Miesięczne archiwum: Maj 2013

Porażka przedszkolna again

Felek zaczął dziś płakać już w połowie drogi do przedszkola. Najpierw pojękiwał, potem popłakiwał, jak weszliśmy do budynku, zaczęło padać, a ten w ryk, że zmokniemy. Przecież będziesz w przedszkolu, to nie zmokniesz, ale ty nie idź do domku, bo zmokniecie z Lilą, nie synku, ja sobie tam coś szybko kupię w tym sklepie z ubraniami co sobie zawsze jakąś zabaweczkę kupujesz (dla nieuświadomionych- megatani lumpeks koło przedszkola) i nie zmoknę, buuuuu. Jak do ściany a serce w kawałkach.

Czuję, że gdzieś nawaliłam. Że zbyt słabo tłumiłam moją niechęć do wszelakich placówek edukacyjno- opiekuńczych i synek po prostu nie uwierzył mi, gdy zachwalałam mu to zasrane przedszkole. Chociaż predyspozycji do wiary w takie bzdury nie ma. Nigdy nie zaaklimatyzował się do końca w żłobku (chodził 8 miesięcy), teraz już prawie 9 miesięcy w przedszkolu i jest to samo, chociaż jest dużo starszy. Raz jest lepiej, raz gorzej, ale generalnie daleko mu do dzieci fikających po suficie ze szczęścia, że mają iść do przedszkola, a znam takie i wcale nie mało. I pochodzą z normalnych domów, a nie jakichś patologii, co do których wiadomo, że każde otoczenie jest sto razy lepsze. Ja się Felka pytam: ,,Co właściwie sprawia, że nie lubisz przedszkola?” i zawsze uzyskuję tę samą odpowiedź: ,,Nie ma tam mamusi”. A mnie nerwica bierze. Nie na dziecko. Na siebie. Bo to może być moja wina i mam do siebie o to pretensje. Bo możliwe, że przekazując komunikat o tym, że zawsze będę grać z nim w jednej lidze, niechcący przekazałam też taki, że jest z kim walczyć. I wszędzie, gdzie mnie nie ma, jest niebezpiecznie. Nie, nie taki był mój cel… Jeśli to osiągnęłam, to poniosłam mega, megasromotną porażkę.

W przedszkolu to już wył jak zarzynany. Ani plastelina, ani zabawki… Jak na ścięcie. Nic nie pomagają rozmowy o tym, że warto bawić się choćby samemu a wtedy inne dzieci się przyłączą; o jego koleżankach, które ostatnio poznał, a widziałam, że biegał z jedną za rączkę; o tym, że TAK NA PEWNO PRZYJDĘ i ŻADNI OBCY LUDZIE MNIE NIE UKRADNĄ- dżizas, nie wiem, skąd mu się to wzięło, ale powtarzane przez łzy po stokroć pytania typu ,,psyjdzies po mnie?”, ,,nikt cię nie zabieze?” doprowadzają mnie do szału, względnie do łez. Podobnie jak miliard razy składane tkliwe podziękowania za to, że go odebrałam… Powtarzam, nie jestem zła na dziecko tylko na siebie. Dla równowagi, omijanie tematu czyli normalnie wstanie, śniadanie i pójście do przedszkola także nic nie daje, wierzcie mi, że próbowałam już na prawdę wszystkiego. Nie wiem, co robić, mówić. We wrześniu idzie do szkoły na kilka godzin dziennie, znowu nowe otoczenie, dzieci, panie i myśl o tym, że mamy to przechodzić przez kolejne czort wie ile miesięcy, a może kurna lat, mnie dobija. I znowu to powiem, nienawidzę tych naszych zasranych norm kulturowych, które separują dzieci od rodziców, w dodatku w imię idei, w którą ci rodzice (ani dzieci) nie wierzą ani trochę. No, kończę, bo Lila piszczy, chora jest a muszę ją ciągać po jakichś przedszkolach. WRRRR :/



Felek bawił się z chłopcem!

Tak na szybko… Byliśmy na placu zabaw (Lilcia zdycha jeszcze, ale Felka roznosi, więc nie miałam wyboru…) i było tam oprócz nas jedno dziecko- ok. trzyletni chłopczyk z mamą. Felek jakiś czas orbitował wokół niego, obserwowałam bacznie czy mu nie dokucza aby (bo ostatnio niestety lubił tak sobie upatrzyć jakiegoś maluszka i się nad nim pastwić, a ja chociaż tego nie znoszę, musiałam wiele razy interweniować), ale nie. Raz mu tylko zablokował drogę na mostku, więc spokojnie powiedziałam: ,,Felek, pamiętaj, że ten chłopiec jest mniejszy od ciebie”, którą to aluzję mój synek zrozumiał i chłopca przepuścił. Uspokoiło mnie to.

