Miesięczne archiwum: Styczeń 2016

Dlaczego dzieci płaczą

Dzieci płaczą z miliarda powodów. Chciałabym tu na szybko, jako doula, napisać o czymś, co ostatnio trochę mnie kłuje: mówienie mamom, że jeśli tylko będą miały naturalny, spokojny poród, będą karmić piersią i zapewniać maleństwu stały kontakt fizyczny, nie będzie ono płakać.

Niestety może tak być, ale NIE MUSI. Ostatnio mam dość intensywny kontakt z młodymi mamami, których noworodki płaczą. Mamy po pięknych porodach, karmiące, noszące, na prawdę z całych sił się starające. A noworodki, jak to noworodki, czasami śpią, czasami patrzą i chłoną świat, czasami połykają mleko łapczywie a czasami wiercą się przy piersi, czy w porze nocnej, wydając z siebie odgłosy zdradzające niezadowolenie.

Noworodek to człowiek. Będzie się ruszał, budził, wydalał, jadł albo nie jadł. Będzie mu ciepło, zimno, niewygodnie albo wręcz przeciwnie. Będzie chciał coś opowiedzieć ale nie znajdzie słów. Opowie płaczem. I to jest OK.

Chciałam powiedzieć wszystkim mamom: to OK, że Twoje niemowlę czasami płacze. Nic nie robisz źle. Robisz wszystko najlepiej. Nieważne, jaki był Wasz poród, jak karmisz dziecko i jak wygląda wasza sytuacja mieszkaniowa, nieważne, czy to pierwsze dziecko czy czwarte. Ono jest żywym człowiekiem i jego zachowanie determinują różne funkcje życia. Ty jako mama bądź z nim, jeśli nic innego nie pomaga. To wydaje się łatwe chociaż tak na prawdę jest bardzo trudne, tym bardziej, że znajomi i rodzina zamieniają się w pędzące lawiny porad jak ukoić płacz: daj mu to, zabierz tamto, wyłącz muzykę, włącz odkurzacz, zawiń, przewiń, nakarm, nie przekarmiaj.

Weź głęboki oddech. Płacz dla noworodka to sposób na skomunikowanie się ze światem. Weź głęboki oddech i dostrzeż jak piękne jest to, że ten mały człowiek już wie, na kogo może liczyć.

Inaczej by nie płakał.

Trochę inne refleksje ze szkoły leśnej

Jeździmy na te wszystkie homeschoolingowe playgrupy, bo potrzebujemy siebie nawzajem. My, matki obładowane nosidłami i torbami, w grubych skarpetach i z odmrożonymi palcami. Rękawiczek nie opłaca się zakładać, bo co minutę trzeba wyciągać i chować bilet okresowy, obierać mandarynkę, otwierać i zamykać metalowy bidon. Dzwoni do mnie jedna mama rano i pyta, czy idziemy na leśną szkołę. Jest zimno, myślę sobie. Czego się tam nauczymy, gdy na dworze przymrozek? Podobno ma być ognisko i ciepły wegański obiad. Dzieci wstały, chcą jechać. Jedziemy.

Gdy dojechaliśmy, okazało się, że nie ma już pianek do smażenia nad ogniskiem (taki tam dziwny zwyczaj ogniskowy świata zachodniego) wskutek czego dzień Lili już nie będzie taki sam. Zaczyna się wokalizowanie traumy. Następna to ta, że do nadrzewnej huśtawki trzeba zaczekać 2 minuty, bo są na niej inne dzieci. A kolejna, że rozmawiam z Felkiem zamiast zajmować się nią. Gdy robi mi się jej żal i idziemy razem gdzieś tam, do głosu dochodzi trauma Felka. I w kółko.

Po ognisku obiad w środku. Pyszny. Oni nie chcą (mimo że są głodni). Rzucają się na liny i drabinki. Lila nie może nadążyć za Felkiem. Ryk. Lila musi postać chwilę w kolejce na jakieś schodki. Ryk. Lili wygięła się rączka. Ryk. Patrzę na rozwrzeszczane zabawą maluchy dokoła siebie i zrelaksowane (chociaż zmarznięte) mamy, urządzające sobie pogawędki nad herbatkami. Na uśmiechniętych ojców zaglądających w chusty zawiązane na piersiach celem upewnienia się że kędzierzawe stworzenia śpią. Na sympatyczne wolontariuszki nakładające brązowy ryż z cieciorką i sosem. Lila po raz dwunasty ryczy. Myślę sobie, coś tu nie gra. Albo popełniłam niewybaczalny błąd (macierzyństwo jest czasami jak gra komputerowa- masz jakieś tam opcje do wyboru- jeśli klikniesz nie to co trzeba, będzie się to mściło przez Bóg wie jak długi czas) samym wyjściem z domu, albo ona jest chora albo się tu nie nadajemy. Wszystkie trzy możliwości zlewają mi się w jedną. Żegnam się ze znajomymi i po prostu stamtąd uciekamy jak przed falą tsunami. Nie zdążyłam nawet umyć po sobie talerza. Co za wstyd.

