Miesięczne archiwum: Październik 2016

Regulaminowy wpis :)

Uczestniczę w konkursie ”Emigrantki własnym głosem” organizowanym przez Muzeum Miasta Gdyni na najciekawszy blog pisany przez polską emigrantkę. Zgodnie z regulaminem zdanie to zamieszczam na blogu :)

Tak, bo chcę pokazać, że emigracja to nie tylko praca, poszukiwanie swojej tożsamości i tęsknota za czymkolwiek czego gdzieś nie ma, ale kiedyś gdziś tam było. Że można budować swoje zupełnie prawdziwe ,,ja” w oparciu o coś, w co się zawsze wierzyło ale z różnych powodów nie było to możliwe w pewnych okolicznościach. Gdy uwiera cię kamyk w bucie, zatrzymujesz się na moment, pozbywasz się intruza i idziesz dalej. Usuwasz przyczynę swojego dyskomfortu i kontynuujesz osiąganie celu. I jest ci po prostu dobrze, ale nie zastanawiasz się nad tym przesadnie.

Ostatnio myślałam o tym, czy gdzieś mogłoby być mi i mojej rodzinie lepiej niż w Londynie. Weźmy jakieś pustkowie w Rumunii albo chatkę w Bieszczadach. Weźmy góry w Szkocji. Weźmy Barcelonę.

I doszłam do niezbyt zaskakujących wniosków, że w obecnym momencie naszej drogi, w punkcie w jakim jesteśmy, nie ma miejsca, gdzie mogłoby być nam chociaż w połowie tak dobrze jak tutaj. Gdzie mamy wsparcie i towarzystwo, gdzie nikt nas nie krytykuje ani nie gnębi pod żadnym względem. Gdzie robimy właściwie co chcemy, a jakiekolwiek ograniczenia są zawsze tymczasowe i nigdy nie spędzają nam snu z powiek. Prawo dotyczące aspektów które nas najbardziej interesują jest tak oczywiście korzystne, że nie da się bardziej. DLA NAS jest to masło, którym my jako pączki nasiąkamy z największą przyjemnością. Rozumiem, że nie wszyscy dobrze się tutaj czują a ich bilans zysków i strat nie wychodzi nawet na zero. Rozumiem, że są ludzie którzy odnajdują się cudownie na własnym ekologicznym gospodarstwie, czy w szałasach nad morzem. My też o tym często myślimy. Jednak zaraz przychodzi refleksja- jak poradzilibyśmy sobie z ciężką fizyczną pracą, nieustannie konieczną chociażby po to, by mieć co jeść i czym nakarmić dzieci? Czy dałoby nam to więcej szczęścia niż ten wieloaspektowy luz, jaki mamy tutaj?Zupełnie nie wstydzę się tego, że etos pracy i cierpiętnictwa jest mi obcy i nie dążę do utrudniania sobie życia tylko po to aby mieć na co narzekać. I uważam to za klucz do zdrowia psychofizycznego. Każdy ma swoje limity, każdy ma swoją historię i pisze ją póki żyje. Lubię rozmarzyć się nad własną stajnią albo sadem ale racjonalnie wiem zbyt dobrze, że to nie dla mnie na dłuższą metę. Nie teraz. Błogosławię wolność, z której korzystam kosztem życia w ,,systemie dużego miasta”.

Nasze dzieci są najbardziej radosnymi i zrelaksowanymi ludzkimi istotami jakie znam i fakt ten, zwracający uwagę także obcych ludzi, napawa mnie dumą i duchową ekstazą. Czy gdzieś mogłoby być pod tym względem lepiej? Możliwe. Czy chcę podejmować ryzyko przekonywania się o tym, bez absolutnej pewności? NIe!!

Dlatego zgłosiłam się do konkursu. W moim blogu nie Jury nie znajdzie ,,dumania na paryskim bruku”, nostalgii za polskimi wierzbami i sienią pachnącą chlebem. Jest to coś, co jest we mnie jako pukt odniesienia, czuję się Polką, ale nie zawsze to uczucie wywołuje na mojej twarzy uśmiech. Moje dzieci czują się Polakami ale nie chcą tam mieszkać mimo że latają bardzo chętnie. Bo wracają także chętnie DO DOMU.

 

Dzidzio w płatkach róż

Nasze dzieciaki mają ostatnio małego fioła na punkcie zdobywania wiedzy. Upodobali sobie szczególnie starożytność, Egipt i Kleopatrę. Wiedzą już o niej tyle ile się dało znaleźć i wydręczyć z rodziców. Między innymi to, że w dbałości o urodę zażywała kąpieli w mleku i płatkach kwiatów… Fakt ten przypadł im soczyście do gustu. Ostatnio wszystkie trzy (bo od ponad 2 miesięcy gościmy dodatkową rodzinkę) bawią się w Kleopatry, chodzą wymalowane, poprzebierane i nadpobudliwie kreatywne :)

Dzisiaj, na spacerze wśród kwiatów wymyślili sobie, że wzorem swojej (tymczasowo) ulubionej postaci historycznej zrobią sobie kąpiel z mlekiem i płatkami róż. Płatki zostały skwapliwie zebrane, a w domu z nabożnością wsypane do wanny. Zlądowała tam także szklanka mleka. Widok zachęcający. Obłędnie zachęcający! Tak, jak przwidywałam, dzieciaki nie zabawiły w wodzie zbyt długo,bo spieszyło im się na wieczorną bajkę, więc -oł je- została dla mnie cała pełna wanna z gorącą wodą, pełna płatków róż… (Tak, zwykle ekologicznie kąpię się w wodzie po dzieciach!)

