Dzienne archiwum: 19 lipca 2014

Przywróćmy naszą mleczność normalności

Ponieważ na co dzień niewielu z nas ma okazję oglądać dzieci i matki podczas karmienia piersią, a już na pewno tylko wyjątkowo widuje się (podejrzewam że tylko w szpitalach na oddziałach położniczych) kobiety odciągające swoje mleko, jest to często widok szokujący, dziwny, taki, od którego chcemy uciec, także w rozmowie. Zamknąć go w kiblach i na ekskluzywnych forach, w pola których tylko czasami zabłąka się jakiś nieszczęsny trol i apodyktycznie stwierdzi, że mleko kapiące z sutka jest obrzydliwe. Ale to już tyle razy przerabiałam, że w ogóle nie będę tego ciągnąć, bo chciałam o czymś innym.

Otóż… Od doby jestem sama w domu. Dzieciuszki z tatą u babci. Mleka trochę się siłą rzeczy naprodukowało i po 23 godzinach bez Lilianny zaczęłam odczuwać lekki dyskomfort. No to miska i do przodu. Laktatora nie potrzebuję, uważam, że bez problemu można pozbyć się nadmiaru z użyciem wyłącznie własnych rąk i tego też uczono nas na kursie. Gdy zgłębi się temat, można poznać niezwykłe tajniki tej czynności, chociażby że zalegający pokarm konkretnymi ruchami można ściągnąć z konkretnych partii piersi. Niby nic dla kogoś kogo to nie dotyczy, ale wierzcie mi, że są rzesze osób zainteresowanych tematem. I często te rzesze pozbawione są rzetelnej informacji, bo rzeczywiście laktatorem się tego nie zrobi. A myśląc ,,odciąganie” zdecydowana większość młodych mam (i nie tylko) myśli: laktator. Nie mam nic przeciwko laktatorom, ale warto wiedzieć, że tak czy owak i tak wychodzi na to, że nasze doskonałe ciała sobie poradzą.

Cel tego wpisu numer jeden jest taki,  by zainteresować mamy ręcznym odciąganiem mleka, odpowiednim ułożeniem palców na piersi, dopuścić do ich świadomości, że na prawdę niczego nie trzeba kupować ani zorgować jeśli zamierzają karmić piersią. Do tego potrzeba dwóch ,,obiektów”: ciała matki i dziecka. Oczywiście wiadomo, że niektóre mamy karmią po kilka lat i ani razu nie odczuwają konieczności odciągania pokarmu, ale są też i takie, które co jakiś czas chcą to robić, np. ja pół godziny temu :)

Cel numer dwa to oczywiście moja stara śpiewka, czyli normalizowanie tego, co normalne (było przez długi czas). Czyli przyjęcia przez ludzkość cywilizowaną faktu, że czasami mleko kobiety karmiącej nie trafia od razu do buzi jej dziecka, lecz do słoiczka, butelki, pojemniczka lub nawet buzi innego dziecka. O ile nie jest wysysane z piersi, musi być z niej wydobyte innym sposobem. W tym celu można, naśladując ruchy ust maluszka własnymi palcami, opróżnić ,,zbiornik” doskonale. Pamiętajmy, że dotyk ludzkiej skóry, czy to twarz dziecka, czy nasze własne dłonie, dla produkcji i wypływu mleka ZAWSZE będzie bardziej korzystny niż plastik laktatora.

Widziałam kiedyś mamę po cesarce, która walczyła o utrzymanie laktacji. Była zbyt słaba, by siedzieć i odciągać, została wiec podłączona do elektrycznego laktatora i to stymulowało produkcję. W takich sytuacjach oczywiście technika jest niezastąpiona i ja w ogóle tego nie neguję.

Nie, nie chodzi mi o to, żebyśmy teraz organizowały flashmoby odciągających ręcznie mleka matek, chociaż to byłoby ciekawe :D Jednak poruszenie tego tematu wydało mi się ważne dla mnie dzisiaj, gdy nie karmię a muszę się pozbyć mleka. Chciałam napisać, że bardzo podobało mi się takie ,,trenowanie na sobie” narzucania strumykowi konkretnego kierunku i opróżnianie określonych części piersi- tych, które odczuwałam jako najbardziej przepełnione. Dlatego postanowiłam się tym podzielić. Bo uważam, że to na prawdę niesamowite, jak dalece potrafimy sobie radzić w tym, w czym wszyscy chcą nas wyręczać każąc sobie za to płacić. Niesamowite.