Dużo czasu nie minęło a maluchy już rzucały się skoszoną trawą, latały, śmiały się, goniły i piszczały. Mama tego chłopca wyglądała na bardzo sympatyczną, ale nie miałam nastroju do nawiązywania znajomości, ponieważ chora, słabiutka Lila wisiała na mnie i na moim cycku przez cały czas. Biedulka, nie mogła dziś ustać na nogach. Ale co ja mam zrobić, przecież nie ją jedną mam, pogoda była ładna, więc poszliśmy, czy na tym cycku wisi w domu, czy na dworze… co za różnica? Przynajmniej miałam okazję podziwiać wzrost społecznych umiejętności Felonka. Pierwszy raz na placu zabaw tak po prostu zaczepił anglojęzyczne dziecko (bez czynienia złośliwości) co przerodziło się we wspólną zabawę. Byłam dumna i spokojna. Oczywiście musiałam pośredniczyć w zdobywaniu wiedzy na temat imienia chłopca, ale wolę tak, powoli małymi kroczkami, żeby czuł wsparcie, niż go rzucać na głęboką wodę- wiem, że wtedy się zniechęca. A tak- proszę- szczęśliwy, że udało mu się nawiązać kontakt. A jaki zaskok, że wcale nie trzeba rozmawiać, żeby się razem bawić! ech, dużo jeszcze nauki, przed Felciem, przede mną. Damy radę!

Chorowanie

Wczoraj dopadła nas grypa żołądkowa. Felek cały dzień z biegunką, wieczorem wymiotowali z Lilą oboje, mnie chwyciło niby bez uciążliwych objawów trawiennych, ale za to z gorączką i tak totalnym osłabieniem, że cały dzisiejszy dzień leżałam. Przewaliłam sobie materac do ,,bawialni” z komputerem, żeby mieć na oku chociaż mniej więcej co się dzieje, Lila dołączyła do mnie (śpiąc i nieśpiąc, ale bez energii, bez jedzenia przez calutki dzień), Felek na zmianę oglądał bajki (jemu z godziny na godzinę się poprawiało) i bawił się na materacu. Jakoś zleciało. Teraz już oboje śpią, a ja wypiłam herbatę i jakby nieco czuję głód- cóż, po całym dniu na czczo chciałabym coś zjeść chociażby w celu zregenerowania sił, ale jeszcze to chyba nie ten moment.

Ale do czegoś konkretnego zmierzam. Często przy okazji występowania w mojej rodzinie zarazków, które mnie jakoś szczęśliwie omijały zastanawiałam się, jak to będzie, gdy polegnę ja. Pomijam skręconą kostkę, kilka dni faktycznie mało aktywna byłam, ale kuśtykając dawałam radę wyjść na krótki spacer, czy zrobić obiad. Pomijam zapalenie zatok, które mnie zmogło niedawno, bo Felek był w tym czasie w Polsce i też jakoś spokojnie to przetrwałyśmy z Lilą, której właściwie zależało tylko na mojej rozpiętej bluzce. Ale dzisiejszy dzień był dla mnie maksymalnie leżący. I co? I nic. Świat się nie zawalił. Bałagan tragiczny, ale nie mam ochoty nikogo zabić, ani pomstować, jak mi źle. Nasz kochany współlokator (chwała Bogu miał dzisiaj wolne) zajął się praniem, obiadem (niestety nie przydał się nam jeszcze, ale mam nadzieję na jutro!) i przełączaniem Felkowi bajek. Wyprał nawet dywanik, kompletnie załatwiony przez chorobową kupę Lilianny. A sikała dziś Lilianna tylko 2 razy, bo mimo przyswajania ogromnych ilości picia i mojego mleka, wciąż po wczorajszych wymiotach była pewnie odwodniona. Więc nawet biegać z nocnikiem za nią nikt nie musiał.

Po raz kolejny moje przekonanie, że zdarza nam się tylko to, na co pozwolimy, nabiera sił. Bo zawsze byłam pewna, że moje chorowanie to będzie armagedon. A tu proszę, ja leżałam, Lila ze mną leżała, nagle się okazało, że kolega ma wolne w pracy, jeść nikt nie chciał, a wodę to jeszcze dałam rady lać do bidonów. No i jacy szczęśliwi byli, jak ich węglem nafaszerowałam :) Czarne jęzory i zęby, w dodatku na prawdę pomogło. Wciąż dążę do buddyjskiego spokoju, jaki utraciłam, gdy spanikowałam. Bo dałam sobie wmówić, że bycie z dziećmi MUSI być ciężkie. Gdy to oddalam, jest mi łatwiej. Nawet z odruchem wymiotnym na widok pluszowych składników spożywczych, z jakich Felonek namiętnie czynił dziś piknik dla lalek i dinozalłów…