Miesięczne archiwum: Październik 2014

Recykling w praktyce czyli Tym Się Będę Bawić

Felitek w drodze na polską playgrupę zatrzymał się przed jakimś domem. Stał tam całkiem pokaźny pojemnik do recyklingu plastiku.

- Tym się będę bawić, tym się będę bawić i tym się będę bawić- poinformował mnie dość beznamiętnie mój syn wskazując na trzy plastikowe truchła, jakieś dziwnych kształtów opakowania oraz pękniętą felgę.

Zrozumiałam. Skarby wylądowały w bagażniku wózka. Zrozumiałam też, jak bardzo mogę być dumna z siebie, z mojej rodziny, mojego synka, jeśli on traktuje ulicę i śmietniki jak skład z zabawkami. Przecież to jest właśnie to, co chcieliśmy mu wpoić. Ekologia, modne słowo. Ważne żeby odruchowo stosować zasady ochrony środowiska zanim pojmie się te wszystkie zależności i zarejestruje w milionie drogich eko-sklepów, które poza nazwą niewiele mają wspólnego ze współpracą z naturą.

I tak właśnie myślę, że gdy maluch sam decyduje, czym chce się bawić i są to tak na prawdę śmieci, z których on potem sam zmajstruje roboty, kostium czy inne statki kosmiczne, to trudno o bardziej widoczne efekty praktyczne edukacji ekologicznej. Mojemu dziecku nie gadam jeszcze raczej o tym wszystkim, nie wie, co to kwaśne deszcze i ile ton rocznie produkujemy jako społeczeństwo, przyczyniając się do dewastacji środowiska. Ale on widzi, że zanim coś kupimy, zastanowimy się nad sensem tego sto razy, spróbujemy znaleźć używane na ulicy, kupić w ,,tanim sklepie” (tak nazywamy charity shopy i powoli zapoznajemy go ze zjawiskiem działalności charytatywnej) abo zrobić samemu. I on bez większej refleksji robi dokładnie to samo. Mój śliczny.

Oczywiście kocha lego i ciągle chce nowe. Jednak doskonale rozumie, że wyjątkowe prezenty są na wyjątkowe okazje. I że aby się bawić, nie trzeba pędzić do centrum handlowego. Wystarczy przejść się ulicą albo przez las. Tak bardzo wdzięczna jestem moim dzieciom, że utwierdzają nas w naszych wyborach. Po prostu widać, że to działa.

Bird Watch

Uczestniczyłam dzisiaj w nietypowym wydarzeniu. Otóż zapisałam się do grupy obserwacji ptaków i dzisiaj po raz pierwszy wzięłam udział w dwugodzinnym spacerze, podczas którego spora ilość osób podążała za znawcą przyrody, który o każdym napotkanym ptaku, liściu, motylu i grzybie snuł jakieś wywody. Całość była tak odprężająca i skłaniająca do refleksji że musiałam o tym napisać.

Jako dziecko uwielbiałam przyrodę, prowadziłam dzienniki, miałam  mnóstwo książek o polskich gatunkach flory i fauny, potrafiłam spędzać GODZINY na samotnym odkrywaniu, oznaczaniu i rysowaniu trawek, piórek, rybek, żabek, ważek. Gdy trafiło się coś większego kalibru, typu piżmak, spać po nocach nie mogłam. Usiłuję zarazić tą pasją moje dzieci, ale chyba jeszcze za małe, bo póki co nauczyły się nazwy jednego drzewa i teraz wszystkie witają z radosnym okrzykiem: ,,O! Wiezba płacąca!”

Dzisiaj na tym spacerku, gdy W KOŃCU nikt ode mnie nikt nie chciał, nie piszczał, nie kwiczał, nie gubił się i nie głodował ani nie umierał z pragnienia (Marcinek latał z dzieciakami nieopodal, ale nie brali udziału w Bird Watch), poczułam się wyjątkowo. Przypomniałam sobie, jak bardzo kiedyś po prostu lubiłam snuć się po parku czy lesie i wypatrywać ptaków. Potem szkoła, studia, prace, dzieci oddaliły mnie od tego. Ale w sercu uwielbiam. Czułam się tam na prawdę dobrze.

Zmierzam do tego, że warto czasami przypomnieć sobie, kim było się dwadzieścia, trzydzieści czy więcej lat temu. Łatwiej wtedy o sympatię do samego siebie ale także o wyrozumiałość dla innych, szczególnie tych małych. Z rozczuleniem myślę, że przed nimi cała historia i teraz, właśnie teraz, jest ten decydujący czas, który w znacznym stopniu determinuje dalsze koleje losu tych istot. Czy będą lubić ptaszki, spacery, czy coś innego- nieważne. Ważne by nie zagubili siebie w ferworze frenetycznej gonitwy za wyimaginowaną dorosłością.

