Miesięczne archiwum: Październik 2015

Kiedy nie lubię być mamą…

Są takie dni, kiedy zastanawiam się, cóż takiego uczyniłam w tym lub poprzednim życiu, że pokarana zostałam koniecznością dreptania po wyboistej koleinie macierzyństwa. Pomijam fakt, że zupełnie nie uważam rodzicielstwa za idealną funkcję społeczną i coś do czego należy za wszelką ceną dążyć- owszem, jest ubogacające. Poszerza świadomość. Pomaga stać się lepszym człowiekiem. Daje wiele narzędzi. Ale banalnie, prymitywnie, po chamsku fizycznie jest po prostu trudne. W naszej kulturze jest cholernie trudne. I nie ma co mydlić sobie oczu, że karmienie piersią, noszenie w nosidełku, współspanie i edukacja domowa zwracają poniesione koszty niewyobrażalnie silnymi falami szczęścia gdy możesz sobie cyknąć selfie z cycusiem albo proszą cię o opinię na temat systemu szkolnictwa w Polsce i gdzieś to publikują…  To wszystko mogłoby nie istnieć. Jest tak małe, że wspominanie o tym wydaje się dosłownie żałosne.

Piszę o tym, bo mam zapalenie gardła. Z bólem radzę sobie nieźle sposobami opracowanymi metodą prób i błędów przez okres ok. 3 lat, kiedy to zaczęłam swoją przygodę z medycyna alternatywną. No więc nie boli. Ale jak każda infekcja, tak i ta powoduje nadmierne zmęczenie, rozdrażnienie, ociężałość umysłową i potrzebę odosobnienia. Z żadnym z tych efektów ubocznych nie można sobie na luzie radzić mając pod opieką dwójkę kilkulatków. Ja nie mogę.

Denerwuje mnie dosłownie wszystko, łącznie z dziecięcymi działaniami, na które normalnie nie zwróciłabym uwagi. Gdy zupa okazuje się niejadalna, bo jakaś mała rączka dodała do niej coś od siebie w postaci sześciu megaostrych papryczek chilli, wietrzę spisek. Wspominam, jak cudowne było chorowanie przed dziećmi. I nagle wszystko przed dziećmi wydaje się idealne, piękne, łatwe. A wszystko z dziećmi jedną wielką katorgą.

W takich chwilach czuję się jak delfin, który wpadł przez przypadek do sieci na tuńczyki i zginie tylko dlatego, że ktoś postanowił zamordować kogoś zupełnie innego.

Przecież to nie miałam być ja. Nie taka szamocząca się beznadziejnie. Nie z tym gardłem chorym, a jeśli już z nim, to powinno się nade mną skakać z herbatkami, a nie skakać po mnie z bonusami w postaci łokci wbijanych w pęcherz.

Macierzyństwo to przede wszystkim lekcja pokory.

 

 

Pożegnanie z cycusiem!

   Wiadomość z ostatniej chwili: Lila uznała, że na zawsze żegna się z cycusiem!

Decyzja zapadła gdy odmówiła obcięcia paznokci a ja jej powiedziałam, że w takim razie nie dostanie cycusia, bo mnie drapie pazurami i to boli.

Ona na to, że już nie chce cycusia, bo jest duża!- wow!- pierwsze takie radykalne oświadczenie z jej strony!!!

I faktycznie potem do spania nie domagała się tego niezawodnego usypiacza, a wręcz przeciwnie, poprosiła o całuska na dobranoc. Dostała trzydzieści…

Sama nie wiem, czy w to wierzyć, czy psychicznie też już ogarniać koniec tego cudownego etapu mojego macierzyństwa, czy też to fałszywy alarm- jedno jest pewne- coś tam zaczyna się dziać i moje dziecko dorasta (albo już dorosło!!) do samoodstawienia. Muszę przyznać, że miewałam momenty, że nie sądziłam, że to się wydarzy kiedykolwiek :)

Jeszcze do dzisiaj nic nie wskazywało, że moja córeczka zapragnie pożegnać się z cycusiem. Cycuś był remedium na zły nastrój, złość, chorobę, nudę, wypadki i nieśmiałość. Cycuś był rozwiązaniem każdego problemu. Cycuś uczynił moje matkowanie Lili czymś tak banalnie prostym, że nie wiem, co bym robiła we wieeeelu sytuacjach gdyby jej opamiętanie nadeszło wcześniej. Po prostu cycuś ratował nam życie przez ponad 4 lata (!!!). A teraz tego zabraknie? Nie, nie jest mi smutno ale jednak trochę dziwnie. Będę musiała pomyśleć, jak to uczcić, ukoronować.

