Miesięczne archiwum: Maj 2014

Nuda…………?!

Podobno ktoś znany i ,,mądry” wypowiedział się publicznie na temat macierzyństwa i stwierdził, iż jest ono nudne. Internet zawrzał.

Mam chyba błędne pojęcie na temat tego słowa. W każdym razie jedyne, jakimi chciałabym to skomentować to: LUDZIE!!! JA MARZĘ O NUDZIE!!!!

Nie inaczej. Jak tylko mój mąż kochany zabiera dzieci gdziekolwiek na dłużej niż 2 godziny, nudzę się z lubością i rozkoszą aż do utraty tchu. Macierzyństwo bywa frustrujące, ciężkie, potrafi zalać łzami i poobijać serce, czasami przeraża lub psuje plany- wiele rzeczy można o nim powiedzieć, ale na pewno nie to, że jest NUDNE.

Nie wiem, skąd taki pomysł i czy ta osoba ma w ogóle dzieci i czy sposób w jaki się nimi zajmuje (zajmowała) można nazwać macierzyństwem, bo nie zadałam sobie trudu by zagłębić się w temat. Jedno jest dla mnie pewne: życie takiej osoby chyba nie należy do najciekawszych skoro musi je sobie ubarwić snuciem abstrakcyjnych teorii na temat o którym nie ma pojęcia.

Bristol VegFest

Nie mam zupełnie weny do pisania… A tak bardzo chciałam opisać nasz ostatni wypad, nie dlatego, że uważam, że jedzenie wegańskie jest na pewno dla wszystkich szalenie ciekawe, ale by się podzielić pewnymi rodzicielskimi (i ludzkimi w ogóle) duchowymi zaszłościami.

Przede wszystkim pozostaję pod wrażeniem osobowości pana, który przyjął nas na couchsurfing. Starszy człowiek, od którego dosłownie czuło się miłość do życia, do świata, energię, a jednocześnie, paradoks, bo cierpienie! Wiele lat temu stracił kontakt ze swoją jedyną córką. Zrządzenie losu. Felek oczywiście przylgnął do niego. Robili razem pirackie mapy, żonglowali, kontakt natychmiastowy i widać było, że bardzo głęboki. I oczywiście oba maluchy płakały, dowiedziawszy się, że już prawdopodobnie tam nie przyjedziemy ponownie- minusy couchsurfingu………………………….

Druga sprawa była taka, że Lila trochę zachorowała. Pierwszego dnia mieliśmy ciężki dojazd, 2 godziny w korkach, biedulka się posiusiała przez sen w samochodzie, potem zmokła na deszczu, była wykończona i gorączkowała. Nie miałam czym zmierzyć jej temperatury, ale buchało od niej żarem, całą noc zmagała się z mdłościami i innymi flegmami, myślałam sobie przerażona: to się skończy pogotowiem. Pozwoliłam jej zatem mimo zmęczenia całą noc spać na mnie z cyckiem w buzi, wychodząc z założenia, że na pewno jej to nie zaszkodzi. Leków nie mieliśmy, i tak nie używamy, ale w tym momencie żałowałam, że się w jakikolwiek sposób nie ubezpieczyliśmy. Ale jak zawsze okazało się, że natura pamiętała o tym, o czym my zapomnieliśmy. Rano dziecko wstało zdrowe jak koń. Do tego stopnia, że ponad godzinę kąpała się na majtkach w miejskiej fontannie… Po tejże kąpieli, wciąż w majtkach, przytuliła się do mnie na ławce i zasnęła na prawie 2 godziny. Ale co tam. Festiwal wszak. Siedziałam tak z nią, a chłopaki uczestniczyli w rodzinnych festiwalowych zajęciach. Lilunia gdy się obudziła, dołączyła do szajki :) No i to doświadczenie dość silnie odbiło się na moim podejściu do dzieci, do zdrowia, do rodzinnej organizacji. Po raz kolejny okazało się, że myślenie w kategoriach ryzyka ,,na wszelki wypadek” może jedynie ograniczać, napawać przerażeniem, a z tzw. odpowiedzialnością, o której tyle się mówi, niewiele ma wspólnego.

Podobało mi się, że na festiwalu nie musieliśmy czuć się nawiedzeni, ponieważ rodzin nie mających nic przeciwko kąpieli dziecka pod fonatnną, grzebaniu w błocie, potomstwa fizycznym wiszeniu (dosłownie) na mamie czy tacie było tam multum. Wszyscy kolorowi, zadowoleni, dzieciaki wariujące mimo deszczu. Uwielbiam taki klimat. Nawet Marcinek zwrócił uwagę, że tysiące ludzi się tutaj przewijają, a nie dało się zaobserwować nawet śladowej ilości agresji! Protekcjonalności!