Mała rewolucja

Podzielę się z wami czymś zupełnie u nas nowym- ponieważ zauważyłam u Felcia ostatnio osłabienie kreatywności, drażliwość i ogólne znudzenie życiem (mimo wypruwania sobie moich osobistych flaków z celu zapewniania rozrywkowej edukacji albo edukacyjnej rozrywki) połączone z niewiarygodnym wręcz popędem do gier komputerowych (nauczył się skubany sam włączać i wyszukiwać- niby fajnie, że opanował bez żadnej pomocy nową umiejętność, ale jeszcze potem sobie trzeba z takim niewybieganym, naelektryzowanym pięciolatkiem poradzić). Muszę tu nadmienić, iż sama komputer traktuję jako sposób na relaks, zdobycie wiedzy, socjalizację (do pewnego stopnia), jako dziecko umiarkowanie dużo grałam w gry (przeróżniaste), a fejsa to dosłownie uwielbiam od lat.

Komputer był u nas od zawsze chyba całodobowo włączony, także gdy nikt z niego nie korzystał i patrząc na to z perspektywy czasu, uważam to za duży błąd.

Felitek uzależnił się od bajek w pewnym sensie w wieku lat 2, gdy byłam w ciąży i brakowało mi siły na jakieś nadmierne latanie. Jedyne co sprawiało w niektóre dni, że nie siedział przed monitorem dosłownie całymi godzinami, było to, że mam pewną wewnętrzną dyscyplinę zajmowania się dziećmi. Dzięki temu nie mogą one zbyt długo korzystać z komputera, gdyż zbyt długo nie są nigdy w domu. Co nie zmienia faktu, że gdyby dać  Felkowi wybór, prawdopodobnie grałby w jakieś byleco (wierzcie mi, próbowałam siebie i jego ratować jakimiś w moim mniemaniu ciekawymi grami edukacyjnymi) cały czas, z małymi przerwami na WC- bo także i jeść zdarzało mu się przed komputerem gdy nie byłam w formie. Nie da się być cały czas.

Ale, co związane z tym, co napisałam w pierwszym akapicie, zaczęłam łapać doła. ,,Jak to?- myślę sobie- ,,Niby edukacja domowa a dzieciak nie chce robić nic poza bezsensownym waleniem w klawisze i płacze jak proponuję mu plac zabaw? Toż to Sodoma i Gomora edukacyjna!”.

Dół w który psychicznie wpadłam, że jestem taka beznadziejna, był bardzo głęboki, więc i kroki, jakie postanowiłam poczynić aby z niego wyjść, musiały być radykalne. Po 7 latach wspomnianego wyżej całodobowo włączonego kompa zajmującego honorowe miejsce w każdym mieszkaniu jakie kiedykolwiek zajmowaliśmy jako para czy rodzina, komputer został wyłączony i schowany na dzień do SZAFY. Żegnaj, fejsiku do porannej kawuni, żegnaj kreatywna prasówko internetowa i zakupy online robione cichcem chyłkiem gdy jedno dziecko w łazience, a drugie kończy obiad!

Pierwszego dnia, co dosłownie mnie zaszokowało, Felinek do południa w ogóle nie zauważył, że nie ma komputera- normalnie włączenie gry było jego pierwszą czynnością po przebudzeniu, kiedy korzystał z tego, że my jeszcze w łóżkach. Cóż, nie kłuł go w oczy, to i nie miało dziecko przymusu wewnętrznego. Potem, gdy zauważył, bardzo gładko przełknął informację, że od dzisiaj komputer będzie dla nich tylko wieczorem, żeby mogli sobie w piżamkach obejrzeć bajkę. Dzisiaj już moje chłopię usiłowało mnie szantażować, że jak nie będzie mógł pograć, to będzie się nudzić (już on wie, jakie w mym sercu najczulsze struny szarpać!), ale nie dałam się- zaproponowałam mu tyle zajęć w zamian, że się poddał.

Zachowanie, kreatywność- na plus. I wcale nie ma większego niż zwykle bałaganu. Jestem z siebie bardzo dumna za ten krok i wiem, że przysłuży się całej rodzinie. I żeby nie było- nie uważam, że komputer to zło. Niestety złem są bezsprzecznie zabiegi marketingowe producentów gier i tych cholernych nowoczesnych bajek, które sprawiają, że dzieci nie chcą robić nic innego (mimo naturalnej przecież potrzeby RUCHU i poznania!) jak tylko siedzieć przed monitorem. Skoro te bezbronne maluchy z taką łatwością oddają komuś w zamian za migające obrazki swój instynkt samozachowawczy to musi to być coś kur….sko silnego. I tego nie lubię.

Sama uzależniona nie jestem. Jednak lubię komputer, mojego bloga, inne blogi, pomysły na zajęcia z dziećmi, przepisy, rozmowy z innymi mamami. Ale okazało się, że to wszystko spokojnie mogę zrobić wieczorem, gdy Marcinek usypia dzieci. I taki system zamierzam utrzymać jak tylko długo się da.