Ciążowe bolączki

Wirus, rzyganie, osłabienie i spadek nastroju- moi nieodłączni towarzysze ostatnimi czasy. Nie wiem, kiedy się do nich wszystkich naraz występujących przyzwyczaję, ale nie jest łatwo. Gdy pomyślę, że do porodu jeszcze 4 miesiące, staram się być silna. Będzie, jak z Felciem- radość z końca ciąży tysiąc razy większa, niż z dziecka (przez pierwsze dni) !! Zdecydowanie, nie jest to mój czas. Ale staram się maksymalnie wykorzystywać go na przemyślenia nad kondycją własną i świata.

Kolejny atak grypy żołądkowej zwieńczony został sytuacją, w której przez 3 dni nie czułam ruchów dziecka. Ponieważ byłam skrajnie wyczerpana i odwodniona, w głowie kołatały mi się różnorakie myśli. Pierwszego dnia jeszcze się nie zmartwiłam przesadnie. Starałam się wsłuchiwać, wczuwać. Nic. Nie pomagały wygibasy i naciskanie newralgicznych miejsc brzucha. Nikt nie odpowiadał. Głucho i smutno.

Drugiego dnia zaczęłam już zwierzenia Mężowi, który nie wyglądał na przejętego i uznał moje wątpliwości za schizy. Gdy kolejnego wieczoru nic nie poczułam (maluszek z reguły najaktywniejszy był wieczorami), moje myśli nieuchronnie dryfowały w kierunku poronień, szpitali i pogrzebów. Wciąż bez paniki, ale z dozą racjonalizmu. Byłam chora, ledwo żyję, teoretycznie nie powinno mieć to wpływu na maleństwo, ale kto wie?

Rano nie wytrzymałam. Byłam w pracy (wizyta poporodowa) i napisałam do położnej. Jedna nie odpowiadała, napisałam do drugiej. Oddzwoniła. Umówiłyśmy się na popołudnie. Całe te godziny dzieciątko milczało fizycznie. W końcu przyjechała. Położyłam się na kanapie. Nade mną Mąż, Bratowa i trójka dzieciaków. Wszyscy w ekstatycznym oczekiwaniu.

Przyłożyła słuchawkę. Nic. Przyłożyła z drugiej strony. Nic. Na twarzach dorosłych posunięte do absurdu skupienie. Patrzę na twarz położnej, wypatrując zmiany, ale tam pełen profesjonalizm. Anielski uśmiech. Ja czuję wyrzut adrenaliny gdy sprawdza z trzeciej strony i nic nie słychać. Do oczu napływają mi łzy, które uważam w tej sytuacji za niedorzeczne. Schnie mi w ustach. Czwarta strona. Położna prosi, żebym zsunęła spodnie nieco niżej. Wykonuję polecenie machinalnie. Dzieci zastygają. Dorośli kamienieją. JEST. Bum bum bum bum.

Łzy mimowolnie tryskają mi z oczu jak fontanna, chcę jej podziękować, ale nie mogę wydobyć z siebie głosu. Coś tam plotę zachrypnięta. Położna prosi o kartę, w której zapisuje, że płód schowany jest bardzo głęboko i ma to wpływ na odczuwalność ruchów. Gdy tylko wychodzi, muszę zwymiotować. Tym razem z nerwów. Do końca dnia nie mogę dojść do siebie.

Ta sytuacja uświadomiła mi, jak bezsprzecznie blisko związani już jesteśmy z naszym nowym członkiem rodziny i jak realny wpływ mają na nas już teraz jego decyzje. Schował się- OK. Nie za wiele można z tym zrobić. Nie sądziłam, że on ma tam aż tyle miejsca, ale skoro ma, nie zostało mi nic innego, jak w pełni to uszanować.

Wieczorem wzięłam gorącą kąpiel, na którą maluszek natychmiastowo zareagował przesunięciem się do góry i kilkoma solidnymi kopniakami które mogłam dostrzec przez skórę!!! Znowu łzy, tym razem wzruszenia. Dzisiaj nie byłam w stanie pojechać na playgrupę, wyprawiłam rodzinkę a sama usiłuję uporać się z własnymi myślami.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>