Marzyłam o tym…

Wczorajszy dzień był jednym z piękniejszych w moim macierzyńskim życiu. Już pomijam fakt, że ostatnio, ponieważ dzieci na lato i zmiany totalnie się rozregulowały, jestem wykończona i czuję się jak zombie, bo gdyby to był wyznacznik, nie mogłabym pisać, że jestem szczęśliwa… Rano poszłam z dziećmi na plac zabaw. Poznaliśmy tam polską rodzinką z 4-letnim chłopcem i 2-letnią dziewczynką (brzmi znajomo, co?:) ), która, jak się okazało, mieszka na przeciwko nas, po drugiej stronie ulicy. Żadne z nas nie mogło w to uwierzyć! Oni teraz lecą na wakacje do Polski, jednak na pewno będziemy się spotykać- Felek z Piotrusiem bardzo się polubili!

Ale to nie wszystko. 3 dni temu za płotem pojawiło się interesujące towarzystwo. 4 hinduskich chłopców w wieku 2,5- 7 lat wariujących na hulajnogach oraz ich rodzice, którzy przyszli się przedstawić, nauczyciele, o kojącej obecności, Nataly i rozmowa z nią, to było jak dotyk Boga przez ten skrzypiący płot. Jest niesamowita. Nie mogłam potem zasnąć, jak ją poznałam, zastanawiałam się nad skutecznością swoich modlitw, które klepałam od miesiąca w celu wyczarowania chociaż jednego dziecka w sąsiedztwie, tak by Felek miał się z kim bawić. A tu nagle czterech chłopców, w dodatku otwartych na nowe znajomości, Calyb (nie jestem pewna czy tak pisze się jego imię), ten najstarszy, bardzo troskliwy i odpowiedzialny… Wczoraj w końcu zgraliśmy się z pobytami w domach i najpierw Felek poszedł do nich, potem oni do nas. Co to było!!! Farby, glina, zabawki, wszystko poszło w ruch. Zaniepokoiłam się, bo dzieciaki na prawdę porządnie się wybrudziły, zaczęłam szorować ich sandały, żeby mama jeszcze kiedyś ich do nas puściła:) Skąd można mieć gwarancję, że ktoś równie nie przejmuje się ponderabiliami, jak ja? Poszłam do Nataly z przepraszającą miną, zaczęłam się tłumaczyć… Ona tylko roześmiała się i powiedziała: ,,Przecież to nieważne, dobrze, że tak fajnie się bawią”. Możliwe, że chciała zrobić dobre wrażenie, a możliwe, że faktycznie zabawa i radość mają dla niej większe znaczenie, niż kilka spieralnych plam na koszulce. Tak czy siak- nie mam słów, by wyrazić swoją radość z nowego sąsiedztwa! Dziś albo jakoś wkrótce może uda nam się razem wybrać na plac zabaw, czy do ogrodo- parku, pięknego miejsca dla relaksu i spacerów, zlokalizowanego też niedaleko nas… Są tam rozkoszne ścieżki wśród rosarium i potężna drzewa, ogromne szyszki i gęstwiny stworzone do zabawy w chowanego.

Oswajanie przestrzeni idzie nam cudownie. Byliśmy już w lokalnym muzeum (kocham te angielskie atrakcje turystyczne, bo wszystkie przystosowane do wizyt z dziećmi!!!), w bibliotece (Felek wypożyczył sobie bajkę na DVD), na wielu spacerach, w wieeeelkim lesie, tam i siam. W środę wybieramy się na zajęcia plastyczne właśnie do ww. muzeum i serce me drży ze szczęścia matczynego, że w końcu coś się chce i da robić. Niebawem bukuję też bilety do teatru dla maluszków… W Ashford mogłam tylko pomarzyć o takich atrakcjach, niesetety. Fajnie, że nowy etap, progres, emocje. Na prawdę pod tym względem nie mam na co narzekać!!! :)


3 myśli nt. „Marzyłam o tym…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>