Miesięczne archiwum: Wrzesień 2015

Piórko

Dzisiaj Lila skończyła 4 latka.

Pamiętam ten dzień w 2011 roku, obudziłam się i wiedziałam, że to będzie DZIŚ. Miałam skurcze już w nocy, od rana były dość regularne, ale rzadkie, co 15- 20 minut. Poszłam z Felkiem na plac zabaw na 3 godziny. Siedziałam nad piaskownicą, co jakiś czas prostując się i oddychając tak, by przynieść sobie ulgę.

- Jaki ładny chłopiec- zagadała przypadkowa mama. Zgodziłam się.- Przydałoby mu się rodzeństwo, co?

To pytanie a właściwie stwierdzenie naruszyło moją tolerancję absurdu.

- Wiem, właśnie rodzę- odparłam, wskazując na brzuch. Pani dopiero zauważyła, że jestem w ciąży. Moja odpowiedź i widok napinającego się balona pod cienką koszulką tak ją zszokowały, że sobie poszła. Mogłam sobie dalej rodzić nad piaskownicą.

Lila urodziła się tego wieczora, już w szpitalu. Mając skurcze co 7 minut, składałam z synkiem nową (wygraną w konkursie) plastikową stację benzynową.

***

Dzisiaj nigdzie nie wychodzimy, bo czekamy na paczkę od Babci i Dziadka. Czytam, a właściwie intelektualnie i emocjonalnie pożeram książkę ,,Położna”, przeżywając na nowo moje porody, tak dalekie od ideału, jaki teraz staram się pielęgnować w swojej pracy, a jednak w końcu przeze mnie odzyskane, bo oswojone. W ich wyniku przyszły na świat moje Dzieci. Patrząc na nie podczas spędzania dnia w oczekiwaniu, wzbiera we mnie szacunek i pokora, a także tak silne przeświadczenie o tym, że ta droga, jaką idziemy teraz razem jest dobra. I wiele jakże dobrego nas na niej czeka.

Felek snuje się pozornie bez celu między mieszkaniem a ogrodem, biorąc do rączek pozornie przypadkowe przedmioty, wpadając na pozornie nierozwojowe w żaden sposób pomysły. Wśród trawy dostrzega piórko sroki. Wydaje się być czarne, nawet trochę brudne, ale spoglądając pod światło roztańczonego jesiennego słońca (taki sam ciepły jasny dzień był 4 lata temu) nietrudno zauważyć metaliczny fioletowy połysk.

- Ale niebieeeeeeeskieeeeeeeeee- mruczy chłopiec jak w transie, a ja odrywam się od lektury żeby na chwilę umrzeć z zachwytu nad tym cudem eksploracji dziecięcej. Wyciąga opaloną łapkę z piórkiem w moją stronę- Zobacz jakie piórko- ogląda je sobie pod różnymi kątami, kiwa głową dla uzyskania jak najlepszego efektu wizualnego.

- Tak, piękne, to piórko sroki- oznajmiam zaspokajając swoją potrzebę uczenia dziecka (wszak podobno mamy EDUKACJĘ domową!) na dzisiaj.

- Nie wiedziałem, że sroki są takie fajne- zwierza się synek i biegnie do domu, żeby gdzieś zadołować nowozdobyty skarb. Za chwilę nie będzie o nim pamiętał. Znajdzie sobie coś innego do roboty, np. książkę o gumowych potworkach, które można kolekcjonować i zaznaczać sobie w owej książce, które się już ma. A potem stanie nad podskakującą dżdżownicą i zdziwi się jej determinacją w poszukiwaniu miękkiego gruntu. Zbuduje pistolet z klamerek. I tak cały dzień. Nie potrafię nie dostrzegać w tym wszystkim wartości.

Jak również w tym, jak moja od dzisiaj czterolatka znajduje przeznaczony na kompost kawałek zasuszonego ciasta sprzed 2 dni. Wpycha je do kubka i nakłuwa kredką. Dodaje farby. Po porozumieniu z nią wynoszę obiekty badań sensorycznych do ogrodu.

***

Dzieciństwo, macierzyństwo, człowieczeństwo. Są dla mnie jak piórko sroki. Czasami wydają się tylko czarnymi nieważnymi pozostałościami po czymś leżącymi biernie wśród pokładającej się przedpaździernikowo trawy. Wystarczy jednak trochę słońca, by stały się skrzynią skarbów, mieniących się wszystkimi kolorami, budzących zachwyt. Wystarczy tylko trochę słońca by zupełnie zmieniła się nasza perspektywa.