I to się udzielało. W pewnym momencie zginął nam z pola widzenia Felinek. Upewniwszy się z Marcinkiem, że owszem, nie wiemy, gdzie jest nasze dziecko, zapytaliśmy spokojnie obsługi, co powinniśmy teraz zrobić. Wskazano nam… namiot dzieci zaginionych kilka metrów dalej :) Oczywiście odebraliśmy stamtąd naszego UŚMIECHNIĘTEGO synka.  Okazało się, że chwilę płakał, od razu ktoś go zauważył, bez żadnej paniki zaprowadził do namiotu,a my tam byliśmy po kilku minutach. Nikt nas nie oceniał, nie było gadania w stylu ,,proszę lepiej dziecko pilnować!”, lecz wszyscy zrelaksowani i mili przekazali nam nasz skarb. Nikt też nie straszył Felonka, że ktoś ,,mógł go porwać” czy czymkolwiek innym, lecz zajęli się nim z sympatią, wskutek czego na jego buzi nie było nawet śladu stresu, o łzach nie wspomnę.

Tak, tak. Jak dobrze poczuć się czasami zupełnie normalny człowiekiem, częścią jakiejś większej społeczności. To jest potrzebne :) Polecam!

PS. Felinek na obiad zażyczył sobie… mięso. Poszliśmy z festiwalu do knajpy żeby mógł zjeść to, co chce. Nie ma faszyzmu, ośmieszania, narzucania swojej woli gdy bardzo się chce żeby tego nie było.

Nowe

Idzie nowe. Nowa generacja dzieci, które nie zaznały przemocy fizycznej ani psychicznego tłamszenia wychodzi w świat. Są coraz starsze, jeszcze kilkanaście lat i założą swoje stadełka. Oczywiście i dawniej bywały rodziny, w których nie upokarzało się dzieci biciem, straszeniem, szantażem, karami, ale powiedzmy sobie szczerze, że o tym, że jest to jednoznacznie ZŁE mówi się stosunkowo od niedawna. Dopiero za życia Felcia w Polsce weszło prawo zakazujące stosowania choćby i klapsów. Więc sprawa jest świeża.

Ale czas mija, te dzieci rosną i z określonym podejściem do świata ruszają w niego.

Te dzieci jak wszystkie marudzą przy obiedzie, zdarza im się popsuć coś ważnego, opóźniają położenie się do łóżka, nie pozwalają wypić spokojnie kawy i zamykają przed nosem czytaną właśnie książkę. No, może nie jak wszystkie, bo te sparaliżowane strachem wolałyby zginąć niż czymkolwiek podpaść rodzicowi. Ale nie rozważam przypadków skrajnych. Chodzi mi o to, że wychowanie bez przemocy nie jest jakimś cudownym lekiem na ,,niegrzeczne” dziecko. Od dawna nie używam tego określenia, ale ufam, że czytelnik zrozumie moje przesłanie. Dzieci wychowywane bez przemocy (lub z jej minimalnym, wynikającym niekiedy z bezradności i frustracji użyciem, bardziej nieświadomym, takim, za który potem przeprasza się w objęciach) wciąż są dziećmi. Tylko że później jako dorośli idą w świat bez tego bagażu.

Kiedyś byłam wychowawczynią na koloniach dla dzieci z trudnych rodzin. Siedmiolatki zamykane w piwnicach za karę, zgwałcona przez dziadka dziewięciolatka (dzieci opowiadały nam tego typu historie… nawet jeśli nosiły w sobie część prawdy a nie całą, mroziły krew w żyłach). Był tam chłopiec sprawiający wrażenie dość spokojnego, ,,grzecznego”, bystrego, takiego po prostu fajnego. Miał jedną małą obsesję: WCIĄŻ opowiadał o swoim tacie, który jest najlepszym karateką i wszystkich potrafi pokonać. Chwalił się przy każdej okazji wielkim silnym tatą, który zna wszystkie sztuki walki. Po małym ,,śledztwie” okazało się, że ów tata TŁUCZE całą rodziną, łącznie z babcią, którą upodobał sobie przywiązywać do kaloryfera. Przepraszam, ale nie mogę już dłużej o tym……………………………….

Przypomniało mi się, bo wczoraj Lila w autobusie wpadła w monolog na temat naszej rodziny. Doszła do taty: ,,Tata jest wielki i siiiilnyyyyyyyyyyyy, wies, mamoooo??” Wiem. ,,Tata jest taki silny, zeby wsystkich…”- zadrżałam. Oczami duszy zobaczyłam  Rafałka z kolonii. Tak zawsze zaczynał swoje peany na cześć tatusia.- ULATOWAĆ.

I tu już łzy mi kapią. Idźcie w świat, dzieci kochane, dzieci KOCHANE.