Miesięczne archiwum: Marzec 2015

II Birth Stories Circle

Za nami II Birth Stories Circle, Krąg Opowieści Porodowych. Ponownie w całej Polsce i nie tylko w wielu Kręgach zasiadły Kobiety pragnące podzielić się swoimi przemyśleniami, historiami, doświadczeniami związanymi z porodem czy porodami. W tym roku byłam w Londynie prowadzącą i zaskoczyło mnie, jak inaczej podchodziłam do tego… Jak inaczej, niż rok temu, gdy sama przed sobą a przy okazji przed innymi odkryłam że czegoś mi brakuje. Że zostałam w jakiś sposób pozbawiona ,,własności” moich porodowych doświadczeń, czułam się przez lata niepełna, okradziona. Rozprawiłam się z tym. To było rok temu. Wczoraj usiadłam przy ogniu pełna siły, wewnętrznego uśmiechu, chęci bycia dla innych, nie tylko przyniesienia ulgi samej sobie.

Nastrój we wczorajszym Kręgu był zupełnie inny niż ten ubiegłoroczny- czy może tylko mnie się taki wydawał? Kobiety pewne siebie w swoim macierzyństwie, radosne w karmieniu piersią, nie traumatyzujące, uśmiechnięte, otwarte na siebie na wzajem. Nie płakałyśmy, nie było takiej potrzeby. Nie padałyśmy sobie w ramiona uśmierzone w świeżo uświadomionym  braku, bólu. Nie było ran do leczenia. Urazów do ugłaskania. Złamań do nastawienia. Było smaczne jedzenie, śmiech i nowe przyjaźnie. Mamy z dziećmi które intensywnie dawały o sobie znać, zaświadczając o prawdziwości tegorocznego Kręgowego przesłania- KAŻDY poród jest pozytywnym doświadczeniem bo po pierwsze jest megaważnym przystankiem na drodze dojrzewania do kobiecości i rodzinnego życia, ubogaca duchowo i daje nam bezdyskusyjne skarby: nowego człowieka, Dziecko. Dziewczyny z wczorajszego spotkania, tak różne w swoich przejściach, były cudowne w tym udowadnianiu, jak silna jest matka bez względu na rodzaj porodu i tego, co bezpośrednio po nim. Naturalnie lecz przedwcześnie urodzone bliźnięta, cięcia cesarskie, porody drogami natury lecz w szpitalu, próby porodu domowego zakończone na stole operacyjnym, wiele innych zakrętów i niuansów, wiele aspektów które połączyły nas wczorajszego wieczoru, byśmy okryte kocami, pod osłoną londyńskiej nocy (warto może zaznaczyć, że były wśród nas eks-mieszkanki aż 6 różnych państw!) powiedziały: jest dobrze. Nie jest to takie ,naciągane ,,jest dobrze”, będące usilną próbą udowodnienia czegoś, w co nie do końca się wierzy- powiedziałyśmy ,,jest dobrze” bo jest DOBRZE, jest pięknie, jest coś co nas łączy i umacnia. Jest powód by pozytywnie być razem.

Czuję bardzo mocno, że przez ten rok dojrzałam. Kilka doulowych szkoleń i setki spotkanych na mojej drodze kobiet w ciąży, karmiących piersią, Positive Birth Movement oraz moje unikalne poruszające do głębi doświadczenia towarzyszenia rodzącym mamom pokazały mi, że nic nie jest czarno-białe! Że życie jest po to, by je celebrować, nie opłakiwać. Jeśli jest potrzeba wypłakania czegoś, trzeba to natomiast zrobić we wspierającym otoczeniu, w porozumieniu serc.

Wszystko wydaje mi się ostatnio bardzo proste i przejrzyste, połączone ze sobą. Nasza edukacja domowa i coraz większa miłość do domowych porodów; poznawane na kobiecych spędach kobiety z których dziećmi moje nawiązują piękne relacje. KRĘGI zataczają KRĘGI- a mnie to fascynuje, wciąga i motywuje do działania :)

Raj homeschoolingowy

W ostatnią sobotę, na spotkaniu polskiej grupy The Positive Birth Movement zupełnie przypadkiem (chociaż ja to już przestałam wierzyć w przypadki!) pojawiły się nowe buzie. Jedna z nich należała do Kasi, mamy 11- letniego chłopca, który od 5 lat nie chodzi do żadnej szkoły. Chyba nie muszę mówić, że szybko znalazłyśmy wspólny język :) Kasia powiedziała nam o mnóstwie rzeczy do roboty w jej okolicy, która nie jest jakoś przesadnie oddalona od naszej. I tak oto dzisiaj, wraz z dwiema jeszcze innymi Mamami, które poznałam dzięki The Positive Birth Movement oraz Attachment Parenting Grup, poszłyśmy razem na Home Education Group z prawdziwego zdarzenia! Dzieciaki w wieku 2-13 miały do dyspozycji POTĘŻNY kilkupiętrowy drewniany plac zabaw, pełen lin, labiryntów, schodów i tajemnych przejść, do tego salkę z ping pongiem i bilardem, toalety, kuchnię, ławki, stoliki i świnki morskie do karmienia (przydały się Liluni).

