Miesięczne archiwum: Listopad 2014

Bić czy nie bić- kto zadaje sobie to pytanie?!

Znowu mignęła mi gdzieś dyskusja na temat bicia dzieci. Niektórzy, uważający się nawet za pedagogów, przyznających, że pracują  z dziećmi, pod imieniem i nazwiskiem piszą, że klaps to nic złego, a prawdziwe zagrożenie czai się w ,,bezstresowym wychowaniu”- o nim już kiedyś pod imieniem i nazwiskiem pisałam na Dzielnicy Rodzica, więc kto dociekliwy może sobie zajrzeć, jeśli wola oczywiście.

Nie przepadam za zachodnią cywilizacją i uważam, że dużo spieprzyła, ale nawet ja przyznaję, że przyniosła i wciąż przynosi ze sobą wiele wartości, dzięki którym dobrze się czuję mieszkając w samym jej centrum (albo w jednym z kilku jej ognisk, jeśli można tak to określić). Jedną z nich jest (przynajmniej teoretyczny) szacunek do człowieka i zakaz stosowania wobec niego przemocy, debaty na temat wolności jednostki i walki z opresyjnymi systemami. W teorii oczywiście, co już napisałam, ale piszę raz jeszcze, bo to różnie bywa z czytaniem ze zrozumieniem w dobie nastawionych na bezmyślność testów. No więc w teorii we większości państw zachodniego świata NIE WOLNO nam stosować żadnego rodzaju przemocy wobec drugiego człowieka a jeśli mamy to w d….e, może zainteresować się nami wymiar sprawiedliwości. Beznadziejne jest dla mnie sformułowanie ,,bicie dzieci”, bo ono samo już przywołuje sugestię, że bicie dzieci w jakiś tam sposób różni się od bicia kogokolwiek innego, np. staruszków, albo ludzi z przedziału wiekowego 26-47 lat. Nazywamy dzieckiem CZŁOWIEKA który nie ukończył iluś tam lat, tak jak nazywamy staruszkiem osobę, która ileś tam ukończyła i to jest dla mnie ok. Ale zakładanie, że wiek osoby upoważnia do stosowania wobec niej przemocy jest chory, średniowieczny i musimy się z nim ostatecznie rozprawić.

Nie obchodzą mnie ŻADNE argumenty zwolenników bicia ludzi (które perwersyjnie nazywane jest przez nich klapsami) chyba, że nawiązując do tego, co w nawiasie, obie strony (pełnoletnie) czerpią z tego erotyczną satysfakcję.

Doskonale rozumiem, że dziecko potrafi wkurzyć, doprowadzić do szału albo zachowuje się tak, że najchętniej zamknęłoby się je w piwnicy na kilka godzin żeby tylko mieć spokój. Do cholery, jestem matką i zajmuję się dwójką kilkulatków przez całą dobę. Wiem, jak to jest. Jednak podobne uczucia czasami wzbudza we mnie kierowca autobusu, który nie chce na mnie zaczekać i odjeżdża mi sprzed nosa (dosłownie te same) albo pani z agencji, przez którą wynajmujemy mieszkanie olewająca moje żądania naprawy cieknącej rury. Tak, mam ochotę przełożyć paniusię przez kolano i wymierzyć na co zasługuje! A jednak tego nie robię? Dlaczego? Bo kobieta mi odda albo raczej zadzwoni na policję. Wywalą nas z mieszkania. No, na pewno zdarzyłoby się coś, czego bym żałowała.

Ta logika zawodzi, gdy bierzemy pod uwagę bicie bezbronnych istot, jak dziecko albo zwierzaka. Tak, porównuję dziecko do psa, bo uważam, że akurat w TYM przypadku jest wiele analogii. Bezbronna istota to bezbronna istota i jakkolwiek sądzę, że moralnie bardziej naganne jest uderzenie własnego dziecka niż zwierzaka, to żadna z  tych opcji nie mieści mi się w głowie. Ale innym się mieści, bo dzieci nie są w stanie oddać ani nawet (te małe ani te duże, bo są zbyt zastraszone) zadzwonić na policję. Nie wyrzucą ich z pracy ani nawet z pokoju. Nie mogą nic zrobić. Ale to w cywilizowanym świecie, na który tak często się powołujemy nie jest argument żeby kogoś bić. I zacznijmy w końcu nazywać rzeczy po imieniu. Gwałt to gwałt a nie igraszki, a bicie to bicie a nie klaps.

Balety

Moja córcia ma przyjaciółkę Maię. Maia ma 3 latka, jej mama jest Polką, cudowną kobietą, z którą ostatnio spędzamy relatywnie sporo czasu. Maia skradła serce Felkowi i otumaniła Lilę. Razem tworzą świetne trio, które tylko czasami generuje zbyt wiele decybeli- ale to chociaż oznacza, że wszyscy żyją.

Maia od kilku miesięcy chodzi na balet, więc Lila też chciała. Zapisałam Lilę wczoraj na balet a dzisiaj była z Maią na pierwszych zajęciach. Cudne, małe perełki podskakujące na paluszkach. Lila jest zachwycona baletem. Felek płakał podczas zajęć z baletu Lili, bo też chciał, ale te zajęcia były tylko do czterech lat a Felek ma już pięć i pół.

