Kiedy nie lubię być mamą…

Są takie dni, kiedy zastanawiam się, cóż takiego uczyniłam w tym lub poprzednim życiu, że pokarana zostałam koniecznością dreptania po wyboistej koleinie macierzyństwa. Pomijam fakt, że zupełnie nie uważam rodzicielstwa za idealną funkcję społeczną i coś do czego należy za wszelką ceną dążyć- owszem, jest ubogacające. Poszerza świadomość. Pomaga stać się lepszym człowiekiem. Daje wiele narzędzi. Ale banalnie, prymitywnie, po chamsku fizycznie jest po prostu trudne. W naszej kulturze jest cholernie trudne. I nie ma co mydlić sobie oczu, że karmienie piersią, noszenie w nosidełku, współspanie i edukacja domowa zwracają poniesione koszty niewyobrażalnie silnymi falami szczęścia gdy możesz sobie cyknąć selfie z cycusiem albo proszą cię o opinię na temat systemu szkolnictwa w Polsce i gdzieś to publikują…  To wszystko mogłoby nie istnieć. Jest tak małe, że wspominanie o tym wydaje się dosłownie żałosne.

Piszę o tym, bo mam zapalenie gardła. Z bólem radzę sobie nieźle sposobami opracowanymi metodą prób i błędów przez okres ok. 3 lat, kiedy to zaczęłam swoją przygodę z medycyna alternatywną. No więc nie boli. Ale jak każda infekcja, tak i ta powoduje nadmierne zmęczenie, rozdrażnienie, ociężałość umysłową i potrzebę odosobnienia. Z żadnym z tych efektów ubocznych nie można sobie na luzie radzić mając pod opieką dwójkę kilkulatków. Ja nie mogę.

Denerwuje mnie dosłownie wszystko, łącznie z dziecięcymi działaniami, na które normalnie nie zwróciłabym uwagi. Gdy zupa okazuje się niejadalna, bo jakaś mała rączka dodała do niej coś od siebie w postaci sześciu megaostrych papryczek chilli, wietrzę spisek. Wspominam, jak cudowne było chorowanie przed dziećmi. I nagle wszystko przed dziećmi wydaje się idealne, piękne, łatwe. A wszystko z dziećmi jedną wielką katorgą.

W takich chwilach czuję się jak delfin, który wpadł przez przypadek do sieci na tuńczyki i zginie tylko dlatego, że ktoś postanowił zamordować kogoś zupełnie innego.

Przecież to nie miałam być ja. Nie taka szamocząca się beznadziejnie. Nie z tym gardłem chorym, a jeśli już z nim, to powinno się nade mną skakać z herbatkami, a nie skakać po mnie z bonusami w postaci łokci wbijanych w pęcherz.

Macierzyństwo to przede wszystkim lekcja pokory.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>