Nie poznawałam oczywiście własnego dziecka. Felitek od razu dołączył do syna Kasi i reszty chłopaków i latał z nimi przez prawie 3 godziny jak opętany. Kilka stopni na plusie a towarzystwo na t-shirtach- aż miło popatrzeć na te rumieńce. Dostrzegłam coś, czego już dawno w spojrzeniu mojego synka nie widziałam- pewność siebie. Dostrzegłam to, gdy wypatrywałam go w drewnianych czeluściach i udało mi się, mignął mi w pogoni/ ucieczce a za nim/ przed nim kilku starszych chłopców. Spojrzał na mnie przez sekundę a jego twarz rozświetlił uśmiech. Potem dostrzegłam to znowu, gdy stał kilka metrów nad ziemią i pomachał mi rączką. To zdecydowanie inna osoba, niż ta, która prowadzana przez kilka lat jak baranek na powtarzającą się rzeź traciła zainteresowanie jakimkolwiek rozwojem, jakąkolwiek relacją. Odzyskuję go. Wraca do mnie to, co sama zaprzepaściłam oddając maleństwo do żłobka, unieszczęśliwiając je, zgadzając się na zerwanie nici. Mam wiele na swoje usprawiedliwienie, ale nie ma to już teraz znaczenia. Mam siłę przyznać się do błędu i walczyć o nową normalność dla swojego dziecka.

Wyluzowane dzieci, wyluzowani rodzice. Niezwykle sympatyczne dziewczynki w wieku 12-13 lat w podartych rajstopach i zielonych włosach. O ironio, nasz plac zabaw sąsiadował ze szkolnym podwórkiem. Na które dzieci wychodziły na gwizdek czy inny znak i na takowy wracają po niedługiej chwili w mury szkolne, pod dach, w rzeczywistość sztucznego oświetlenia i zamkniętych drzwi mimo pięknej pogody. Nigdy więcej gwizdków w życiu moich dzieci. Nie wyobrażam sobie, żeby na cokolwiek przez płot musiały patrzeć tak smutnymi oczami jak te dzieci które dziś widzieliśmy ,,poza” naszym małym chwilowym homeschoolingowym rajem.

Felitek zachwycony totalnie, wrócił jak po jakimś duchowym detoksie. To nie tak, że na co dzień nie ma towarzystwa, bo je ma nawet i w nadmiarze, ale może nie zawsze takie jakie on sobie życzy. A życzy sobie konkretnie chłopców, najlepiej starszych. Którzy nie będą go jednak traktować (co często zdarza się w szkołach) jako młodszego, bezużytecznego smarkacza, nad którym można się jedynie popastwić dla zabawy. Mój synek był dzisiaj pełnoprawnym uczestnikiem zabawy, na temat reguł której my, dorośli, nie mieliśmy pojęcia i to było piękne. Serce topniało widząc, jak te wielkie chłopaki nosiły maluchy na rękach, wykazywały wobec nich pełną wyrozumiałość. Coś wspaniałego.

TO jest Londyn, który kocham. Miejsce, w którym czuję, że nasz alternatywny bądź co bądź styl życia nie jest traktowany jak lądowanie UFO ale pełnoprawna, zasługująca chociażby na szacunek opcja. Miejsce, w którym ZAWSZE znajdziemy kogoś, kto myśli i postępuje podobnie. Metropolia, w podziemiach której budujemy swoje wioski. Na razie tylko w przenośni ale kto wie co przyniesie czas? :)

 

 

Poważna sprawa

- Jeszcze chwilka- mówię do Felka- muszę napisać do kilku osób, bo jest jedna pani, która potrzebuje douli a my w tym czasie będziemy we Francji.

– A co to jest doula?- pyta Felinek chociaż słowo to słyszał już co najmniej miliard razy odmienione przez każdy przypadek.

– To ktoś kto przychodzi do mamy rodzącej dzidziusia żeby dodać jej odwagi i poczucia bezpieczeństwa gdy już jej ciężko. Gdybym nie była we Francji, mogłabym być doulą dla tej pani, ale dzidziuś ma się urodzić akurat w tym czasie, kiedy nas nie będzie.

Mały chłopiec robi duże oczy:

– To pisz, bo to poważna sprawa! Trzeba znaleźć kogoś innego!