Miesięczne archiwum: Wrzesień 2013

Pępowina odcięta?

Nie cierpię metafory odciętej pępowiny, drażnią mnie niepomiernie sugestie dawane troskliwym matkom, że powinny odciąć w jakimś tam momecie pępowinę. Cóż, poród lotosowy, wciąż praktykowany w wielu kultrach, wraca do łask także w społeczeństwach zachodnich, ale przecież mamy tu do czynienia, o ile kojarzę, z maksymalnie 2 tygodniami…. Poza tym chyba się nie zdarza życie dziecka i matki połączonych pępowiną. A jednak coś mnie uwierało… Po ostatnim moim wpisie ktoś mi wyrzucił, że czas odciąć pępowinę. Myślałam o tym te kilka dni. Tak, czas najwyższy. Tylko że ja pępowiną połączona byłam z ideą rozmnażania się. Podświadomie czułam, że ciąża, karmienie, czuła opieka nad maleństwem to coś, co nadaje mi wartość. Wczoraj przebudziłam się. Spojrzałam na dzieci- absolutnie doskonałe. Poszłam na Baby cafe. Cała wielka sala wypełniona matkami z maluszkami, kobiety przytłoczone problemami laktacyjnymi. Wyszłam wstrząśnięta. Do nocy myślałam, czy ten wolontariat dla mnie. Czy dam radę.

A dziś rano wstałam przeziębiona i ponieważ nigdzie nie latałam, mogłam pozwolić sobie na moment refleksji. Moje życie aktualnie daje mi ogrom satysfakcji. Mój tydzień to geniusz aktywności. Mam mnóstwo pomysłów, planów. Chcę i czuję się na siłach robić coś dla świata, ponieważ MOJE dzieci nie są już tak absorbujące. Rozejrzałam się po mieszkaniu, w którym akurat chwilowo nie ma couchsurferów: gdzie ja bym miała tu wcisnąć kolejny materac? Nawet malutki? Spojrzałam na mapę święcącą swoje triumfy na najbardziej wyeksponowanej ścianie: wielki ten świat. Czytam w ,,Twoim Stylu” reportaż, dlaczego Polki nie chcą rodzić. Zaczęłam rozumieć: obawa przed utraceniem statusu quo, który daje zadowolenie. Poczułam coś podobnego dzisiaj. Pytanie z otchłani podświadomości: ,,a gdybym już miała nigdy nie urodzić?”- do niedawana taka ewentualność jawiła mi się jako koszmar. Dziś pomyślałam: ,,Jestem w innej sytuacji niż bohaterki artykułu- nic nie zmieni tego, że już mamą jestem i to dla dwóch aż kosmicznych istot!”

Tyle jest do zrobienia jeszcze, że aż się wierzyć nie chce. I nie chodzi mi o zmywanie naczyń.

Baby cafe, synek w szkole, zapiernicz non stop :>

Ostatni raz pisałam zdychając ze zmęczenia i dużo się przez te 9 dni POD TYM WZGLĘDEM nie zmieniło. A pod innymi- i owszem. Felek poszedł do szkoły i do niej chodzi. Osamotniona synkowo jestem totalnie, on tam sie odnajduje, chce chodzić, ja  mu te lancze kreatywnie pakuję, on wraca to nie chce wracać, tylko z chłopcami dalej być, a ja jakby mnie nogę ucięli. Nie ma go, mam jedno dziecko za dnia, mniej absorbujące, a czuję się tysiąc razy bardziej zmęczona. Nie rozumiem. Tak mi dobrze, że on tak nie płacze i taki ,,spokój” w domu, jak go nie ma, ale jeszcze nie nawykłam, wczoraj się popłakałam, bo poczułam, że coś tracę, on taki zadowolony, jakby obcy, ja składam mundurek na drugi dzień i resztki lanczu zdrapuję z szarych spodenek. Mówię mu, że go kocham do podusi, a on że stalcy gadania. Bo on musi do skoły się wyspać. Ale lepiej mi dziś, w kąpieli zgodził się zaśpiewać ze mną ,,naszą” piosenkę: ,,Bo to było tylko moje, ale za to ukochane, już od rana roześmiane…..” i dotarło do mnie, tak, że go nie tracę  tylko najzwyczajniej w świecie czas płynie. Płynie.

