Miesięczne archiwum: Czerwiec 2014

Głodówka

Właśnie sobie uświadomiłam, że Lila zjadła dzisiaj co następuje: rano kilka borówek i rodzynek, a potem pół malutkiej kanapki. Nic poza tym. Prawie mnie to nie wzruszyło, gdyby nie moja doskonała pamięć, wedle której wczoraj nie było to dużo więcej. Wcześniej już nie pamiętam co i ile jadła, ale moje wyliczenia niezbicie dowodzą, że od 2 dni moje niemal trzyletnie dziecko nic nie je.

Poza mlekiem mamy, którego sobie nie odmawia.

Jestem o krok od ścieżki prowadzącej w kierunku stanu określanego jako martwienie się. Ogólnie nie martwię się o dzieci od dawna, narzuciłam sobie dyscyplinę niemartwienia, bo widzę, jak cudownie wpływa to na moją relację z nimi, ich samopoczucie oraz moje.

Moje dziecko nie jest w sosie, w nocy od 3 dni miewa podwyższoną temperaturę (tak mi się zdaje), poza tym wszystko niby normalnie tylko jakaś dziwna nostalgia ją napadła. Ma 20 zębów więc kolejne póki co raczej nie maja prawa się pojawiać. Z tego też powodu zastanawiam się co to ewentualnie może być. Nie chcę siać paniki,bo to niechybnie w naszej rodzinie prowadzi do chorób- stwierdzone empirycznie. Tak, myślcie sobie co chcecie, ale gdy u nas gada się o chorobach, one się pojawiają. Gdy udajemy że nie widzimy ich zapędów, nie atakują. To niesamowite, jak wiele można sprawić własnymi myślami, przed iloma zarazkami uchronić własne dzieci nie dopuszczając do siebie myśli o ich atakach. Dodaję – w naszej rodzinie. Nie wiem, czemu, ale tak jest.

Uparcie wierzyć chcę że objawy Liluni to objawy ciężkiej reakcji na upały. Ona taka blondyneczka delikatna. Mimo wszystko, jeśli macie jakieś zdanie na temat tego, co dolega mojej córci, podzielcie się. Tylko nie straszcie- moja teoria niestety zbyt często się sprawdzała- o czym się myśli, to przychodzi.

Homeworki i inne potworki

Czuję bezradność. Czuję koszmarną alergię (każdy czerwiec od wielu lat to dla mnie koszmar, ale nie  tym będzie) a tu dziecko, jak się okazuje, dostało homework na weekend i trzeba odbębnić, wykazać się sprytem, nakłonić dziecko do odrobienia, bo jest cholipa niedziela wieczór a jutro konsekwentnie i nieubłaganie będzie poniedziałek rano i on musi to mieć. No, niby nie musi, bo musi to na Rusi, ale wiadomo, że woli mieć, bo wszyscy będą mieć. Woli mieć, ale w tym danym momencie woli rysować, a tu matka przyłazi z miną jakby przerywała jakiś ważny wykład, robiła coś niestosownego.

Mój synuś rysuje a ja czuję się w zakichanym obowiązku przypomnieć mu o homeworku. Pytam: ,,Miałbyś teraz ochotę zrobić homework?” a on odpowiada: ,,Nie, bo telaz lysuję”. Nie mam serca się upominać, od tej sekundy mam w dupie ten homework i gotowość wielką do obrony dzieciny własną piersią gdyby ktoś ośmielił się to jakoś skomentować (nawiasem mówiąc, czasami tego weekendowego homeworku po prostu nie robi, bo nie ma kiedy, calutkie 2 wolne dni zapełnione zdarzeniami i rodzinnymi aktywnościami!).

Ale on mówi: ,,Dobla, to zlobię, a co tseba zlobić?”

Pokazuję kartkę i czuję się jak menadżer wielkiego artysty, który akurat komponuje utwór tysiąclecia, a ten się tu wchrzania z jakimś harmonogramem tygodnia, z którego wynika, że za pół godziny charytatywny koncert we wiejskim domu kultury (nikomu nie umniejszając).

Oczywiście muszę czytać mu głośno polecenia (są 4 zadania) i nie wiem, jaki durny przymus wewnętrzny nakazuje mi podpatrywać i odzywać się bez sensu, gdy pomyli d z t i zapisze coś niepoprawnie- do cholery, to jego homework, nie mój, więc w moim głębokim odczuciu powinien zrobić to jak umie! Ale coś mnie ciśnie i po prostu siedzieć całkiem cicho nie mogę.

