Miesięczne archiwum: Styczeń 2014

Lila jako starsza siostra

SPOKOJNIE- ilość członków naszej rodziny póki co się nie zmieni:)

Wczoraj ponad 2 godziny miałam pod opieką dziesięciomiesięcznego synka mojej bliskiej znajomej. Poszłam z nim i Lilą na zajęcia dla niemowląt (Lilunia bawiła się grzecznie lub podziwiała dzidzie z moich kolan) w children centre, jeździłam z dwójką autobusami i reagowałam, gdy pojawiały się pretensje do życia. Słowem- przez chwilę przypomniałam sobie, jak to jest zajmować się w tym samym czasie bobasem i toddlerem.

Z tym, że teraz tym starszym osobnikiem była Lila i było to dla mnie zupełnie nowe doświadczenie. Owszem, przejawiała objawy zazdrości gdy nosiłam lub trzymałam na kolanach Khema, czasami wyrywała mu nawet jakieś zabawki z rączki, mimo mojego sprzeciwu. I co? Nie budziło to mojej złosci, frustracji. Nie myślałam: ,,gdzie popełniłam błąd?!”, lecz po prostu pilnowałam żeby nie doszło do czyjejś krzywdy. Ot, dzieci, norma- ta myśl delikatnie kołysała się wśród moich zwojów mózgowych.

Synek mojej znajomej ani razu nie zapłakał, a w drodze powrotnej zasnął we wózeczku. Luz blues.

Natomiast zaczęłam się katować, jak to możliwe, że tak mało wyrozumiała byłam w stosunku do niespełna dwuipółletniego synka? Jak mogłam wymagać od niego, by rozumiał nas, dorosłych i podlegał temu rozumieniu? Dlaczego Lili mogę wybaczyć wszystko, bo jest małym dzieckiem, Felciowi tego samego wybaczyć nie mogłam? On też był zazdrosny, zły, sfrustrowany. A ja myślałam, że coś z nim nie tak. Albo ze mną. Ile trzeba mieć dzieci by nauczyć się je właściwie traktować? Dlaczego niektórzy potrafią to perfekcyjnie przy pierwszym?

Chcę brać Khema częściej, bo służy to jego wycieńczonej mamie, Lili oraz mnie. Być może posłuży też Felciowi, gdy uda mi się jakoś odwrócić tę negatywną karmę, jaką naprodukowałam po narodzinach Lilci.

Nocne przeboje

Jeszcze jakiś czas temu nie przyznałabym się do myśli na ten temat, nie zdecydowałabym się na taki krok a już na pewno nie trąbiłabym o tym na blogu. Wczoraj coś we mnie pękło. Po kolejnej nocy pełnej wrzasku, szarpania mnie za różne części ciała i piżamy, po dniu pełnym skrajnego wyczerpania, powiedzieliśmy z Marcinkiem: dość. Wywaliłam couchsurferów z kilku najbliższych dni i postanowiliśmy nie ulegać Lileczce w jej pragnieniu maltretowania mnie po nocach. Ponieważ moja obecność koło niej oznacza niechybny sygnał alarmowy co godzinę, zdecydowaliśmy że powinnam spać osobno. Coś we mnie krzyczało: NIE!! JAK TO?!! Co ze mnie za matka, wszak najnowsze badania wykazały, że dziecko ma spać przy piersi przez cztery lata, inaczej zaburzenia wszelakie jak w banku.

Fajnie, tylko po co komu matka, która przejdzie trzysta metrów i ma odruch wymiotny ze zmęczenia, nie ma siły gotować obiadu ani umyć dziecku brudnej buzi.  Najchętniej na ebaju kupiłaby pilota wyłączającego dzieci, natychmiast je wyłączyła a baterie z pilota wyrzuciła żeby przypadkiem ktoś nie przywrócił stanu poprzedniego. Porażka.

Poszliśmy z Marcinkiem spać do drugiej sypialni, dzieci zostały u siebie. W nocy słyszałam żałosne ,,mamo, mamo!”, ale Marcinek natrzaskał niekapków z wodą zawczasu i na każde zawodzenie wciskał dziecięciu wodę do paszczy, a ,,mamo, mamo” cichło i znikało. Przespałam całą noc w sypialni OBOK i świat się nie zawalił. Lileczka nie krzyczała, nie wrzeszczała, nie rzucała się jak wściekła. Dostawała wodę, piła i zasypiała (ważne: od kilku dni bez smoczka, bo podczas cudownego  naszego pobytu w Brugii swój stary przegryzła i już nowego nie dostała!). Czyli DA SIĘ. Da się przetrwać noc i rano nie walczyć z myślami o uduszeniu własnego dziecka.

Chcę karmić piersią dziecko tak długo jak będzie chciało. Ale na litość boską, nie chcę żeby polegało to na takim absurdalnym wręcz poświęceniu i zaniedbaniu samej siebie.

Proszę o wasze odpowiedzi….

Felek w ramach obrażenia się nie ruszył dziś śniadania. NIC. Ani mleka kokosowego, ani domowego ciastka, ani orzeszków. Skrzyżował ręce i zamilkł.

Mam zrąbany poranek. Moje dziecko pojechało bez śniadania do szkoły i źle mi z tym. Będzie głodny, bo lancz jedzą w południe, a zaczynają zajęcia o 9.00. Widzę już to moje słaniające się osłabione mdlejące dziecko jęczące z głodu i najazd służb socjalnych- ostatnio jakaś polska rodzina w UK zagłodziła dziecko. Niby wiem, że nie będzie aż tak źle. Niby wiem, że nie było siły żeby zmusić go do zjedzenia czegokolwiek, zresztą zmuszanie to nie nasz styl. Natomiast na czekanie do skutku, czyli jego totalnego zgłodnienia czasu nie było. W takich chwilach jestem przeciwniczką szkoły! Porażka! Ale proszę o wsparcie- co może się stać, co się na pewno nie stanie?