Dzienne archiwum: 3 września 2013

Felek nie idzie do szkoły za to poznaje ludzi z całego świata :)

Mówię wam, kompletny chaos. ,,Łapię chwilę jak motyle”, żeby w ogóle wejść na dłużej na kompa, bo czas pędzi jak szalony kołowrót! Ekscytacja, to mało powiedziane. Tyle się dzieje. Ale zacznę od najważniejszego: dostałam odpowiedź z councilu- nie ma w okolicy miejsca w szkole dla Felonika!! HURRRRA! Zaproponowali miejsce w szkole mocno oddalonej, ja jej oczywiście nie chcę, mam się skontaktować w sprawie aktualnych możliwości edukacyjnych dziecka, dziecko będzie na ,,waiting list” tych szkół wszystkich z pobliża, ale ja już nie drżę. W dodatku Marcinek coraz bardziej otwarty na edukację domową nawet od zaraz, muszę to wszystko dograć, ulegalnić, Marcinek chciałby jakiś kurs pedagogiczny skończyć, bo obawia się o swoje podejście… Ale ja czuję, że jest z górki. Z mega górki. Czuję się dokładnie, jakbym jechała na sankach z Mount Everestu.

A u nas, dorosłych, zaczął się sezon na couchsurfing. Cały miesiąc wrzesień mamy zawalony ludkami z całego świata. Wczoraj w nocy przybyły Austriaczki, dwie przesympatyczne dziewczyny z plecakami. Felek rano zakochał się w obu ,,ciociach”, szczególnie jedna mu przypadła do gustu, nie chciał zejść jej z kolan i zażądał, bym zrobiła dla niej kakałko. To tak gwoli odpowiedzi na pytania (dostaję ich mnóstwo), jak dzieci reagują na ,,obcych ludzi w domu” i czy się nie boją.

A propos ,,obcych ludzi”, to ostatni tydzień gościliśmy poznane na fejsie 2 sławne fotografki (Dorota, Marusia, całujemy!!!!!), które nie dość że wpuściły do naszej piwnicy powiew rześkości i pozytywnego wariactwa, to jeszcze zrobiły mi cudowną sesję zdjęciową dzięki której poczułam się jak człowiek :)

I ostatnia wiadomość, także z tych uskrzydlających. Dziś w parku poznałam Mehrnoosh, mamę 2 dzieci mniej więcej w wieku moich. Zaczepiła mnie ze słowami, że pewnie nie jestem mamą, ale babysitter, bo z tego co zauważyła, matki rzadko pozwalają buszować dzieciom w krzakach i brudzić się zielskiem a ja właśnie to robię i to ją zachwyca. Zagadałyśmy się tak, że aż nam dzieci pouciekały i się pogubiły (na szczęście się znalazły, ale niespełna dwuletni synek Mehrnoosh wyleciał za bramę parku….). Cudwony stosunek do rodzicielstwa. Otwarty umysł i dusza. Fluidy. Miłość od pierwszego wejrzenia! Niesamowicie pozytywna energia. Pisze to i… tęsknię za nią. Wymieniłysmy się numerami, adresami mailowymi. Obiecała przyjść na urodzinki Lileczki. A co ciekawe, Mehrnoosh jest Iranką i mówi do dzieci po persku. Do dzieci brudnych jak moje:) Jeżynami, piachem. Może będę miała pod nosem (bo mieszkają niedaleko nas!) kolejną (po naszych sąsiadach, jak się okazało, o korzeniach karaibsko- afrykańskich, nie hinduskich) tak inspirującą rodzinkę.

Wiele by pisać, kurczę, no! Próbuję być na bieżąco, ale się normalnie nie da. Tyle, tyyle!! I jeszcze do tych Austriaczek Włoch dziś w nocy przyjedzie, to na niego czekam, żeby mu powiedzieć, że czajnik nie działa :D