Ostatnie zadanie: ,,make up a story….” i 5 linijek do zapisania. ,,Nie umiem”- mówi mi szczerze i bez nerwów synuś. No pewnie że nie umie, bo samodzielnie tego nie zrobi, w szkole ktoś nad nim stale wisi i pilnuje każdej literki, więc jest w stanie zapisać ,,My name is Feliks and I live with my family” ale w domu, jako HOMEWORK, sam tego nie zrobi.

No więc nie robi. Linijki zostają puste. Nie będę nad nim sterczeć, marnując jego cenny czas pierwotnie przeznaczony na rysowanie, zmuszając do pisania rzeczy, do których jeszcze nie dorósł. On i ja czujemy się z tym całkiem fair, pewni siebie. Jest OK.

Wkurza mnie ta cała szkoła, te homeworki. Z drugiej strony Felinek był dzisiaj na urodzinach u kolegi z klasy i tak wspaniale się bawił. Wciąż powtarza, że bardzo lubi szkołę. Czasami jest zły, że w weekend nie może tam iść. Nie myślimy nawet o tym, żeby go z niej wypisywać, bo wiemy, że na tym etapie czułby się bardzo skrzywdzony.

Problem polega na tym, że to wszystko, cały ten przymus ,,edukacji” i zadawanie pięciolatkom wypracowań (choćby i jednozdaniowych!) na weekend to nie jest ani jego bajka, ani nasza. Póki co, mamy and tym minimalną kontrolę- nie chce robić, to nie robi i NIKT go nie namawia. W tym wieku nikt go w szkole też jeszcze z tych zakichanych kartek nie rozlicza. Ale wiem, że być może od września mój synek rozliczany będzie. Wiem, że jeśli nie będzie robił tego, co się od niego wymaga, to my rodzice prawdopodobnie zostaniemy zapytani, jak to jest, że nie potrafimy dopilnować dziecka.

I boli mnie, że nasze argumenty w stylu: ,,PILNUJEMY rozwoju i edukacji dziecka bardziej niż wam się wydaje a homework nie ma z tym zbyt wiele wspólnego” mogą nie zostać zrozumiane jak należy…….


Matka- rzeczywistość

Czasami, nie często, ale mniej więcej raz na dwa miesiące miewam momenty, że na sam dźwięk słowa ,,mamooooo” przechodzą mnie ciarki i nie są to dreszcze rozkoszy.

Różne rzeczy się do tego przyczyniają, a to zawieje chłodem po serii dni upalnych, a to w lustrze dostrzeże się ślady łupieżu i potem już nic nie jest takie jak wcześniej. Dzieci po prostu wkurzają samym swoim istnieniem. Oczywiście wciąż wzbudzają płaczliwy zachwyt gdy np. dmuchają dmuchawca albo kooperatywnie budują bramy z klocków lego, ale wtedy może być tylko gorzej, bo: ,,takie wspaniałe dzieci, a ja taka beznadziejna, nie zasługuję na nie”

Masz wrażenie, że powinnaś coś zrobić, zadziałać, żeby poszli spać albo przestali demolować, ale jedyne co przychodzi do głowy to środki nie mające nic wspólnego z pokojowym rodzicielstwem któego w tych i tylko tych momentach czujesz się niewolnikiem, i nie robisz nic. Siedzisz otępiała i gapisz się w monitor, stertę prania, swoje zdewastowane dzisiaj wnętrze.

Najgorsze jest to, że one jakoś tymi swoimi radarami to wszystko wyczuwają i tym bardziej zabiegają o twoją uwage, a ponieważ brakuje ci już werwy i zapału, nie otrzymują jej i dostają małpiego rozumu.

Marzysz o tym, żeby się odpieprzyły.

Nie, to nie ty marzysz, lecz ja, bo ty, która (który) to czytasz na pewno jesteś lepszym rodzicem niż ja, bo wszyscy są lepsi. Ja jestem najgorsza. Nie chce mi sie po raz tysięczny rysować spajdermena, nie chcę dać nic jeść bo już zęby umyli (po prostu nie chce mi się im robić, bo wczoraj dostali na umyte zęby oczywiście….), nie obchodzi mnie, że nie ma piżamki. Moce przerobowe wyczerpane. Zdaję sobie sprawę, że mam minę jakby mi pół rodziny człogiem rozjechano i nikt mnie nigdy nie weźmie na doulę, bo nie mam serca!

Jutro kurs ogrodniczy Lileczki i nowy dzień :)