Miesięczne archiwum: Kwiecień 2013

Radio

Robiłam babeczki i słuchałam radia, popatrując na kręcącą się Lilę. Między suszonymi morelami a mąką jaglaną, jej miękką sypkością lądującą na żółtych wiejskich jajkach z delikatnym kuchennym szmerem, do mych uszu dochodziły reklamy. Siekane migdały wirowały z otrębami orkiszowymi w babeczkowym szumie. A ja tu słucham o braku apetytu u dzieci. Na to apetizer. Mama nasłuchuje. I gdyby nie ta mąka żytnia, taka ciemna, miła w dotyku, to już bym pomyślała, żem zła matka, bo dziecko czasami apetytu nie ma. I nie kupuję apetizera.

Mama nasłuchuje. Już wie, że jest gruba. Bo zaraz po tym, jak radio pomstuje na brak apetytu u dziecka, zaczyna pomstować na nadmierny apetyt u osoby dorosłej. Na to też jest. Herbatka slimfast albo coś w ten deseń. Jak już wszyscy się najedzą i nienajedzą, to mogą jechać samochodem do cioci na żelki z witaminami. Dziecko z pełnym po apetizerze żołądkiem, zapieczętowanym ,,zdrowym”, pełnym wapnia, danonkiem. Ale żeby nie wymiotowało w samochodzie, ładujemy mu, uwaga, lokomotiv. Będzie fajnie, pewnie prześpi całą drogę. Lektor z reklamy pyta: ,,Jak się czujesz, Olu?”, na co cieniutki głosik odpowiada: ,,Super!”. Otręby, otręby, otręby, bo oszaleję.

To nie wszystko. Jak dziecku brak energii, to też się znajdzie recepta. Jak często choruje, tym bardziej. Tabletki, syropy. Kroję morele. Lila woła ,,am”, śpiąca. Przerywam kuchenne szaleństwo. Usypiam dziecko z piersią na wierzchu, wszystkie marsjanki i inne witamiszki mogą się schować. Tu żadnych problemów ze snem, z budzeniem ani apetytem nie ma. Reklamo, ale babeczek zdążyłam narobić.

Czerwony Kapturek

Po raz drugi już jedno z większych macierzyńskich wzruszeń mego życia dopadło mnie w Teatrze Miniatura w Gdańsku. Byłam z Felciem na muzycznym przedstawieniu ,,Czerwony Kapturek”. Zaczęło się już wczoraj, gdy spytałam synka, czy woli iść z mamą do kina, czy do teatrzyku. Bardzo zdecydowanie opowiedział się za drugą opcją, więc dzisiaj wyruszyliśmy podekscytowani.

Autobus, potem tramwaj- i jesteśmy. Już w holu Felek był trochę zmieszany, tłumy przedszkolaków nieco go onieśmielały. Gdy pani bileterka wskazała nam miejsca na ciemnej i (jeszcze) pustej widowni, mój synuś zasłonił uszy i oczy, wtulił się we mnie i pełen napięcia oczekiwał. Nie mógł mi uwierzyć jakoś, że nie będzie wcale aż tak głośno jak w kinie (on nie przepada za hałasem), ale gdy się zaczęło… Uwierzył :)

Dobrze, że światło raczej słabe na sali, bo matka znowu siedziała ze łzami w oczach. Felek- czteroletni chłopiec. Ostatni raz w teatrzyku byliśmy bardzo dawno, bo grubo ponad rok temu. I wtedy owszem, przedstawienie mu się podobało, ale oglądał je spięty, sztywny, bezruchu, bez klaskania, bez uzewnętrzniania stanów emocjonalnych. Jak kij. Wpatrzony w scenę i to, co się na niej działo. Hipnoza. Spoglądałam na rzesze innych trzylatków, rozbieganych, wiercących się, płaczących albo śmiejących się i myślałam sobie, co jest z Felkiem nie tak… A on… po prostu… tak chciał… i musiał dorosnąć. I już jest przecudownym czteroletnim chłopcem. Który- uwaga- zaśmiewa się do rozpuku, gdy aktorzy biegają, pojawiają się i znikają, a gdy wilk udaje, że napada na piszczące dzieci, on klaszcze i takoż piszczy: ,,Nie boję się, nie boję się”, aż podskakując na tym siedzeniu… Już pisałam, że ponad godzinę, miast wpatrywać się w scenę, rozpływałam się w zachwycie nad zmiennością (w końcu!) wyrazów twarzy mojego synka? No to tak właśnie było :)

W pewnym momencie, gdy dłużyła mu się jedna z piosenek, Felek zajęczał, że chce już iść do domu. Pomyślałam: ,,szkoda”, ale zaproponowałam, że zaczekamy jeszcze chwilkę, bo zaraz na pewno będzie coś fajnego. Za minutę już zapomniał, że chce wracać. A gdy nastała przerwa, był zawiedziony, że już koniec… I bardzo szczęśliwy, że to tylko na chwilkę ten ,,koniec”. Rozemocjonowany wracał na widownię po tej krótkiej pauzie.

Moje dziecko woli iść do teatru niż do kina. Moje dziecko ponad godzinę wytrzymuje skoncentrowane na przedstawieniu. Moje dziecko po powrocie do domu z teatru, bawi się w ,,Czerwonego Kapturka”. A ja uwielbiam być mamą w takich momentach…

Czarowny dzień

O mój Boże, byliśmy z Marcinkiem kilka cudownych godzin na wycieczce BEZ DZIECI. Od prawie 3 lat nie zdarzyło nam się to- ostatnio pojechaliśmy we dwójkę do Lwowa gdy Felek miał niecały roczek na kilka dni. I miałam doła, i wyrzuty, i chociaż było miło, nie wypoczęłam. A dziś OWSZEM!!!

Nie wierzę. Fish & chips na trawie, coca cola, spanie nad rzeką, chodzenie za rękę, brukowane uliczki, na widok których nie chce się rzygać, bo w sumie nie oznaczają wysiłku konia pociągowego na ugorze. Sklepiki z bibelocikami, oglądanie i macanie porcelanowych szkatułek w kształcie serc, zwiedzanie różnych poziomów uroczego miasteczka za pomocą wąskich SCHODÓW, wejście do sklepu ze słodyczami po czekoladę dla babci. Wszystko po prostu, bez ryku, bez szarpaniny. Tak, wycieczki z dziećmi mają jakiś tam swój urok. Te wszystkie farmy, ZOO, place zabaw. Ale musiałabym być stukniętą hipokrytką, gdybym powiedziała, że jest to dla mnie atrakcja większa, niż to, co przeżyłam dzisiaj. Było rozkosznie. I jeszcze to słońce…. Raj!!!

Gdy wcinaliśmy na brzegu rzeki frytki, przechodziła obok nas kobieta z wózkiem. Oczy miała podkrążone. Długo patrzyła na nasz chillout, nawet lekko odwróciła za nami głowę. Co myślała? Może to, co ja zawsze, gdy mijam szczęśliwe bezdzietne pary: ,,też tak chcę, ale pewnie to nigdy nie wróci”. Gdyby wiedziała:) Że my też myśleliśmy, że nie wróci. Wraca, wraca, tylko chcieć. Wyzbyć się oporów. Uwierzyć, że można.