Trochę inne refleksje ze szkoły leśnej

Jeździmy na te wszystkie homeschoolingowe playgrupy, bo potrzebujemy siebie nawzajem. My, matki obładowane nosidłami i torbami, w grubych skarpetach i z odmrożonymi palcami. Rękawiczek nie opłaca się zakładać, bo co minutę trzeba wyciągać i chować bilet okresowy, obierać mandarynkę, otwierać i zamykać metalowy bidon. Dzwoni do mnie jedna mama rano i pyta, czy idziemy na leśną szkołę. Jest zimno, myślę sobie. Czego się tam nauczymy, gdy na dworze przymrozek? Podobno ma być ognisko i ciepły wegański obiad. Dzieci wstały, chcą jechać. Jedziemy.

Gdy dojechaliśmy, okazało się, że nie ma już pianek do smażenia nad ogniskiem (taki tam dziwny zwyczaj ogniskowy świata zachodniego) wskutek czego dzień Lili już nie będzie taki sam. Zaczyna się wokalizowanie traumy. Następna to ta, że do nadrzewnej huśtawki trzeba zaczekać 2 minuty, bo są na niej inne dzieci. A kolejna, że rozmawiam z Felkiem zamiast zajmować się nią. Gdy robi mi się jej żal i idziemy razem gdzieś tam, do głosu dochodzi trauma Felka. I w kółko.

Po ognisku obiad w środku. Pyszny. Oni nie chcą (mimo że są głodni). Rzucają się na liny i drabinki. Lila nie może nadążyć za Felkiem. Ryk. Lila musi postać chwilę w kolejce na jakieś schodki. Ryk. Lili wygięła się rączka. Ryk. Patrzę na rozwrzeszczane zabawą maluchy dokoła siebie i zrelaksowane (chociaż zmarznięte) mamy, urządzające sobie pogawędki nad herbatkami. Na uśmiechniętych ojców zaglądających w chusty zawiązane na piersiach celem upewnienia się że kędzierzawe stworzenia śpią. Na sympatyczne wolontariuszki nakładające brązowy ryż z cieciorką i sosem. Lila po raz dwunasty ryczy. Myślę sobie, coś tu nie gra. Albo popełniłam niewybaczalny błąd (macierzyństwo jest czasami jak gra komputerowa- masz jakieś tam opcje do wyboru- jeśli klikniesz nie to co trzeba, będzie się to mściło przez Bóg wie jak długi czas) samym wyjściem z domu, albo ona jest chora albo się tu nie nadajemy. Wszystkie trzy możliwości zlewają mi się w jedną. Żegnam się ze znajomymi i po prostu stamtąd uciekamy jak przed falą tsunami. Nie zdążyłam nawet umyć po sobie talerza. Co za wstyd.

Ledwo wychodzimy z obejścia, Lila wybucha śmiechem. Felek jej wtóruje. Bardzo śmieszne okazuje się to, że wyszliśmy innym wejściem niż wchodziliśmy. Boki zrywać.

Całą drogę powrotną oni sobie gadają i jedzą kanapki, ja z trudem powstrzymuję łzy. Odczuwam tę ucieczkę jako osobistą porażkę. Czemu inne mamy tak naturalnie reagują na dziecięce niedyspozycje i one znikają, a ja czuję się jak lis w potrzasku. Zamiast usiąść i pomyśleć na spokojnie, miotam się bezsilnie i gryzę tych, którzy próbują mi pomóc.

I wtedy dociera do mnie prosta prawda: trudność rodzicielstwa nie polega na zmaganiu się z akcjami marketingowymi Frozen i Star Wars. Na wstawaniu po szesnaście razy w nocy do kwilącego głodomora. Na dylemacie, czy wybrać podstawówkę za rogiem, czy prywatną szkołę w sąsiednim mieście. Nawet nie na tym, że dziecko chce fish and chips podczas gdy my usiłujemy przekonać je do kotletów cukiniowych. Najtrudniejsze w rodzicielstwie jest wybaczenie SOBIE, że te dzieci coś czują i zaakceptowaniu faktu, że za te same uczucia nas w dzieciństwie spotykały nieprzyjemności- w szkole, w domu, na ulicy. Nawet jeśli tego nie pamiętamy. Dlatego ta cholerna niesprawiedliwość boli tak bardzo- ty jako matka pozwalasz się dziecku wyryczeć, a jeszcze przytulasz albo zabierasz w bezpieczne miejsce do do domu, a sama połykasz łzy sięgając po najgłębsze pokłady siły żeby przypadkiem nikt tego nie zobaczył. Bo to wstyd. Bo nie chcemy sprawiać problemu. Zwracać na siebie uwagi.

Jesteśmy w domu i mam ochotę zaszyć się w mysiej dziurze pod kocem z książką. Nie mogę. Muszę udawać dobrą mamę. Oni już zapomnieli, że gdziekolwiek byli.

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>