Miesięczne archiwum: Kwiecień 2014

Zdjęcie

Pewna mama trójki dzieci wrzuciła na fejsa swoje zdjęcie z najmłodszym (niemowlaczek przy piersi) i podpisała: ,,Mama o poranku”.  Na pierwszy rzut oka spodobało mi się, lajknęłam, bo co mi szkodzi, ale moje oko tknęło komentarzy. I zrozumiałam, że miało o coś chodzić.

Bezinteresownych komentarzy typu ,,ale ładnie” było niewiele. Zdecydowana większość wyrażała podziw dla odwagi, współczucie, bratanie się w bólu. Który na Boga, nie mam pojęcia, na czym polega, więc zapytałam wprost, o co kaman i odpowiedziano mi, że to taki fajny antylansik.

Znowu zaskoczenie, bo ja fotki z dziecięciem na cycku wrzucam dla lansu właśnie i zawsze w zachwyt nad nimi popadam, że się tak ładnie komponujemy:D I piszę to mając świadomość, że nie każdy musi to zdanie podzielać.

Natomiast nadal nie rozumiem, co jest takiego godnego współczucia w obrazie mamy z dzieckiem na ręku siedzącej/ leżacej na łóżku. Czepiając się szczegółów, moją uwagę zwróciła idealna cera, pofarbowane włosy (albo odcień naturalny jest tak świetlisty) i fajny kolor piżamy;) a gdyby tego wszystkiego nie było, i tak nie wiem, co w tym godnego podziwu i współczucia. Normalni ludzie, matka z dzieckiem, WOW!!!! ;)

Ponieważ podejrzewam, że bohaterka zajrzy tutaj prędzej czy później, muszę napisać, że szczerze, zupełnie bez lansu i antylansu uważam, że na wspomnianej fotce wygląda absolutnie spoko. A ponieważ zrozumiałam, że jakiś tam efekt był zamierzony (jego realizacja jest dla mnie totalnie niepojęta), ostrzegam, że trzeba wrzucić coś znacznie bardziej szokującego, bo TA fotka prezentuje się zdecydowanie zbyt sielankowo:)

Paluszek do wrzątku

Są dzieci, które ostrzeżone ,,uważaj, bo to gorące” trzymają się do obiektu potencjalnie niebezpiecznego z daleka. Lila za wszelką cenę w takich sytuacjach stara się sprawdzić, czy mówiłam prawdę. Właśnie sparzyła się naparem z mniszka, który stał sobie na stole spokojnie i czekał na swoje przeznaczenie. Lila asystowała mi przy zmywaniu naczyń, siedząc na blacie przy zlewie. Mniszki parzyły się spokojnie, aż zostały dostrzeżone przez Lilę i zaszczycone jej uwagą. Powiedziałam, że to gorące, co spowodowało, że moje dziecko obdarzyło mnie wyzywającym spojrzeniem a następnie włożyło palce do wrzątku.

Oczywiście nic poważnego się nie stało.

Dotarło jednak do mnie, jak trudna jest opieka nad dzieckiem o tak silnym charakterze. Wyłączając Felka udającego wilka czy potrwora, Lila w zasadzie niczego się nie boi. Codziennie spada, przycina sobie palce, przewraca się i ociera do krwi, bo nie słucha żadnych ostrzeżeń. Do niedawna byłam z nią permanentnie zestresowana podczas każdego wyjścia. Doszło do tego, że na jakiś czas zaniechałam spacerów na plac zabaw, bo nie wyrabiałam psychicznie jej wspinania się wszędzie i spadania. Boję się o dziecko. Może czasami przesadnie, ale jednak ona tę krzywdę sobie ciągle robi, więc jest to całkiem uzasadnione.

Dziś, przy okazji mniszków, dotarło do mnie w końcu, że tak będzie. Że muszę znaleźć w sobie przestrzeń na to ryzyko, którego akurat ONA nie zamierza unikać. Że muszę tulić, gdy płacze po upadku, ale nie starać się tak mocno chronić jej przed tym. Dużą wolność własną wewnętrzną widzę na horyzoncie, jak światełko w tunelu, gdy pozwolę jej na eksplorowaniu świata przy okazji i przy okazji nabijać sobie guzy, a sobie na akceptację faktu, że takie jest moje dziecko. Trudno to zaakceptować, bo trudno wybaczać sobie samej, że nie zdążyło się złapać, uratować. Jednak mam świadomość, że za jakiś czas nie będę mogła za nią łazić jak kwoka, że może ona będzie pilotem ultraszybkich samolotów, nurkiem, strażakiem (strażaczką?- nie wiem, czy już takie nazewnictwo funkcjonuje) a ja będę mogła jedynie na własny użytek drżeć a dla niej-  napawać się dumą z jej odwagi, która jednak różni mnie od niej. Lila zmieniła mnie. Odkąd mam ją, konsekwentnie ewoluluję mentalnie. Dziękuję Ci odważna moja Córciu.

Na podłodze

Felinek u sąsiadów, Lila w ogródeczku, to ja- myk!- na fejsa. Oczywiście długo nie posiedziałam w spokoju, szybko mnie małe zwietrzyło i przybyło. Leżałam na podłodze, opierając się o kawałek materaca, małe dopięło się do piersi i tak zastygło.

Bose, brudne, cudne, leżące na chłodnych panelach, bez żadnego przykrycia, zasnęło z piersią w buzi.

Wtedy sobie pomyślałam: jak to dziecku niewiele do szczęścia i poczucia bezpieczeństwa potrzeba.