Ledwo wychodzimy z obejścia, Lila wybucha śmiechem. Felek jej wtóruje. Bardzo śmieszne okazuje się to, że wyszliśmy innym wejściem niż wchodziliśmy. Boki zrywać.

Całą drogę powrotną oni sobie gadają i jedzą kanapki, ja z trudem powstrzymuję łzy. Odczuwam tę ucieczkę jako osobistą porażkę. Czemu inne mamy tak naturalnie reagują na dziecięce niedyspozycje i one znikają, a ja czuję się jak lis w potrzasku. Zamiast usiąść i pomyśleć na spokojnie, miotam się bezsilnie i gryzę tych, którzy próbują mi pomóc.

I wtedy dociera do mnie prosta prawda: trudność rodzicielstwa nie polega na zmaganiu się z akcjami marketingowymi Frozen i Star Wars. Na wstawaniu po szesnaście razy w nocy do kwilącego głodomora. Na dylemacie, czy wybrać podstawówkę za rogiem, czy prywatną szkołę w sąsiednim mieście. Nawet nie na tym, że dziecko chce fish and chips podczas gdy my usiłujemy przekonać je do kotletów cukiniowych. Najtrudniejsze w rodzicielstwie jest wybaczenie SOBIE, że te dzieci coś czują i zaakceptowaniu faktu, że za te same uczucia nas w dzieciństwie spotykały nieprzyjemności- w szkole, w domu, na ulicy. Nawet jeśli tego nie pamiętamy. Dlatego ta cholerna niesprawiedliwość boli tak bardzo- ty jako matka pozwalasz się dziecku wyryczeć, a jeszcze przytulasz albo zabierasz w bezpieczne miejsce do do domu, a sama połykasz łzy sięgając po najgłębsze pokłady siły żeby przypadkiem nikt tego nie zobaczył. Bo to wstyd. Bo nie chcemy sprawiać problemu. Zwracać na siebie uwagi.

Jesteśmy w domu i mam ochotę zaszyć się w mysiej dziurze pod kocem z książką. Nie mogę. Muszę udawać dobrą mamę. Oni już zapomnieli, że gdziekolwiek byli.

 

 

 

Red Tent

Ostatnio zabieram Lileczkę na Red Tenty- dla niewtajemniczonych- ,,Czerwone Namioty”, mające swoje źródło w legendarnych mistycznych kobiecych spotkaniach bohaterek Księgi Rodzaju. Nie mają one jednak zbyt dużo wspólnego z religią, raczej z dzieleniem energii, rozmowami na niezwyczajne tematy, poszerzaniem swojej wiedzy, medytacją. Lila odnajduje się na nich nadspodziewanie dobrze. Zawsze z radością ubiera ,,coś czerwonego” (zgodnie z zaleceniami organizatorek i tradycją) i uczestniczy………. Także we wspólnym gotowaniu czy mieszaniu soli do kąpieli. Spotkania te trwają z reguły po 2-4 godziny, zatem nie bułka z masłem, ale wszyscy zawsze są nią zachwyceni oraz tym, jak potrafi się zająć sama mając do dyspozycji kilka kwiatów, drewnianą laleczkę i pluszowego kota. Jakże jest to inne niż obraz dzieci lansowany przez media i bezwiednie przejmowany przez te niewinne istoty.

Jest to dla mnie wspaniałe doświadczenie: kobiety z bagażem doświadczeń i ona, malutka ale otwarta, czujna, mądra. Wczoraj miałyśmy wylosować po jednej karcie z hinduskimi boginkami żeby przez chwilę pomyśleć sobie nad znaczeniem ich darów w dzisiejszym świecie- ja wybrałam Współczucie i poświęciłam kilka minut na to, by pomyśleć, jak ważne jest w mojej pracy, szczególnie ostatnio, gdy doulowałam 2 zupełnie innym, ale obu przepięknym porodom i właśnie współczucie okazywało się jedynym skutecznym narzędziem w kilku momentach. Nie zwróciłam zupełnie uwagi na to, co wzięła Lileczka. A ona po medytacji pokazała mi swoją kartę i poprosiła o zrobienie jej zdjęcia: ŚWIETLANA PRZYSZŁOŚĆ.