Dzienne archiwum: 20 sierpnia 2013

Taborecik

Był piękny letni poranek, kiedy pewnego razu uznałam, że jakaś moja granica została osiągnięta, zdobyta i sponiewierana. To było około dwóch lat temu, a ja w zaawansowanej ciąży po raz dwudziesty w ciągu godziny musiałam podnieść kilkunastokilogramowego dwulatka do umywalki, by pomóc mu umyć rączki. Tego dnia z zaciśniętymi ustami poszłam do pierwszego z brzegu (żeby mieć to z głowy), niestety dość drogiego sklepu z akcesoriami dla dzieci i ku niezrozumieniu Marcinka zakupiłam taborecik, taki podnóżek dla dzieci żeby mogły wyżej sięgnąć. Moje życie wydało mi się piękniejsze od razu po powrocie, jak tylko zaistniała konieczność umycia rączek.

Dziś od świtu moje dzieci grzebią się w farbach, a Lila ciągle przylatuje i chce myć rączki (absurd dwulatka- zabawa tak, brudzenie się tak, ale bycie chociaż trochę brudnym dłużej niż 5 sekund to już trauma). Zaczęło mnie to wkurzać, bo chociaż mniejsza od Felka w tym wieku, i to znacznie, jednak ciężar jakiś tam sobą reprezentuje i wymaga ode mnie łażenia, podczas gdy ja chce wypić poranną kawę. W pewnym momencie przypomniałam sobie TAMTEN poranek i myśl jak radosna tęcza przefrunęła pod moją niedokofeinowaną wciąż czaszką- przecież ja mam taborecik!!!!! Służy jako dziecięce siedzisko w ogródku ale zraz posłuży tak, jak powinien!

Lila nauczyła się samodzielnie korzystać z umywalki bardzo szybko. A ja chciałam tylko napisać, że bycie mamą przy drugim, i podejrzewam, przy każdym kolejnym, dziecku, paradoksalnie jest dużo łatwiejsze.