Było to dla mnie niesamowicie sensualne doznanie, takie intymne i kobiece, poczułam się tak miękko, jak już dawno chyba albo nigdy się nie czułam. Poczułam zachwyt nad swoją kobiecością i tym, co ona ze sobą niesie. Celebruję kąpiele odkąd jestem w ciąży, bo jest to dla mnie okazja pobyć sam na sam z Dzidziem i są to piękne chwile. Mogę się jego rosnącej mocy przyglądać w zachwycie, mogę podziwiać moje mamowo zmieniające się ciało, dotykać każdej jego części z miłością i w dreszczu oczekiwania- jakim cudem jest Kobieta i jej zdolność do kreowania życia! Dzisiaj jednak było to dla mnie spotkanie wyjątkowe- zapach, widok i dotyk delikatnych płatków róż stworzyły atmosferę magiczną. Okładałam się nimi w geście uwielbienia dla maleństwa, o którym nawet jeszcze nie wiem, jakiej jest płci. I nie dowiem się aż do porodu, a ta delikatna aura tajemniczości dodaje niezmierzonego uroku całej sytuacji.

Zupełnie przy okazji pomyślałam sobie także o tym, jak wiele staram się dawać moim kochanym Klientkom jako doula. Dbam o zapachy, wizualizacje, pozytywny przekaz w każdym bodźcu. Samej jednak trudno na codzień myśleć mi o dogadzaniu własnemu ciału, a przecież ono zasługuje na to, na co każda Mama którą się opiekuję. Tylko czy sama potrafię sobie to zapewnić? Kąpiel Kleopatry w płatkach róż i mleku na pewno jest rozsądnym krokiem w tym kierunku.

 

Ciążowe bolączki

Wirus, rzyganie, osłabienie i spadek nastroju- moi nieodłączni towarzysze ostatnimi czasy. Nie wiem, kiedy się do nich wszystkich naraz występujących przyzwyczaję, ale nie jest łatwo. Gdy pomyślę, że do porodu jeszcze 4 miesiące, staram się być silna. Będzie, jak z Felciem- radość z końca ciąży tysiąc razy większa, niż z dziecka (przez pierwsze dni) !! Zdecydowanie, nie jest to mój czas. Ale staram się maksymalnie wykorzystywać go na przemyślenia nad kondycją własną i świata.

Kolejny atak grypy żołądkowej zwieńczony został sytuacją, w której przez 3 dni nie czułam ruchów dziecka. Ponieważ byłam skrajnie wyczerpana i odwodniona, w głowie kołatały mi się różnorakie myśli. Pierwszego dnia jeszcze się nie zmartwiłam przesadnie. Starałam się wsłuchiwać, wczuwać. Nic. Nie pomagały wygibasy i naciskanie newralgicznych miejsc brzucha. Nikt nie odpowiadał. Głucho i smutno.

Drugiego dnia zaczęłam już zwierzenia Mężowi, który nie wyglądał na przejętego i uznał moje wątpliwości za schizy. Gdy kolejnego wieczoru nic nie poczułam (maluszek z reguły najaktywniejszy był wieczorami), moje myśli nieuchronnie dryfowały w kierunku poronień, szpitali i pogrzebów. Wciąż bez paniki, ale z dozą racjonalizmu. Byłam chora, ledwo żyję, teoretycznie nie powinno mieć to wpływu na maleństwo, ale kto wie?

Rano nie wytrzymałam. Byłam w pracy (wizyta poporodowa) i napisałam do położnej. Jedna nie odpowiadała, napisałam do drugiej. Oddzwoniła. Umówiłyśmy się na popołudnie. Całe te godziny dzieciątko milczało fizycznie. W końcu przyjechała. Położyłam się na kanapie. Nade mną Mąż, Bratowa i trójka dzieciaków. Wszyscy w ekstatycznym oczekiwaniu.

Przyłożyła słuchawkę. Nic. Przyłożyła z drugiej strony. Nic. Na twarzach dorosłych posunięte do absurdu skupienie. Patrzę na twarz położnej, wypatrując zmiany, ale tam pełen profesjonalizm. Anielski uśmiech. Ja czuję wyrzut adrenaliny gdy sprawdza z trzeciej strony i nic nie słychać. Do oczu napływają mi łzy, które uważam w tej sytuacji za niedorzeczne. Schnie mi w ustach. Czwarta strona. Położna prosi, żebym zsunęła spodnie nieco niżej. Wykonuję polecenie machinalnie. Dzieci zastygają. Dorośli kamienieją. JEST. Bum bum bum bum.

Łzy mimowolnie tryskają mi z oczu jak fontanna, chcę jej podziękować, ale nie mogę wydobyć z siebie głosu. Coś tam plotę zachrypnięta. Położna prosi o kartę, w której zapisuje, że płód schowany jest bardzo głęboko i ma to wpływ na odczuwalność ruchów. Gdy tylko wychodzi, muszę zwymiotować. Tym razem z nerwów. Do końca dnia nie mogę dojść do siebie.

Ta sytuacja uświadomiła mi, jak bezsprzecznie blisko związani już jesteśmy z naszym nowym członkiem rodziny i jak realny wpływ mają na nas już teraz jego decyzje. Schował się- OK. Nie za wiele można z tym zrobić. Nie sądziłam, że on ma tam aż tyle miejsca, ale skoro ma, nie zostało mi nic innego, jak w pełni to uszanować.

Wieczorem wzięłam gorącą kąpiel, na którą maluszek natychmiastowo zareagował przesunięciem się do góry i kilkoma solidnymi kopniakami które mogłam dostrzec przez skórę!!! Znowu łzy, tym razem wzruszenia. Dzisiaj nie byłam w stanie pojechać na playgrupę, wyprawiłam rodzinkę a sama usiłuję uporać się z własnymi myślami.