jego talerzyk. Tyle z tego było, że synuś wyczuwszy zagrożenie, zaczął rybkę pochłaniać migusiem. Całej nie zdążył. Mimo mojej obrony, bobaskowi udało się tak szarpnąć stolikiem, że Felek przewrócił się na krzesełku wraz z talerzem i z ogromnym impetem walnął głową w nasz, dorosły drewniany stół.

Nawet nie płakał. Usiadł patrząc tępo, więc wyniosłam rozhulałą Lilcię i zaczęłam sprawdzać, czy z nim wszystko ok. Do teraz nie wiem, bo chociaż twierdził, że nic mu nie jest, sam położył się, bardzo szybko od razu zasnął i śpi (a od kilku dni już nie spał w dzień). Do bobaska wróciłam i też pomogłam mu usnąć. A potem myślałam. I myślę nadal.

Nie zamierzam moich dzieci określać jako grzeczne czy niegrzeczne, jako ofiary i oprawców. Chcę żeby były bezpieczne. I tylko zdaje mi się, że oto zaczynam mieć dwoje dzieci, że moje myślenie  o nich będzie coraz bardziej symetryczne. Nie chłopiec plus dzidzia, nie przedszkole plus pieluchy, nie farby plus piłeczki ale jedna całość. Tworzona przez dwie wspaniałe istoty o dość wyraźnych i niekiedy zastanawiających temperamentach. Istoty, których niektóre potrzeby są identyczne, niektóre zaś totalnie inne.