Dzienne archiwum: 23 maja 2013

Porażka przedszkolna again

Felek zaczął dziś płakać już w połowie drogi do przedszkola. Najpierw pojękiwał, potem popłakiwał, jak weszliśmy do budynku, zaczęło padać, a ten w ryk, że zmokniemy. Przecież będziesz w przedszkolu, to nie zmokniesz, ale ty nie idź do domku, bo zmokniecie z Lilą, nie synku, ja sobie tam coś szybko kupię w tym sklepie z ubraniami co sobie zawsze jakąś zabaweczkę kupujesz (dla nieuświadomionych- megatani lumpeks koło przedszkola) i nie zmoknę, buuuuu. Jak do ściany a serce w kawałkach.

Czuję, że gdzieś nawaliłam. Że zbyt słabo tłumiłam moją niechęć do wszelakich placówek edukacyjno- opiekuńczych i synek po prostu nie uwierzył mi, gdy zachwalałam mu to zasrane przedszkole. Chociaż predyspozycji do wiary w takie bzdury nie ma. Nigdy nie zaaklimatyzował się do końca w żłobku (chodził 8 miesięcy), teraz już prawie 9 miesięcy w przedszkolu i jest to samo, chociaż jest dużo starszy. Raz jest lepiej, raz gorzej, ale generalnie daleko mu do dzieci fikających po suficie ze szczęścia, że mają iść do przedszkola, a znam takie i wcale nie mało. I pochodzą z normalnych domów, a nie jakichś patologii, co do których wiadomo, że każde otoczenie jest sto razy lepsze. Ja się Felka pytam: ,,Co właściwie sprawia, że nie lubisz przedszkola?” i zawsze uzyskuję tę samą odpowiedź: ,,Nie ma tam mamusi”. A mnie nerwica bierze. Nie na dziecko. Na siebie. Bo to może być moja wina i mam do siebie o to pretensje. Bo możliwe, że przekazując komunikat o tym, że zawsze będę grać z nim w jednej lidze, niechcący przekazałam też taki, że jest z kim walczyć. I wszędzie, gdzie mnie nie ma, jest niebezpiecznie. Nie, nie taki był mój cel… Jeśli to osiągnęłam, to poniosłam mega, megasromotną porażkę.

W przedszkolu to już wył jak zarzynany. Ani plastelina, ani zabawki… Jak na ścięcie. Nic nie pomagają rozmowy o tym, że warto bawić się choćby samemu a wtedy inne dzieci się przyłączą; o jego koleżankach, które ostatnio poznał, a widziałam, że biegał z jedną za rączkę; o tym, że TAK NA PEWNO PRZYJDĘ i ŻADNI OBCY LUDZIE MNIE NIE UKRADNĄ- dżizas, nie wiem, skąd mu się to wzięło, ale powtarzane przez łzy po stokroć pytania typu ,,psyjdzies po mnie?”, ,,nikt cię nie zabieze?” doprowadzają mnie do szału, względnie do łez. Podobnie jak miliard razy składane tkliwe podziękowania za to, że go odebrałam… Powtarzam, nie jestem zła na dziecko tylko na siebie. Dla równowagi, omijanie tematu czyli normalnie wstanie, śniadanie i pójście do przedszkola także nic nie daje, wierzcie mi, że próbowałam już na prawdę wszystkiego. Nie wiem, co robić, mówić. We wrześniu idzie do szkoły na kilka godzin dziennie, znowu nowe otoczenie, dzieci, panie i myśl o tym, że mamy to przechodzić przez kolejne czort wie ile miesięcy, a może kurna lat, mnie dobija. I znowu to powiem, nienawidzę tych naszych zasranych norm kulturowych, które separują dzieci od rodziców, w dodatku w imię idei, w którą ci rodzice (ani dzieci) nie wierzą ani trochę. No, kończę, bo Lila piszczy, chora jest a muszę ją ciągać po jakichś przedszkolach. WRRRR :/