Miesięczne archiwum: Listopad 2013

Takie momenty

Ostatnio coraz częściej mam takie momenty, że czuję się bardziej niż KIEDYKOLWIEK panią własnego losu. Piszę maile, sprawdzam eventy i na nie chodzę, tańczę, organizuję spotkania z przyjaciółmi i po nocach preparuję mydło. Wspieram innych, czytam i rozmawiam o tym, co przeczytałam! Ładnie wyglądam i nie mogę wyjść z podziwu nad wspomnieniem mojego niedawnego przecież życia, gdy moja osobowość była jak rozmywająca się mgła. Że minęło. Z podziwu nad tym, że coś może tak bardzo minąć.

I wtedy wracam ze szkoły do domu. Chaos. Dopiero weszli, a już są brudni i krzyczą. Sprawdzam przepis na bułeczki z rodzynkami, a oni krzyczą, że mi pomogą. Dobra, chodźcie, no to idą, już się kłócą, które ma wsypać mąkę, które rodzynki. Pół kilo rodzynek na podłodze. Schylam się, żeby pozbierać, w tym czasie Felek wyjada przygotowane już ciasto. Znaczna część z łyżki ląduje na podłodze, koło mnie, schylonej w mące i rodzynkach. Szybko, szybko.Lila na mnie skacze. Ciężko mi. Ale zbieram, aż wyzbieram. Dosypuję, mieszam z Felkiem, już im się nudzi i biegną do pokoju. Ciasto za nimi oczywiście.

Kątem oka dostrzegam, że ciuchy w których rano z dumą przeglądałam sie w lustrze są całe od mąki i pisaków. Robi mi się trochę smutno.

Kątem oka bez dumy patrzę w lustro i widzę twarz szarą, płaską jakby zmiętą. Przestaję myśleć o sobie, bo czuję że aktualnie nie istnieję jako ja.

Rysowanie też wyglada tak, że oboje chcą bym im rysowała, a oni wtedy kolorują. Felek żółwia, Lila misia. Ryk, bo pisak się wypisał, a Lila na rysunku Felka postawiła kropkę. Lila chce cycka, szarpie za bluzkę, wyrywa guzik. Czuję się zupełnie rozmyta i nieważna. Rysuję, ale wrzask się ciągnie. Chcę włączyć sobie przynajmniej optymistyczną muzykę, ale Lila wali w klawiaturę i krzyczy. Gdy udaje mi się ją powtrzymać i w głośnikach upragniona Antosia Krzysztoń, Felek wykrzywia buzię w grymasie bólu: ,,ZA GŁOŚNO!!!!!!”

Ale to przecież tylko moment i jego zmęczenie, jutro (może) będzie lepiej :)

Porozumienie bez słów

Jakiś czas temu postanowiłam: nie będę jeść już mięsa. Od ponad roku zbliżam się do tej decyzji. Ostatnio właściwie wymagała sformalizowania w postaci głośnej wypowiedzi: przechodzę na wegetarianizm, bowiem od dawna nie kupowałam i nie przyrządzałam mięsa (no, już z kilka miesięcy), aczkolwiek pochłaniałam po dzieciach kanapki z szynką, kupowałam Marcinkowi kiełbasę i jak ktoś coś mięsnego upichcił- jadłam. Niedawno powiedziałam: dość. Zastanawiałam się jedynie, jak Felonek zareaguje na tę zmianę u mnie (nikomu z rodziny nie zamierzam niczego narzucać), bo on dość mięsolubny i do posiłków które przyrządzałam, wrzucałam mu zawsze pokrojoną szynkę, gdyż się jej stanowczo domagał. Więc póki co nic mu nie mówiłam, ale gdy szynka się skończyła, nie kupowałam nowej. Podałam Felciowi posiłek wegetariański, a on nie wspomniał o szynce. Zjadł. Kilka kolejnych także. Niewiarygodne, że moje trochę grymaszące nad jedzeniem dziecko (z Lilą akurat nie mam tego problemu) po prostu zaczęło jeść kaszę ze słonecznikiem i fasolą, bez marudzenia, w czasie gdy ja ciągle nad tym myślę. Jestem pewna, że to dowód na niezwerbalizowaną wymianę myśli, istnienie materialnej idei i porozumienie dusz. Jednak ono jest.

Osiągnęłam pewien etap, teraz w mojej głowie tańczy żywa myśl o weganizmie. Jak dojrzeje, a ja wraz z nią, jestem pewna że TO się stanie. I pięknie mi z tym, bo wiem, że potrafię, że z pomocą własnych silnych pragnień coś zmienić na lepsze, że coraz bliżej mi do wrażliwości, którą gdzieś tam kiedyś zakopałam.

O spaniu

Szybki rys sytuacyjny: od zawsze śpimy z Felkiem w tej samej sypialni, od stycznia br. Lileńka nie posiada swojego łóżka, gdyż po tym, jak nauczyła się z niego wyłazić, nie było siły, by tam choćby na godzinę zasnęła. Śpi więc z nami (jak od urodzenia, chociaż na początku przynajmniej zasypiała ,,u siebie” ) i nie ma póki co planów zmiany tego na cokolwiek. Nie ma też planów wyekspediowania Felka do własnego pokoju, ale dziś nie o tym.

Lila w nocy (a pisałam, że jakaś ząbkująco- smarkająco- cierpiąca od 2 dni) miała zły sen. Jej reakcja nawet mnie zaniepokoiła i przez chwilę rozglądałam się za jakimiś demonami, co by je stosownie przepędzić znad jasnej główeczki. Otóż dziecko moje nagle wydało z siebie odgłos, coś jak stłumiony krzyk, coś jak zduszony płacz, pełen najwyższego przerażenia. Dodatkowo zesztywniało totalnie na kilka sekund i zastygło z otwartą buzią. Wyglądało to dość makabrycznie.

,,Mama tu jest”- wydukałam, bo sama czułam się nieswojo. Moje dziecko znowu miękkie, ufne. Przytuliło się strasznie mocno.

Sytuacje tego typu sprawiają, że, jak pisałam, nie ma planów zmiany naszej sypialnianej organizacji. Po prostu uważamy wszyscy kolektywnie i rodzinnie, że jak dziecko w nocy się przestraszy, powinno mieć możność natychmiastowego kontaktu z kimś, kto odgoni demony.