Dziękuję

Dzisiaj okazało się, że blog którego piszę od niemal 6 lat i jest dla mnie bez mała jak trzecie dziecko, został wybrany jako jeden z 10 najbardziej godnych polecenia blogów dla rodziców przez portal Dzieci są ważne (!!!!!!).

Bardzo dziękuję tym, którzy obdarzyli mnie wyróżnieniem. To dla takiego typu czytelnika piszę i wiem, że warto. Czuję, że to, co przerzucam na klawiaturę gdzieś trafia i komuś w jakiś tam sposób może pomaga, poprawia nastrój. Jest to dla mnie wspaniała wiadomość.

Niestety nie jestem w stanie nic więcej napisać, bo:

1) Mąż raczy mnie sokiem jabłkowym zrobionym w nowej sokowirówce i muszę skorzystać natychmiast.

2) Felek cierpi, bo nie może znaleźć ostrzynki i robi to na tyle głośno, że nie mogę sklecić zdania.

3) Snuję nikczemny plan położenia dzieci do spania i myśl o tym, co mogę robić gdy już ich tu nie będzie odbiera mi zdolność do zagłębiania się w sferę logos mojego istnienia.

Ale już wiem, że BĘDĘ pisać, bo mam dla kogo. Co jakiś czas dopada mnie kryzys i plany zamknięcia bloga. Teraz czuję,że długo nie zawitają w mojej głowie.

Dzieci są ważne, dziękuję! Kocham was z wzajemnością jak widać! Wrzuciłabym odnośnik do Waszej strony ale nie umiem :) Wierzę jednak, że ci, którzy czytają mojego bloga podglądają także i Was.

 

Rok edukacji domowej

Minął rok odkąd Felinek jest oficjalnie dzieckiem uczonym w domu. Na początku traktowaliśmy to jako swego rodzaju eksperyment, ,,zobaczymy co będzie” i ,,poczekajmy na miejsce w szkole”. Tym czasem miejsce w szkole zostało nam zaoferowane, ale my… odmówiliśmy. Bo w końcu tak bardzo czujemy, że to, co się dzieje, że wybory podejmowane dla naszej rodziny są słuszne. I nam służą.

Rok. Oglądałam dzisiaj nasze homeschoolingowe zdjęcia z dwunastu intensywnych miesięcy i trudno mi było momentami uwierzyć, jak wiele oni robią- a przecież fotki to jedynie ułamek tego huraganu kreatywności i fabryki pomysłów, jakie na co dzień rozpracowują nasze dzieci. Pomyślałam, że ładnie byłoby coś napisać w ramach podsumowania, chociaż w głębi serca nie czuję takiej potrzeby. Nie czuję, że muszę cokolwiek komuś udowadniać, z czegoś się tłumaczyć, czymś chwalić. Zaczynam dorastać do pełnej macierzyńskiej równowagi w polu której nie ma miejsca na porównywanie siebie czy dzieci z kimkolwiek. Jest, jak jest, a jest dobrze.

A potem pomyślałam, że coś tam skrobnę, bo wiem, ile znaczy zachęta dla tych, którzy wciąż jeszcze się wahają i szukają potwierdzenia dla słuszności swojej decyzji- to dla nich piszę, nie dla tych, którzy z edukacją domową nic wspólnego mieć nie chcą- absolutnie nie chcę nikogo do niczego namawiać bo już przestałam wierzyć że uda się zachęcić ryby do oddychania powietrzem. Rybom wielokrotnie zazdrościłam (wciąż mi się to zdarza), że potrafią oddychać pod wodą więc jest ferinaf….

No więc małe podsumowanie. Na prawdę małe.

