Miesięczne archiwum: Sierpień 2015

Rżysko

Od dwóch tygodni stacjonuję w Polsce, czekając na domowy poród pewnej cudownej rodzinki, jako doula. Umilam sobie czas jak mogę.

Wczoraj kupiłam bilety lotnicze do Szkocji na listopad. Napadło mnie, że muszę wraz z moją rodziną koniecznie zobaczyć Potwora z Loch Ness, inaczej życie nie będzie miało sensu.

Dzisiaj wzięłam z garażu rower. Tata napompował mi go, chociaż potrafię to zrobić. Ale na etapie na jakim jesteśmy tak niewiele jest rzeczy, które on może mi ofiarować. Ucieszyłam się i wzruszyłam piętnastoletnim napompowanym rowerem. Dzieci pojechały z dziadkami nad jezioro, ja wsiadłam na rower i ruszyłam za wieś. Pięknie jest za wsią.

Przed lasem skręciłam na rżysko, rower mknął po nim gładko jak po ścieżce rowerowej. Resztki skoszonego owsa (tak, odróżniam wciąż poszczególne gatunki zboża od siebie, nawet po żniwach) syczały pod kołami. Dojechałam pod ambonę, na którą jako nastolatka wchodziłam, żeby w spokoju wypić sobie piwo.

Ambona doczekała się renowacji, obita była bowiem od środka sfatygowaną wykładziną dywanową, na której wyznania miłosne Czarnej do Damiana i Bartka do Eweliny korespondowały z rysunkami męskich narządów płciowych i dziwnych hybryd wyrażeń niechęci wobec policji z ofertami usług seksualnych.

Wychyliłam się przez okno ambony i spojrzałam na szarożółte rżysko. Przecinane miedzami i zielonkawymi dróżkami prowadzącymi z niewiadomych przyczyn do zdewastowanych, od dziesięcioleci niezamieszkanych eks- gospodarstw, porośniętych jabłonkami na emeryturze. Poczułam się jak nastolatka z piwem, tyle, że piwa nie miałam, ale psychicznie byłam bardzo blisko sobie sprzed kilkunastu lat. I uświadomiłam sobie kilka ważnych rzeczy.

Przede wszystkim, że Londyn to nie wszystko. Dorastanie to nie wszystko. Nawet pasja to nie wszystko. Bo zawsze, miejmy nadzieję, będzie jeszcze gdzieś skoszone pole owsa i stada jastrzębi kołujące nad znudzonymi miedzami.

Pomyślałam sobie też, że wcale nie jest tak łatwo odciąć się od siebie samej, w zasadzie to jest niemożliwe. I że chyba zawsze tym, co lubię robić najbardziej na świecie będzie jazda rowerem po pustym polu i wdychanie zapachu nagrzanego piasku po którym wędrują pozornie pogrążone w chaosie bordowe mrówki wielkie jak orzeszki ziemne.

A potem zeszłam z ambony i udałam się w kierunku gęstwiny, o której wiedziałam, że był tam kiedyś dom. Dom całkowicie już zasymilowany z suchą ziemią zalesienia śródpolnego. I okazało się, że ktoś postawił tam ule. Tak, na całkowitym odludziu, wśród krzewów, traw i drzewek owocowych sprzed może i nawet wieków, ktoś postawił ule. Ktoś kilka z nich zdemolował. A w pozostałych wciąż mieszkały pszczoły. Wpadłam przez przypadek w ich rój, ale były tak zajęte, że nie zauważyły. Wzięłam rower i ruszyłam do lasu, który też najwyraźniej nie zauważał mojej obecności. Uśpiony upałem, niezainteresowany nawet kilkoma kroplami deszczu który pojawił się pół godziny wcześniej i popadał, jakby nie miał siły, trwał w swoim drzewnym dostojeństwie i nie przejmował się moim zdaniem na swój temat. Nawet skupisko śmieci i plastikowy worek z martwymi szczeniakami na drodze nie zdawały się ingerować jakoś boleśnie w ten leśny stan rzeczy, nie przeszkadzały w niczym, wyróżniały się tam wśród iglasto- liściastego porządku jak nieudolna ludzka próba zapanowania nad tym wszystkim, zepsucia, narzucenia się ze swoimi racjami. Były tam zupełnie nieważne.

