Raport ze wsi w środku metropolii

No to sobie już tak ponad 3 tygodnie żyjemy. Tak, ,,żyjemy” to dobre słowo. Bo nareszcie moje dzieci mogą być dziećmi, a ja mamą, jaką czuję się…. tylko muszę mieć okoliczności sprzyjające by nią być. Mój mąż zbudował z gliny piec w ogródku i ugotował na nim jajka:) W związku z powyższym dzieci na golasa babrają się w glinie od rana do wieczora. Dziś zrobiliśmy sobie wycieczkę do miasta, na krótki shopping, bo okazało się, że w przeprowadzce zaginęły Felkowe kaloszki. Przy okazji kaloszków lody, farby, pędzle. No i malowali przez resztę dnia. Też na golasa, na dworze, malując wszystko naokoło i siebie. Lila wyglądała jak mały yeti. A ja relaks, bo deszcz zmyje, bo trawie farby też nie zaszkodzą. Mówię wam, kocham to. Jak to pięknie mieć kawałek swojego przedprzedsionka kosmosu. Bo między naszą trawą a niebem nic nie ma przecież. Ja tam suszę pranie. A oni żyją, po prostu. I już neurotycznie nie trzeba, nie trzeba na plac zabaw, czy do sklepu aby tylko gdzieś. Nie wiem, gdzie najbliższe children centre. Ale oni jakoś sie nie buntują. Cudownie przetrwały przeprowadzkę. Felek był na wakacjach w Polsce, cała historia z tym związana też, bo ja po niego samochodem z nowopoznanymi ludkami jechałam dobę… Dzieje się. Serce rośnie! I nawet stres ze szkołą powiązany jakoś znikomy, bo Felek nagle chce być duży i coś jakby nawet trochę chciał do tej szkoły chodzić. Aż nie wiem, co jeszcze:)

2 myśli nt. „Raport ze wsi w środku metropolii

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>