Dzienne archiwum: 11 sierpnia 2013

Zupa

Moje dzieci, z tej racji, że jest lato, a one żyją od rana do wieczora na wolnym wybiegu (sporym) zakrzaczonego ogrodu, z przerwami na wyprawy do lasu, muzeum itd, robią ostatnio tak wiele fantastycznych rzeczy, że rozpływam się jak masło na samą myśl o własnym oraz ichnim szczęściu. Przykładowo- Lila bawi się niedojrzałymi jabłuszkami, które spadły z drzewa na nasz nieprzystrzyżony trawnik, wkłada je do pojemnika po jajkach. Ja leżę sobie na kocyku nieopodal i nic poza tym nie robię. Jej nagle jakby coś się przypomniało, przyłazi, gramoli się na mnie, czyni sobie dostęp do mleka, spija po 10 razy z każdej strony i wraca do zabawy. Po drodze bierze garnek (cały komplet starych garnków ostatnio zahaczyliśmy ze śmietnika i WCIĄŻ są w dziecięcym pełnym pasji użyciu!) i sypie tam piasku, pewnie się przyda. Idzie gdzieś tam.

Oni są tu cały czas zajęci. Z tego powodu Calyb (wciąż nie znam pisowni!), gdy po raz kolejny pyta mnie, gdzie mamy telewizor (cała czwórka przebywa u nas w domu i ogrodzie na prawdę DUŻO- jak chcą, wyciągam ich przez płot, już nawet nie pytając ich rodziców, czy mogą, bo wiem, że najwyżej chłopcy zostaną zawołani), wpędza mnie w zakłopotanie. Dziś w poczuciu winy, że jednak chyba nie potrafię zapewnić dzieciom rozrywki, puściłam im film na DVD (Feliksik protestował, bo chciał bawić się w chowanego). Przecież jestem dobrą sąsiadką, przecież nie będę na siłę narzucać kochanym dzieciakom swojego światopoglądu, przecieśż chcę, by dobrze się tu czuli. I chyba czują, bo Isaac (ten czteroletni) histerii płaczowej ostatnio dostał, jak tata kazał mu wracać do domu.

Od 2 dni Felek gotował zupę. Było w niej wszystko. Liście, farba, jabłuszka z trawy, resztka kurkumy, kwiatki, no wszystko. Przyniósł mi na udawane posmakowanie. ,,Już skończyłeś gotować?”- zapytałam. ,,Nie”- odparł mój synek- ,,Bo blakuje mi jesce tlochę magicnego pyłu. Zapytam taty, cy ma!”- i poszedł do kuchni. A tata, jak to tata, z poważną miną powiedział, że owszem, zostało mu trochę z gotowania obiadu i nasypał mu jakiejś przyprawy. Została jako magiczny pył natychmiast dodana do calodziejskiej zupy dla calodziejów- ,,Ty tes mamo jesteś calodziejem, bo cię tak nazwałem”- poinformował mniekucharz. Piękne to takie wszystko, a ja….

No właśnie, bo ja w momencie jego kucharskiego zaangażowania zaczęłam w myślach marudzić, że aparat zepsuty i nie mogę całej tej akcji ani żadnej innej obfotografować i pochwalić się na fanpejdżu, że moje dzieci się bawią. ,,Co za absurd!!”- opamiętałam się- ,,Fakt, że nie mogę zrobić zdjęcia, nie sprawia, że TO się nie dzieje!”. To się dzieje, to ich ubogaca, to mnie rozczula, to jest nasze i na pewno megaważne. Nawet i bez czterdziestu pięciu lajków pod focią.