Jeśli faktycznie to koniec :)

Zrobiłam ośmiościany!

   Piszę, bo naszły mnie dzisiaj wspomnienia szkolne. Ostatnio Felek interesuje się geometrią (więc ma geometryczne ,,activity books”, youtuba odpalonego na szkoleniowych filmikach typu ,,Shapes songs”- kocham je, ile można się nauczyć słuchając mantrowego ,,I am a cone, I am a cube, I have six sides- poezja!, gdzie noga nie stanie, wyszukujemy kształtów i brył… no, jest intensywnie) więc postanowiłam uświadomić mu, że mając siatkę, sztywny papier, nożyczki i klej można samemu zrobić bryłę z tego co zostanie najpierw narysowane na papierze.

Tata wydrukował zatem siatkę ośmiościanu (inaczej nazywanego oktaedrem, co też nam się bardzo spodobało) w pracy i dzisiaj nadszedł wielki dzień. Postanowiłam spróbować.

Muszę tutaj napisać o pewnym moim doświadczeniu z gimnazjum. Przy okazji geometrii na matematyce każdy miał w domu podczas ferii (bodajże zimowych) zrobić jakąś bryłę w domu z dowolnej siatki. Pan G. spytał czy są tacy, którzy chcieliby zrobić to na szóstkę i jeśli tak, to on wydrukuje im siatki jakichś stuścianów czy osiemdziesięciosiedmiościanów, już nie pamiętam, bo i tak na wstępie uznałam to za szaleństwo- marnować ferie tylko po to, żeby dostać szóstkę z jakiejś tam matematyki?!

Nie pamiętam już także, czy sama skleciłam jeden jedyny sześcian, czy zleciłam to koleżance w zamian za napisanie wypracowania, jedno jest pewne, wyrobiłam się z tym ostatniego dnia ferii (bodajże zimowych) żeby nikt nie miał się do mnie o co przyczepić pierwszego dnia po przerwie (powrót do szkoły był dla mnie wystarczającym wrzodem na d…). Pan G., widząc moją wypocinę, powiedział skrzywiony, że stać mnie na więcej a ja za Chiny nie wiedziałam o co mu chodzi. Zrobiłam cokolwiek, po co więcej, skoro COKOLWIEK było w wymogu?! No jasne, poczułam leciutkie ukłucie widząc prace ,,szóstkowiczów”, w istocie imponujące, wielokrotnie staranniejsze niż mój nieszczęsny sześcian, mimo że przecież trudniejsze i dużo bardziej pracochłonne w wykonaniu! Ten niesmak minął mi dopiero kilka lat później, gdy jeden z ,,szóstkowiczów”, odnowiwszy ze mną kontakt na naszej klasie, poprosił o napisanie w jego imieniu listu miłosnego do wybranki. ,,Ha!- pomyślałam- a ja cię o stuścian nie proszę” :D

A dzisiaj zrobiłam dwa ośmiościany foremne, żeby sprawić przyjemność dzieciom. Nie dostałam za nie żadnej oceny a odbiorcy zareagowali entuzjastycznie, od razu też zaczęli bryły wykorzystywać w zabawie. Widziałam też dość spore zainteresowanie w ich oczach, gdy kreśliłam siatki na arkuszach brystolu. Wspomagając się tą wydrukowaną, ale czy to ważne? Ważny jest efekt. Nigdy nie cierpiałam na przerost ambicji, dostawałam częstokroć faktycznie niższe oceny niż mogłam (w mniemaniu swoim własnym bądź nauczycieli) bo generalnie w 90% zajęć szkolnych nie widziałam sensu. Zrobiłam dzisiaj te nieszczęsne ośmiościany i widzę, widzę w tym sens. Nawet jeśli już jutro zostaną zgniecione z kartoflami albo utopione z wannie, jeden błysk zaciekawienia w oku sześciolatka i pięciominutowa zabawa czterolatki w malutki ośmiościenny statek kosmiczny były tego warte.

A głupawka małego chłopca wykrzykującego pozornie bez sensu ,,Cześć! Jestem oktaedr! Cześć! Jestem prostopadłościan!” inspiruje mnie do sklecenia CO NAJMNIEJ dziesięciościanu!

To ja nie jestem ambitna? Ja? :)

20151021_141000 20151021_204232