Dzienne archiwum: 30 października 2013

Po Felka

Pojutrze bladym świtem a w zasadzie jeszcze po ciemku Marcinek zawozi mnie na lotnisko i lecę odebrać moje starsze dziecko od dziadków. Uczucia moje z tym powiązane są dość ambiwalentne. Mianowicie cieszę się, że go zobaczę, ale prawie 2 tygodnie na innych niż zwykle zasadach dało mi możliwość głębokiej refleksji nad sobą. Pomijam fakt, że przez cały ten czas ostro imprezowaliśmy z couchsurferami i nie tylko, bo mogliśmy- odeszła nam szkoła i poranki, które dla mnie każdego dnia, mówiąc delikatnie, silnie zautomatyzowane. Nie ma w nich sekundy dla mnie, cały czas muszę wykonywać CZYNNOŚCI, odpowiadać na czteroipółletnie zarzuty wobec rzeczywistości, zmagać się z konfliktami między rodzeństwem, trzymać na wodzy emocje. Tak, tak, nie jest łatwo, ale było mi bardzo łatwo z samą Lilą i z poczucia winy nad myślami tego rodzaju wyjść nie mogę.

W ogóle nie mogę z nich wyjść. Dziś były u mnie kochane moje, Kasia i Monia, dzieciaki latały po ogródku, my się sobie nawzajem wyzewnętrzniałyśmy. Pierwszy raz głośno udało mi się powiedzieć o tym, co mnie gryzie od nie pamiętam kiedy. Felek wzbudza moje permanentne poczucie winy. Gdy on ogląda bajkę- czuję się źle, czuję że muszę z nim coś robić, gdy to samo robi Lila, rozczulam się jej miną podczas śledzenia koleji losów piesków i kotków w jakiejś nieskomplikowanej historii. Felek nie zje obiadu, wewnętrznie panikuję, obiadu nie zje Lila, wiem, że nadrobi cyckiem, nie robi to na mnie wrażenia. Gdy młodszemu Felkowi zdarzyło się mnie lekko uderzyć w złości (nawet jak to piszę teraz, coś mną wstrząsa), czułam się nejbeznadziejniejszą matką świata. Czułam potężną presję nie wiem czego- jak to, dziecko mnie BIJE?! Gorzej nie może być. Nie potrafię tego określić. Ale Lila się do mnie tuli, ssie pierś a za chwilę coś ją zdrażni i potrafi pacnąć łapką- to ja do niej  ze śmiechem: ,,Ty paskudo”, łaskoczę ją, bo wiem- to jest element naszej symbiozy, cielesno- duchowego przywiązania, to nic takiego, przecież na Boga, mnie to nie boli. To jej sposób na wyrażenie czegoś tam w tej sekundzie. Umiemy to rozładować. Nie ma miejsce na poczucie winy w naszej relacji nawet jak przez calutki dzień siedzimy na fotelu i nic nie robimy. Przysięgam, Felek przez pierwsze 2 lata życia na spacerze nie był ze mną może łącznie z 3 razy- CODZIENNIE spacer musiał być, no jak to, dziecko MUSI mieć spacer. Felek musiał. Ja musiałam. Z Lilą nic nie muszę. Jeśli idzie o miliard innych spraw, to z Felkiem moja samokontrola sięga zenitu od świtu do zmierzchu, a i w nocy, z Lilą wiem, że co by się nie działo, jesteśmy razem i nic tego nie zakłóci. Nawet nie myślę o tym, to jest na jakimś pierwotnym emocjonalnym poziomie, nie tłoczę tego w mózgu, tak po prostu jest.

I to jest dramat dla mnie, ponieważ ja wiem, iż są pewne mechanizmy, dzięki którym ja się z tego nie wyzwolę. Nie wiem, czy to jest kwestia kolejności urodzenia, czy płci, czy mojego podejścia i pewnych podjętych działań, bycia bliżej ludzkiej natury teraz, niż byłam niegdyś, ale boję się tego spięcia, jakie znowu czeka mnie za 2 dni. Nie mam pomysłu na to, jak to zmienić. Wiem, że cokolwiek bym nie zdziałała, Felek i tak będzie naburmuszony, rozeźlony albo nadpobudliwy i ja znowu będę miała pożywkę dla swoich paranoi. Ale może on jest taki, bo podświadomie je wyczuwa. Pamiętam, że to ja z paranojami byłam pierwsza, dopiero potem on ze swoją nadpobudliwością. I nawet jak to piszę teraz, źle się czuję, bo mam wrażenie, że za dużo jego prywatnych spraw odsłaniam, a niby jakim prawem. Dobra, kończę, muszę pisać artykuł, zmienić tor myśli.