Spotkanie w gronie Positive Birth Movement

Jestem wstrząśnięta. Pozytywnie rozbrojona i oszołomiona. Już na kursie moim doulowym mówiła nam Liliana (asystentka Michela Odenta) o grupie niezależnych położnych- Invisible Midwives, których rola polega głównie na tym, że przyjeżdżają do porodów domowych, by tam fizycznie przebywać ale w żaden sposób nie zaznaczać swojej obecności. Pozwalać kobiecie rodzić tak, jak chce, bez żadnych interwencji. Co za paradoks, że tych chorych czasach trzeba płacić ciężkie pieniądze TYLKO za gwarancję, że nie będzie ci nikt przeszkadzał w urodzeniu dziecka. No, ale… Idea, mając na względzie chorość czasów, cudna.

Tak się złożyło, że znalazłam na fejsie informację, że spotkanie Invisible Midwives, otwarte dla wszystkich zainteresowanych odbędzie się w Hastings, 2 godziny od naszego domu. Namówiłam Pascale oraz znajomą która teraz w Hastings mieszka byśmy sobie urządziły spotkanie towarzyskie z Położnymi w tle. Udało się, jazda była długa i męcząca, bo synek Pascale (16 miesięcy) był bardzo nieszczęśliwy i trudno było nad tym zapanować. Dotarłyśmy wykończone, ale Ria (ta koleżanka z Hastings) przyjęła nas cudnie w swoim domu, nakarmiła i napoiła. Pascale pożyczyła mi swoje ergonomiczne nosidełko (do noszenia Liluni, ofkoz), bo sama dorobiła się wózka w second handzie. Po nabraniu sił poszłyśmy na spotkanie.

Nie miałam zbyt wielu oczekiwań, bo nie wiedziałam, czego oczekiwać. Ale to, co nas spotkało było magiczne. Zostałyśmy przyjęte w kręgu kilku kobiet jak stare znajome, z czułością i życzliwą ciekawością. Pascale i Kemi (nauczycielka w organizacji Invisible Midwives, jej motor i koła w jednym) od razu połączyła nić przyjaźni, coś tak silnego i dziwnego, że nawet ja miałam łzy w oczach, gdy po wszystkim żegnały się, ściskając mocno dłonie, jakby trzymając, nie chcąc ich puścić, nie chcąc stracić tego kontaktu, który w to upalne parkowe popołudnie był jak znaleziony skarb. Nie potrafię ubrać w słowa tego, co czułam, gdy przyszłam, a one mnie przyjęły. Ani sekundy nie miałam w sobie nieśmiałości, nic mnie nie hamowało, nie zawstydzało. I słowa Kemi : ,,You will be an amazing doula” wypowiedziane po niedługiej wymianie zdań, gdy wyznałam, że czuję się nie do końca gotowa, bo nie potrafię znaleźć sposobu na rozmawianie z ludźmi tak, by zaszczepić im wiarę w siebie. Jak deszcz świeżych kwiatów opadający na umęczone czoło. Magia i orzeźwienie. Radość.

Kemi powiedziała, że byłoby cudownie, gdyby udało mi się otworzyć i zorganizować ,,frakcję” Positive Birth Movement dla Polek i prowadzić taką grupę u siebie albo gdzieś tam. Pewnie, ja zawsze chętna jestem i oddana całym sercem takim ideom. Co prawda, niedawno straciłam wiarę, że się do tego nadaję, ale dzisiaj czuję, jak ona odżywa. Czuję wsparcie tej wspaniałej Kobiety, jej siłę i zaangażowanie. Potrzebuję takich ludzi wokół siebie. Bo wciąż wierzę, że to właśnie w pozytywnym porodzie, w pięknym przyjściu na świat i pięknym kontakcie z matką od pierwszych sekund życia tkwi odrodzenie człowieczeństwa w ludzkości.

Ze spotkania wracałyśmy prawie pół godziny pod wielką górę, dwie moje przyjaciółki pchając wózki, ja z Lilą w nosidełku, ssającą pierś. Wymieniałyśmy doświadczenia i przeżycia związane ze spotkaniem. Mimo wykończenia fizycznego (my z Pascale od wczesnego ranka byłyśmy w drodze!) czułam piękną jedność z tymi dwiema pogodnymi istotami oraz ich dziećmi (Ria ma trzynastomiesięczną córeczkę). Spełnienie. Macierzyństwo jak miód. Lilę ciepłą, miękką i wiotką zaraz przy mnie, tak ufnie wtuloną. Tak- pomyślałam sobie i myślę nadal- takie chwile należą się każdemu człowiekowi na tym świecie. Nie wolno nam się świadomie ich pozbawiać ani bagatelizować znaczenia tych chwil dla nas i dla świata.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>