Miesięczne archiwum: Grudzień 2013

2014

Zastanawiałam się, czy po Nowym Roku pisać bloga dalej. Biłam się z myślami, ale chyba jednak opłacę dzisiaj tę domenę :) Spojrzałam na synka w piżamce, wycinającego gwiazdki z ciastoliny. W najbliższym roku, który zacznie się jutro, on skończy 5 lat. Niesamowite, jakiego mężczyznę hoduję, jaki on piękny, wpadam w zachwyt codziennie. Wiem, gdy piszę tego typu słowa, w oczach postronnych wbijam się w  tę wkurzającą kastę histeryzujących mamusiek, które bagatelizują potrzeby swoich córek bo nie mogą im wybaczyć płci żeńskiej i ta skrywana niechęć do kobiecych narządów płciowych kładzie się piętnem na całej ich relacji. To nie ja. Córka jest dla mnie kolejnym powodem do pełnego omdlenia zachwytu. Niewiarygodne, jaką kobietę hoduję. Cudną, silną, słodką, zawziętą. Moje dzieci jawią mi się jako potencjał dla ludzkości na resztę czasu jej istnienia, na resztę od magicznych momentów narodzin Felka i Lili. Wszystkie dzieci są wcieleniem Buddy, co przeczytałam u Iny May i słowa te ryją mi serce oraz mózg. Tylko trzeba to zobaczyć. Ja widzę, widzę, widzę u moich, widzenie to ryje mi serce i mózg :)

W Nowym Roku 2014 życzę przede wszystkim zauważenia Buddy we własnych dzieciach. Można wymienić na dowolnego proroka właściwego dla wybranej religii ;)

Jesteśmy dobrymi rodzicami, nasze dzieci są dobre

Wczoraj miałam spory kryzys. Ostatnio nasza sytuacja pod wieloma względami się zmieniła, mam wrażenie, że na lepsze, mam wrażenie, że dorastamy do bycia sobą i ze sobą, że jako rodzina ewoluujemy i padać na kolana z zachwytu mi się chce, a jednocześnie odczuwam przerażenie. Zadaję sobie raz po raz pytania, kim jestem, kim jest Marcinek, kim jesteśmy dla siebie? I padamy sobie w ramiona. Bywa i ciężko. Ale coś się kruszy. Mimo potwornego bałaganu, jaki permanentnie wiruje na naszych przestrzeniach, zaczynamy sprzątać to, czego nie widać na pierwszy rzut oka. Czuję si wzruszona, czuję się dobra, czuję że nie mogłam lepiej trafić i porządek w kosmosie istnieje, bo MY jesteśmy razem. Tak chcę.

Moje dzieci rozpieprzają ostatnio silniej i namiętniej niż zwykle. Patrzę na zdewastowane mieszkanie, wylaną po raz tysięczny wodę, żarcie zmieszane z farbami, papierowe talerzyki, którym Felonek wyłożył stół, fotel i kanapę. W celu nie wiem jakim, ale potem Lila wysmarowała połowę z nich mąką z wodą. Kocham ich, kurczę, jakie to kreatywne, cudne, moje, jaki to potencjał dla ludzkości. Wczoraj płakałam sama sobie: ,,Nigdy nie urządzę świąt jakie pamiętam z dzieciństwa!”. Nie dla mnie, nie potrafię, żyję światem wewnętrznym, który chcę dzielić z niebyle kim, a ta zajebana podłoga nie burzy mi spokoju. Dziś śmieję się sama sobie: ,,Nigdy nie uderzę dziecka, wiedząc to wiem, że ten świat może będzie kiedyś lepszy”. I pełna wiary odkrywam w sobie siłę na to, żeby zamieść. Tak chcę.

Dziś na stronie propagującej małżeństwa homoseksualne natrafiłam na fajne zdanie: Nie jestem dziwny, tylko należę do limitowanej edycji. Właśnie, jak bardzo potrzebne mi były takie słowa! Bez kompleksów, surrealistycznego poczucia krzywdy, bez manipulacji. Wesołych świąt życzę wszystkim i wyzwalających przemyśleń. Nasze dzieci są tak wyjątkowe, że dobrze, że nie trafiły do kogoś, kto próbowałby je zmienić, zabronił być sobą. Jakaż to strata by była dla ludzkości. Więc my jesteśmy dobrzy dla nich, oni zaś dla nas najlepsi. Felek i Lila. Limitowana edycja, cud miód i maliny. Tak, tak chcę właśnie.

Wzruszenia, tęsknoty

Dziś po tygodniu pojechały najpiękniejsze, najdroższe mi couchsurferki, dwie Hiszpanki zaczynające życie w Londynie. Wynajęły jakiś pokój na czas nieokreślony, ale z tego, co słyszałam, nie za długi- może wrócą? Jedna z nich prawie nie mówiła po angielsku. Nie szkodziło. Nauczyłam się od niej, że wystarczy spojrzeć w oczy, by wyrazić wszystko. Biło od nich światło, ludzkie piękno. Heartsurfing- duża wada couchsurfingu. Ktoś spędza tydzień w twoim domu, imprezujecie, jedziecie razem na miasto, oddajesz część siebie w emocjonalny leasing- i nagle koniec, bo masz następnych gości, bo ten ktoś po prostu żyje dalej, kończy ten etap z tobą, a ty zostajesz. I bukujesz następnych. Nigdy nie wiesz, kto przyjedzie. Czasami ciężko uwierzyć w cud, a potem pozbierać się po wywiezieniu manatek.

Poszłam na Baby Cafe dzisiaj, pierwszy raz z identyfikatorem! Bo dopiero wczoraj go odebrałam, wcześniej maszyna była zepsuta a potem nie miałam czasu. Poszłam silna, chociaż wykończona fizycznie. Czułam się pewnie. Myślałam o empatii jakiej udzielała mi bez słów Candela i minimalnie werbalnie Lola. Wystarczyło mówić z przekonaniem ,,tak!”, gdy któraś mama opowiadała mi o swoich przebojach. Przekonanie dla prawdziwości doznań, z jakimi się ma do czynienia. Przekonanie o tym, że interlokutor wie, o czym mówi (nawet, jeśli ja za bardzo nie wiem), bo mówi o własnych doświadczeniach i uczuciach. Moje ,,Tak! Właśnie!”- rozświetlało buzię Malezyjki, któres sześciotygodniowa córcia wygina się w płaczu na widok piersi. Co ja mogę poza tym? Nic! Ale to strasznie dużo. W tydzień z Hiszpankami dowiedziałam się więcej niż przez dwa miesiące kursu. Uspokoiłam się. Identyfikator mnie nie parzy, ale dodaje pewności siebie, którą chcę się dzielić.

Jeszcze tylko powiem, że Felek bez zająknięć gada po angielsku. Moje dziecko wkracza w dwujęzyczność bez akcentu. Moje dziecko naparza całymi zdaniami, żartuje i wydurnia się z dziećmi których angielski jest pierwszym językiem. Duma, refleksja, poczucie sensu. Których jeśli chodzi o mnie, niekiedy brakuje, ale w kwestii dzieci niezmiennie progres i pozytywy.