Pierwszy raz dziś w ramach kursu breastfeeding peer support poszłam na Baby Cafe, miejsce spotkań karmiących mam, wolontariuszek i profesjonalnych doradczyń laktacyjnych. Mam chodzić raz w miesiącu w ramach ,,praktyk”, wychodzi na to, że będę raz lub dwa w tygodniu- bo mi pasuje, bo atmosfera jest wspaniała i nie myślę o swym sieroctwie matczynym bezsynkowym. A dzis nawet udało mi się doradzić jednej mamie, przyszła z 5-miesiączną córcią nabyć wiedzy o rozszerzaniu diety, bo jej marudzą, że głodzi dziecko, rodzina umila życie radami, że w tym wieku już pierś  nie wystarcza itd, itp…. Usłyszałam, o czym gada z doradczynią, to się grzecznie podpięłam pod temat, za co mi potem dziękowała, podobno mówiłam o tym, co czuła i dodałam jej wiary we własny instynkt- a mówiłam mało, za to o tym, że Lila w tym wieku też jeszcze nic nie dostawała, dopiero jak tak z 8 miesięcy miała i że BLW. No i okazało się, że strzał w dziesiątkę, mama dostała nawet od doradczyń film na DVD o BLW. Wyszłam i lekko mi było…. I cudnie, bo jak ta mama tam gadała, maleństwo zaczęło się kręcić, wzięłam je na ręce i nie płakało, pokazywałam mu lampki, zabawki, było bardzo zainteresowane, mama miała chociaż te 7 minut spokoju i swobody ruchów. Myślę, że jak na całkiem całkiem pierwszy raz w mojej przygodzie z wolontariatem poszło ok.

W domu tlumno jak zawsze, dziś Włoch wyjechał, od wczoraj mamy Greczynkę, jutro 3 Polki dojadą. I jeszcze Marcinka mama jest, więc dzieje się cały czas coś i mniej tęsknię dzięki temu. Moja siostra wczoraj córcię urodziła, więc  też myśli mam zajęte, nie tylko ręce. Dobranoc!!!

Duży dzień przed nami

Jestem potwornie zmęczona. Mimo to jednak chcę napisać, bo chcę się podzielić doświadczanymi mieszanymi emocjami- jutro idziemy podpisać papierki w szkole, dobrać mundurek. Chcę i nie chcę, zresztą tych samych dokładnie słów używa Felek, zapytany, czy cieszy się, że pójdzie do szkoły.

Bo pójdzie.

Pójdzie tylko dlatego, że udało się znaleźć miejsce w grupie Isaaka, pani dziś do mnie zadzwoniła i zaprosiła na jutro rano w celach informacyjno- organizacyjnych. Ponieważ czułam się kompletnie roztrzęsiona, Natalie wsparła mnie bardzo ciepło, rozpowiadając się o empatycznym stosunku nauczycielki maluchów w NASZEJ szkole, a ponieważ ona też jest nauczycielką (nie pracuje zawodowo), wie co mówi. Mam do niej duże zaufanie.

Mimo to pełna jestem obaw. Cztery lata wydaje mi się skandalicznie niewiele na rozpoczęcie systemowej edukacji. Jestem przeciwna uniformizacji jakiejkolwiek, a cóż dopiero dzieciaczków. Martwię się, jak zniesie rozłąkę, barierę językową. Czy nie będzie zbyt zmęczony, przecież to jest 6 godzin poza domem. Czasami czuje potrzebę położenia się na kilkanaście minut po spacerze, oddechu po obiedzie. Przecież teraz nie będzie miał takiej możliwości. Chociaż jak patrzę na Isaaka po szkole,to nie wygląda na zmęczonego :)

Całe szczęście, że synuś nie umorduje się przesadnie w drodze do szkoły, bo Marcin- postanowione- będzie chłopaków zawoził. Wracać będą z Natalie autobusami. Cieszę się niezmiernie, że nie będę musiała się w te zaprowadzania i odprowadzania szczególnie angażować. Był to dla mnie potężny bagaż emocjonalny, kiedy Felek chodził do przedszkola.

Właśnie położyłam synka do łóżka, chwilę rozmawialiśmy, generalnie już jutro chciałby zostać z Isaakiem, cieszy się, że dostanie specjalny szkolny strój i będzie mógł zabierać rysunki ze szkoły do domu- tego pewna nie jestem, ale powiedziałam, że zapytam panie. Ja chyba dziś nie zasnę.

No i szybki apdejt z innych dziedzin, żeby nudno nie było: znaleźliśmy dziś relatywnie blisko domu (spacerek pieszy) park z minizoo oraz skocznią wypełnioną piaskiem (taką do skoku w dal), gdzie dłuuuuugi czas spędziliśmy rozkoszny. Na couchsurfingu para Polaków, jutro Włoch, pojutrze Wietnamka. Ale my jakoś towarzysko nie żyjemy za bardzo, inne sprawy nas pochłaniają, czytaj pierwsze zdanie tego wpisu.

***

Właśnie zajrzałam do sypialni. Patrzę: Felek nie śpi. ,,Martwisz się szkołą?”- pytam, nie wiem po co- ,,A dlacego miałbym maltwić się skołą?”- odpiera moje dziecko. Czy ja kiedyś pisałam, że macierzyństwo otworzyło przede mną jaskinię cudów, za jakie uważam repertuar doznań psychicznych, których istnienia wcześniej nawet nie podejrzewałam? Nie? Jest tak. Jestem innym człowiekiem. Bo moje czteroletnie kochanie mówi: ,,Dlacego miałbym maltwić się skołą”, podczas gdy ja trzęsę portkami!