Miesięczne archiwum: Sierpień 2013

Hulajnoga

Felinek uparł się, że do miasta pojedzie na hulajnodze. I chociaż ani ja, ani babcia, ani dwie ciocie które z nami ku temu miastu zmierzały- nikt!- nie wierzyłyśmy, że dojedzie, pozwoliłam mu wystartować ze sprzętem. Dotychczas robił bardzo małe dystanse.

Hulajnoga już na drugim bodajże skrzyżowaniu wylądowała w koszu wózka, a dwoje dzieci za rączkę z mamą wlokło się jak żółwie, jak zawsze zbaczając z trasy co kilka metrów, nie żałuję. Chociaż potem musiałam we wózku pchać dwójkę i hulajnogę. A potem jeszcze tonę zakupów. Ale nie podcięłam skrzydeł, nie mówiłam, że nie da rady, chociaż doskonale wiedziałam, jak to się skończy, że będzie to dla mnie pewne, być może duże utrudnienie. I było.

Tylko czyj to był pomysł, żeby telepać się do miasta, mój (w sensie dorosłej części), czy ich? Ja chciałam iść, one nie wpadłyby na to, trzeba było opracować kompromis. Ten kompromis powolutku dopracowuję do perfekcji. Ja mam jakiś plan na dzień i go wykonujemy, ale w tempie możliwym dla dwuletniej niespełna kruszyny- wszak powinno być ono dostosowane zawsze do najsłabszego ogniwa. A ogniwko moje złote nie raczy jeździć we wózku, chyba, że pod koniec trasy, gdy jest już na prawdę zmęczone. Spacery trwają godzinami, trwają dniami, trwają niekiedy absurdalnie długo. Ostatnio godzinę (!) szliśmy na plac zabaw. Sama ten dystans pokonuję w 10 minut.

Widzę w tym sens, bo kto wymyślił czas? Nie one i coraz częściej dociera do mnie (a z ulgą owo docieranie przyjmuję!), że i nie ja. Nie, nie jestem odpowiedzialna za to wszystko, cały ten zmyślony dziwaczny system w jakim funkcjonujemy i tym bardziej nie chcę pozwalać, by były za to odpowiedzialne moje dzieci.

Istoty absolutnie i doskonale niewinne.

Mech

Miewam takie dni, albo poranki, albo popołudnia, że moja cierpliwość i błogie rodzinne poczucie jedności ze wszechświatem, szwankują. Nie wiem, co jest tego przyczyną, z reguły jak coś nade mną ,,wisi”, jakieś obowiązki, a tu kurde, trzeba się dziećmi zajmować, sama siebie nie poznaję. Staram się na zewnątrz nie okazywać tych uczuć, nie chcę być niesprawiedliwa dla dzieci, ale w środku aż mnie roznosi. Gdy czuję, że to widać, próbuję o tym mówić, żeby przynajmniej Felek zrozumiał. Ale on zdaje się wtedy celowo robić wszystko, żeby mnie wkurzyć jeszcze bardziej- albo tak jest w moim subiektywnym odbiorze. Dzisiaj tak było. Poszłam z dziećmi na spacer i okazało się, że wózek złapał gumę. Ale obiecałam im już plac zabaw (ostatnio rzadko chodzimy- samobójstwa Lileczki), więc się wlokłam. Cały czas myślałam o tym wózku, co teraz muszę zrobić, kupić GDZIEŚ zestaw do naprawy, zmobilizować Marcinka, stracić na tym dużo czasu i nerwów (szczególnie na tym pierwszym) itd… Mój Zen został zaburzony. Skutkiem czego drażniło mnie to, że Lila nie chce iść za rękę, że Felek ciągle o coś pytał, że zbierali po drodze jakieś śmieci, a więc sprawy, z którymi normalnie dobrze sobie radzę.

Moje tłumione wkurzenie sięgnęło apogeum, kiedy poelcieli mi do jakiegoś przydrożnego drzewa, znaleźli mech i zaczęli go odrywać. I przynosić do mnie, żebym im wzięła do domu. I pakować do wózka. ,,Nieeeeee…….!”- jęknęłam. I wtedy zobaczyłam reklamówkę na dnie wózkowego kosza. ,,Mam pomysł. Pakujcie sobie mech do tej siatki”- czyli można. Dzieci zachwycone. Uzbierały całą. Jaka radość na buziach, jaki zapał. Poczułam ulgę, że nie jest ze mną jeszcze tak źle. Poszliśmy na plac zabaw, gdzie bite 2 godziny było miło. Mnóstwo dzieci, Lila ani razu nie skoczyła z niczego, trzymała się przy mnie, m.in. leżąc na trawie (!!!!- no takie pobyty na palcu zabaw to ja rozumiem), a Felonek w tym czasie wchodził w intensywne interakcje z innymi dziećmi. Sielanka!

A mchem bawili się potem w ogródku. Myślę, że czasami warto nie pozwolić negatywnym emocjom wydostać się na wierzch. Przeciez dwulatka, czterolatek nie pojmą tych zawirowań, w jakie wpada dorosła kobieta, obarczona wysiłkiem takim czy innym, obowiązkami. Nie sądzę, by sprawiedliwie było obciążać swoimi problemami dzieci. Lepiej wytrzymać i potem wyładować się w rozmowie z kimś równym sobie, wyrzucić z siebie to, co gnębi. Albo zwyczajnie poleżeć na trawie. I pozwolić nazbierać mchu na zabawę w ogrodzie.

Taborecik

Był piękny letni poranek, kiedy pewnego razu uznałam, że jakaś moja granica została osiągnięta, zdobyta i sponiewierana. To było około dwóch lat temu, a ja w zaawansowanej ciąży po raz dwudziesty w ciągu godziny musiałam podnieść kilkunastokilogramowego dwulatka do umywalki, by pomóc mu umyć rączki. Tego dnia z zaciśniętymi ustami poszłam do pierwszego z brzegu (żeby mieć to z głowy), niestety dość drogiego sklepu z akcesoriami dla dzieci i ku niezrozumieniu Marcinka zakupiłam taborecik, taki podnóżek dla dzieci żeby mogły wyżej sięgnąć. Moje życie wydało mi się piękniejsze od razu po powrocie, jak tylko zaistniała konieczność umycia rączek.

Dziś od świtu moje dzieci grzebią się w farbach, a Lila ciągle przylatuje i chce myć rączki (absurd dwulatka- zabawa tak, brudzenie się tak, ale bycie chociaż trochę brudnym dłużej niż 5 sekund to już trauma). Zaczęło mnie to wkurzać, bo chociaż mniejsza od Felka w tym wieku, i to znacznie, jednak ciężar jakiś tam sobą reprezentuje i wymaga ode mnie łażenia, podczas gdy ja chce wypić poranną kawę. W pewnym momencie przypomniałam sobie TAMTEN poranek i myśl jak radosna tęcza przefrunęła pod moją niedokofeinowaną wciąż czaszką- przecież ja mam taborecik!!!!! Służy jako dziecięce siedzisko w ogródku ale zraz posłuży tak, jak powinien!

Lila nauczyła się samodzielnie korzystać z umywalki bardzo szybko. A ja chciałam tylko napisać, że bycie mamą przy drugim, i podejrzewam, przy każdym kolejnym, dziecku, paradoksalnie jest dużo łatwiejsze.