Miesięczne archiwum: Lipiec 2013

Raport ze wsi w środku metropolii

No to sobie już tak ponad 3 tygodnie żyjemy. Tak, ,,żyjemy” to dobre słowo. Bo nareszcie moje dzieci mogą być dziećmi, a ja mamą, jaką czuję się…. tylko muszę mieć okoliczności sprzyjające by nią być. Mój mąż zbudował z gliny piec w ogródku i ugotował na nim jajka:) W związku z powyższym dzieci na golasa babrają się w glinie od rana do wieczora. Dziś zrobiliśmy sobie wycieczkę do miasta, na krótki shopping, bo okazało się, że w przeprowadzce zaginęły Felkowe kaloszki. Przy okazji kaloszków lody, farby, pędzle. No i malowali przez resztę dnia. Też na golasa, na dworze, malując wszystko naokoło i siebie. Lila wyglądała jak mały yeti. A ja relaks, bo deszcz zmyje, bo trawie farby też nie zaszkodzą. Mówię wam, kocham to. Jak to pięknie mieć kawałek swojego przedprzedsionka kosmosu. Bo między naszą trawą a niebem nic nie ma przecież. Ja tam suszę pranie. A oni żyją, po prostu. I już neurotycznie nie trzeba, nie trzeba na plac zabaw, czy do sklepu aby tylko gdzieś. Nie wiem, gdzie najbliższe children centre. Ale oni jakoś sie nie buntują. Cudownie przetrwały przeprowadzkę. Felek był na wakacjach w Polsce, cała historia z tym związana też, bo ja po niego samochodem z nowopoznanymi ludkami jechałam dobę… Dzieje się. Serce rośnie! I nawet stres ze szkołą powiązany jakoś znikomy, bo Felek nagle chce być duży i coś jakby nawet trochę chciał do tej szkoły chodzić. Aż nie wiem, co jeszcze:)

Z innej beczki

Lila od dawna wszędzie gdzie jest, ma ze sobą nocnik i z niego korzysta. Czasami zdarzają sie wpadki. Sytuacje newralgiczne to… gościny. Ja zajęta gadaniem, ona zabawą z innymi dziećmi, zapominamy o sobie, a ona dodatkowo o tym, co trzeba robić jak chce się siusiu. Ale nie mamy z tym traumy.

Natomiast wczoraj poszliśmy do lasu, gdzie za cholerę nie dało się wjechać wózkiem, więc i  nocnika nie mieliśmy. Strumienie, brodzenie w błocie, kąpiele w kałużach, budowanie tam… raj. Lila z lekką biegunką i… ani jednej wpadki! Zawsze w odpowiedniej chwili zdążyła się złapać za pupę i pokazać, w czym rzecz. No i wystawianie tejże pupy w krzaki, sikanie do rzeki, podcieranie się liśćmi- lepsze atrakcje dla prawie dwulatki ciężko sobie wyobrazić :D

Dziś proszę o kciuki, bo musimy coś załatwić na zadupiu i czeka nas spora przeprawa dwoma autobusami. Trzymajcie, trzymajcie. Nocnik z nami jedzie oczywiście, ale wiadomo jak to jest. Eee i biorę chusteczki tym razem :)

Byle znowu nie było zawodu! Hop do ogrodu!

No chyba czeka nas przeprowadzka! Marcinek był wczoraj oglądać mieszkanie. Dziwaczne i urządzone w piwnicy, normalnie patologia:D Jeden spośród trzech pokoi bez okien, 3 kible:D A tak poza tym, wieeelki ogródek, panele zamiast dywanów (love, love, love!!!!!) i wielka lodówko zamrażarka na wyposażeniu- czyli zabawa lodami kolorowymi z powtykanymi zabawkami i tworzenie własnych pysznych zdrowych lodów do jedzenia czeka nas! Przy okazji wychodzi na jaw pod jakimi względami MATKA uważa mieszkanie za atrakcyjne- co tam, że w piwnicy, ważne że dzieci będą miały się jak i gdzie bez skrępowania bawić. To chyba nieuleczalne :D

Moje dzieci są aktualnie obrażone na mnie, bo wczoraj zasiały mi znowu portfel i byłam zła a dzisiaj byłam zła, bo w ciągu pół godziny podczas których usiłowałam się dobudzić, oni zdążyli wysypać w salonie prawie pół kilo kawy rozpuszczalnej i umalować mieszkanie oraz siebie malowidłami dziecięcymi (dostali od cioci). Ale co tam.. Matka zła ze mnie, ale może będzie lepsza! Na pewno łatwiej być dobrą matką jak ma się ogród!