Jak Felek miał chodzić kilka miesięcy temu na balet, to był tylko dwa razy bo więcej nie chciał.

Wkrótce potem nie chciał chodzić do szkoły.

Lila 6 stycznia zaczyna przedszkole, bo Maia chodzi do przedszkola, więc i Lila nie popuściła. Niestety pójdzie do innego, ale nie przeszkadza jej to. Chce być duża, chce jeść lancz z dziećmi przy stoliku i mówić pani, że toilet jak zachce jej się siusiu. Z tego powodu chce iść do szkoły, jak będzie ,,jesce więksa”.

Jutro idziemy z Felinkiem do jednej sali gimnastycznej rozeznać się, czy są jakieś zajęcia dla takich starszaków. Bo Felek oglądał akrobacje na youtubie i powiedział, że by chciał tak. Tysiąc razy się upewniałam, czy on wie, o co prosi. Twierdzi, że wie. A ja jak ten Syzyf, niezmordowany prze lata, znowu omotana tą nitką nadziei pędzę na drugi koniec dzielnicy bo a nuż mój syn zechce coś robić, coś z kimś innym niż ja albo tata.

Zaciskam zęby, bo poniekąd wiem, skąd wzięły się te jego, nasze trudności i dlaczego dwoje naszych dzieci tak niewyobrażalnie się od siebie różni. Kocham każde bezwarunkowo już teraz, bo się tego wyuczyłam. Nie będę już nikogo do niczego zmuszać ani popychać. Jeśli Lila z własnej woli pójdzie do szkoły, zostanę z Felkiem i jakoś to będziemy dalej pchać.

Najtrudniejsze dla mnie jest to, że w takich chwilach (jak Lila na balecie i Felek z mokrymi oczami- ten potworny kontrast) boleśnie uderza mnie świadomość, dlaczego w ogóle moje dziecko nie chodzi do szkoły. Bo czasami niektórym się wydaje, że po prostu potrzebuję tematu do obgadywania na fejsie albo szukam aplauzu opowiadając o naszym ,,planie dnia” na internetowej konferencji. Sama zaczynam momentami w to wierzyć i wtedy czuję się wyjątkowo… Jednak prawda jest brutalna. Felek nie chodzi do szkoły nie dlatego, że jego matka jest nawiedzona i ma własne nauczycielskie zapędy oraz wizję przyszłości pierworodnego- lecz dlatego, że w żadnej z placówek nigdy się nie zaaklimatyzował. Cierpiał, chorował, płakał i prosił, żeby go nie zostawiać. Albo przestawał prosić. I wtedy jego zachowanie zmieniało się na makabryczne. Nie mogliśmy do niego dotrzeć, a kółko się zamykało.

I tak przez kilka lat. Przyszedł czas, by powiedzieć ,,dość”. Nie, nie stoimy w miejscu. Powoli toczymy przed siebie głaz i razem jest nam łatwiej. Lila nas wyprzedziła ale przecież to nie jej wina. Niech sobie tańczy, cudeńko.

Bach to Baby

Dzisiaj po raz pierwszy wybraliśmy się na koncert z cyklu ,,Bach to Baby”. Jest to cudowna inicjatywa, dzięki której praktycznie każdego dnia organizowane są w Londynie (i jeszcze gdzieś chyba) koncerty muzyki klasycznej. Nie znam się kompletnie na muzyce, odróżniam gitarę od pianina, lubię sobie posłuchać, wiem kim był Bach ale już tytuły sonat itd nic mi nie mówią. Ale rozumiem, jak gdzieś jest napisane, że zaprasza się z dziećmi :)

A w Bach to Baby chodzi o to, by ci, którzy muzykę lubią mogli przyjść sobie na niedrogi koncert z dzieckiem/ dziećmi, posłuchać muzyki bez stresu, że ktoś zabije ich (co najmniej) wzrokiem za to, że maluch nie chce nieruchomo siedzieć na krześle przez 2 godziny. Dzieci mają możliwość latać, także po scenie, robić co chcą, tańczyć i wariować na dowolne sposoby. Moje oczywiście nie omieszkały skorzystać sobie z takiej okazji… Tym bardziej, że byłam ze znajomymi, więc i inne chętne do dzikich harców dzieci się znalazły. Jestem zachwycona tym pomysłem! Swego czasu, gdy Felinek był maleńki, bywałam z nim w kinie na specjalnych seansach dla rodziców- leciał normalny film a bobasy pełzały na czworakach pod ekranem. A tu koncert! Muzyka, jasno i super!

Więc tak tylko chciałam napomknąć, że jeśli mam jakichś Czytelników z Londynu czy okolic, to serdecznie zachęcam do zapoznania się z tematem koncertów Bach to Baby. To wspaniały sposób żeby spotkać się ze znajomymi, a maluchom przy akompaniamencie jakieś bardziej niż hity z youtuba ambitnej muzyki pozwolić się wyżyć. Polecam :)