I wtedy, wtedy właśnie pomyślałam, że świata nie da się zbałamucić, bo to tylko echa naszego cywilizowanego jazgotu usiłują zdominować majestat odwiecznej prawdy, ale nigdy im się to nie uda.

A w drodze powrotnej mój rower jechał po leśnej skwierczącej ściółce tak szybko, jak na wyścigu. Objęła mnie euforia, że jadę, że lecimy do tej Szkocji, że będę niedługo znowu czyjąś doulą.

Że jestem.

 

 

 

 

Odczarowanie

Oglądaliśmy stare zdjęcia. Stare jak świat, czyli na naszej klasie, przedstawiające w całej krasie dwa niemowlęctwa: niemowlęctwo Felka i niemowlęctwo Lili. W akompaniamencie okrzyków zachwytu i niecierpliwości: ,,Telaz mnie pokaz!” ,,A ja, jaki byłem słodki?”

- A Lila jaka była malutka i słodziutka!- wyraził swoją dziką aprobatę wobec fotek uśmiechniętego bobaska Felek. – Pewnie się nią opiekowałem.

I wtedy coś we mnie pękło.

Zupełnie nie miałam ochoty ani potrzeby ściemniać i zagłaskiwać rzeczywistości beznamiętnymi przytaknięciami. Bez gniewu i wyrzutów powiedziałam prawdę. Że był to dla nas wszystkich bardzo trudny czas. Że on miał dwa latka i nie tylko nie opiekował się ,,słodziutką Lilą” ale bił ją, obrzucał metalowymi samochodami i bałam się zostawić ich na minutę pobytu w toalecie bo autentycznie bałam się o dziecko. Że wiem, że to nie była wina Felka, bo tak reagował na fakt, że było mu równie ciężko (a może i ciężej) niż mnie. Rozmowa ta przebiegała już nieco później, bez obecności Lili. Zdziwiło mnie z jakim spokojem i skupieniem mój sześcioletni synek podszedł do tematu, bo on teraz uwielbia dzidzie i na prawdę cudownie na nie reaguje. Informacja że ON mógł mieć takie pomysły, jak rzucanie bobaska metalowymi przedmiotami musiała podziałać na niego druzgocąco.

A mnie te wyzwania wyzwoliły z traumy jaką noszę w sobie od dawna. Nic bowiem tak nie bolało mnie we wspomnieniach z mojego całego chyba życia jak świadomość, że nie potrafiłam poradzić sobie z dwójką własnych dzieci naraz. Jedno było nieszczęśliwe, opuszczone i agresywne, drugie płaczące do utraty tchu, spięte i obolałe (niemowlę z guzem od uderzenia- czy można sobie wyobrazić coś gorszego i bardziej wpędzającego w poczucie winy?!)

Nie powiedziałam mu tego, żeby poczuł, że go obwiniam. Czułam, że to wciąż jakoś stoi na linii tworzenia się i funkcjonowania naszej relacji. To poczucie że coś nie poszło, było we mnie i dzisiaj się z niego oczyściłam. Bo Felek powiedział:

- Teraz ja już bym tak nie robił, bo wiem, że dzidziami trzeba się opiekować a nie ich bić.

I tym stwierdzeniem jakby skruszył kamienną skorupę mojej matczynej duszy. Ogromy ciężar, który ograniczał czasami możliwości zaczerpnięcia życiodajnego oddechu rozpłynął się i zniknął. Nadal nie mogę uwierzyć to, jak dobroczynny terapeutyczny wpływ może mieć najzwyklejsza szczerość. Nic już nie haczy, nie blokuje, nie rujnuje. Nie sączy goryczy. Rozprawiłam się z tym ostatecznie, wybaczyłam sobie i zaprosiłam moje dziecko do uczestniczenia w NOWYM.

A ono, jak zawsze (!) z gracją, bo najlepiej jak potrafiło, skorzystało z zaproszenia.