Nie chce mi się rozdmuchiwać faktu, że Lila zaczęła właśnie pisać, a jej pasją jest alfabet i ludzka anatomia, co bywa koszmarem, gdy dziecko od godziny 10 do 17 cały czas chce się uczyć i oczekuje od rodziców że się do tego aktywnie ustosunkują- ale cóż, jak mawia mój syn- ,,chciałam szkołę, to mam”- nic dodać nic ująć, tyle w temacie czterolatki która dostała jakiegoś amoku w pędzie do wiedzy akademickiej ostatnio a ja usiłuję z wywieszonym językiem nadążyć. Nie wiem, czy warto w ogóle poruszać temat Felinka, który w końcu nauczył się kooperować z dziećmi na normalnych zasadach i poznał swojego pierwszego prawdziwego przyjaciela (nie udało się to ani w przedszkolu ani w szkole- a pisząc o tym teraz i wspominając jak bawili się w ekipę ratującą zwierzęta z laboratoriów mam oczy wilgotne więc chciałabym z tego miejsca serdecznie pozdrowić Yonatana i Jego Mamę, którzy są i całym swoim życiem pokazują jak piękną duszę można mieć żyjąc po prostu po swojemu a jednocześnie dla kogoś- Boże, oby więcej było takich ludzi). Felinek otworzył się na ludzi, a jego samodzielność niekiedy zawstydza i zachwyca. Potrafi stanąć w obronie słabszego, zainicjować zabawę, sam się zająć a gry komputerowe przestały być tym, co potrafiło go zerwać dosłownie w środku nocy z łóżka. Tak się stało pod wpływem towarzystwa ze szkoły (tak, pięciolatki) i było trochę creepy. Teraz w zasadzie nie gra. No, nie gra praktycznie wcale, czasami z tatą na telefonie, właśnie sobie to uświadomiłam. Wciąż lubią bajki, ale gładko zaakceptowali zasady, że można je oglądać tylko w weekendy jak nie ma co robić. W tygodniu w analogicznej sytuacji oglądają programy edukacyjne które potem jakoś tam przeżywamy w realnym życiu- ostatnio widzieli gdzieś filmik o legendzie potwora z Loch Ness i już za 2 miesiące lecimy do Szkocji na jego poszukiwania :)

Miałam nie pisać o zmianach jakie zaszły w dzieciach, bo sama właściwie nie wiem do końca, czy są efektem homeschoolingu, czy ich nieuniknionego dorastania, bo może być i tak i tak.

Egocentrycznie chciałam napisać o sobie. Że zaczęłam odkrywać cudowność mojego starszego dziecka, której nie potrafiłam dostrzec bo albo go fizycznie przy mnie nie było albo byłam tak zajęta i przytłoczona banalnością codziennej organizacji że zamykałam się przed tym, co ważne. Jestem cierpliwsza. Bardziej otwarta. DUŻO WIĘCEJ wiem, bo stale zadawane pytania i inicjatywy moich dzieci zmuszają mnie do nieprzerwanego, codziennego zdobywania wiedzy na tematy tak różne, że przestaję być zdolna opierać się pięknu tego świata. Chcemy z Marcinkiem ciągle coś robić, paradoksalnie w końcu zaczęliśmy mieć oboje czas na wspólne oraz indywidualne hobby i po prostu dla siebie.

Dawniej nie wyobrażałam sobie, że biorę książkę z półki ,,literatura piękna” (nie, nie poradniki, nie pamiętniki położnych ani kucharskie!) i jadę na kilka godzin poczytać na kocu na trawie SAMA. Czułam, że to w jakiś sposób nie ok, że powinnam raczej robić coś z dziećmi… Że one tracą… Teraz nie myślę w taki sposób, bo tyle rzeczy robimy razem, że i dla nich i dla mnie stało się to zupełnie naturalne i w żaden sposób nie krzywdzące dla nikogo, że mama czy tata mają ochotę pobyć trochę sami. Albo ze sobą.

Mimo to uwielbiamy być wszyscy razem też bardziej niż kiedyś. I teraz, kiedy nasz synuś był znowu kilka dni w Polsce u dziadków, nie możemy się doczekać aż wróci, bo czujemy siłę i prawdziwą radość życia dopiero w komplecie.

Słabe to podsumowanie… Żadnych tabelek, rubryk typu ,,rok temu” i ,,teraz”, wykresów, nagrań, próbek pracy akademickiej dzieci. Wyników typu wygrana w olimpiadzie matematycznej na szczeblu wojewódzkim czy dyplom od ministra edukacji za obrazek pt. ,,Kim będę gdy dorosnę”.

Bo największym osiągnięciem całej naszej czwórki jest życie z dala od myśli, że to może mieć dla nas (!) znaczenie. I dojście do punktu w którym nie mamy wyrzutów sumienia,  że tak właśnie w sercach czujemy.