Dzienne archiwum: 21 października 2014

Mała rewolucja

Podzielę się z wami czymś zupełnie u nas nowym- ponieważ zauważyłam u Felcia ostatnio osłabienie kreatywności, drażliwość i ogólne znudzenie życiem (mimo wypruwania sobie moich osobistych flaków z celu zapewniania rozrywkowej edukacji albo edukacyjnej rozrywki) połączone z niewiarygodnym wręcz popędem do gier komputerowych (nauczył się skubany sam włączać i wyszukiwać- niby fajnie, że opanował bez żadnej pomocy nową umiejętność, ale jeszcze potem sobie trzeba z takim niewybieganym, naelektryzowanym pięciolatkiem poradzić). Muszę tu nadmienić, iż sama komputer traktuję jako sposób na relaks, zdobycie wiedzy, socjalizację (do pewnego stopnia), jako dziecko umiarkowanie dużo grałam w gry (przeróżniaste), a fejsa to dosłownie uwielbiam od lat.

Komputer był u nas od zawsze chyba całodobowo włączony, także gdy nikt z niego nie korzystał i patrząc na to z perspektywy czasu, uważam to za duży błąd.

Felitek uzależnił się od bajek w pewnym sensie w wieku lat 2, gdy byłam w ciąży i brakowało mi siły na jakieś nadmierne latanie. Jedyne co sprawiało w niektóre dni, że nie siedział przed monitorem dosłownie całymi godzinami, było to, że mam pewną wewnętrzną dyscyplinę zajmowania się dziećmi. Dzięki temu nie mogą one zbyt długo korzystać z komputera, gdyż zbyt długo nie są nigdy w domu. Co nie zmienia faktu, że gdyby dać  Felkowi wybór, prawdopodobnie grałby w jakieś byleco (wierzcie mi, próbowałam siebie i jego ratować jakimiś w moim mniemaniu ciekawymi grami edukacyjnymi) cały czas, z małymi przerwami na WC- bo także i jeść zdarzało mu się przed komputerem gdy nie byłam w formie. Nie da się być cały czas.

Ale, co związane z tym, co napisałam w pierwszym akapicie, zaczęłam łapać doła. ,,Jak to?- myślę sobie- ,,Niby edukacja domowa a dzieciak nie chce robić nic poza bezsensownym waleniem w klawisze i płacze jak proponuję mu plac zabaw? Toż to Sodoma i Gomora edukacyjna!”.

Dół w który psychicznie wpadłam, że jestem taka beznadziejna, był bardzo głęboki, więc i kroki, jakie postanowiłam poczynić aby z niego wyjść, musiały być radykalne. Po 7 latach wspomnianego wyżej całodobowo włączonego kompa zajmującego honorowe miejsce w każdym mieszkaniu jakie kiedykolwiek zajmowaliśmy jako para czy rodzina, komputer został wyłączony i schowany na dzień do SZAFY. Żegnaj, fejsiku do porannej kawuni, żegnaj kreatywna prasówko internetowa i zakupy online robione cichcem chyłkiem gdy jedno dziecko w łazience, a drugie kończy obiad!

Pierwszego dnia, co dosłownie mnie zaszokowało, Felinek do południa w ogóle nie zauważył, że nie ma komputera- normalnie włączenie gry było jego pierwszą czynnością po przebudzeniu, kiedy korzystał z tego, że my jeszcze w łóżkach. Cóż, nie kłuł go w oczy, to i nie miało dziecko przymusu wewnętrznego. Potem, gdy zauważył, bardzo gładko przełknął informację, że od dzisiaj komputer będzie dla nich tylko wieczorem, żeby mogli sobie w piżamkach obejrzeć bajkę. Dzisiaj już moje chłopię usiłowało mnie szantażować, że jak nie będzie mógł pograć, to będzie się nudzić (już on wie, jakie w mym sercu najczulsze struny szarpać!), ale nie dałam się- zaproponowałam mu tyle zajęć w zamian, że się poddał.

Zachowanie, kreatywność- na plus. I wcale nie ma większego niż zwykle bałaganu. Jestem z siebie bardzo dumna za ten krok i wiem, że przysłuży się całej rodzinie. I żeby nie było- nie uważam, że komputer to zło. Niestety złem są bezsprzecznie zabiegi marketingowe producentów gier i tych cholernych nowoczesnych bajek, które sprawiają, że dzieci nie chcą robić nic innego (mimo naturalnej przecież potrzeby RUCHU i poznania!) jak tylko siedzieć przed monitorem. Skoro te bezbronne maluchy z taką łatwością oddają komuś w zamian za migające obrazki swój instynkt samozachowawczy to musi to być coś kur….sko silnego. I tego nie lubię.

Sama uzależniona nie jestem. Jednak lubię komputer, mojego bloga, inne blogi, pomysły na zajęcia z dziećmi, przepisy, rozmowy z innymi mamami. Ale okazało się, że to wszystko spokojnie mogę zrobić wieczorem, gdy Marcinek usypia dzieci. I taki system zamierzam utrzymać jak tylko długo się da.