Miesięczne archiwum: Maj 2017

Taki sobie dzień

Przeżyłam. I wciąż przeżywam. Bo chociaż już zrobiłam. Zjadłam. Posprzątałam. Uśpiłam. Włączyłam. Przeczytałam. Opowiedziałam. Odpowiedziałam. I wykonałam tysiąc innych czynności dzisiaj, to Felinek wciąż ślęczy nade mną, zamiast iść spać i usiłuje nawiązać rozmowę, nie bacząc na to, że mnie już dzisiaj przepaliły się wszystkie korki. Marcinek w pracy na 15 godzin, zostaje tam na noc i jutro też pracuje cały od rana do nocy. Życie, panie, życie! A te łobuzy jak na złość zastrajkowały i oznajmiły, że chcą tzw. ,,dzień domowy”. Czyli absolutnie z nikim się nie spotykamy, nigdzie nie jedziemy, spędzamy sobie czas ,,spokojnie w domku”, uczymy się i bawimy, Brzmi rozkosznie? Nie dla mnie!

Od rana Lila miała jakiś absurdalny nastrój. Proszona o pozbieranie pisaków, wysypywała tę resztę pozostałą w pudełku na podłogę. Ostrzeżona, by nie wylać zupy, przechylała celowo miskę z hardą miną. Felek wlazł na drzewo, to mu zabierała drabinę, żeby nie mógł zejść. Wkładała ogromny i nieprzerwany wysiłek w to, bym się nie nudziła i za bardzo nie wzruszała na myśl o macierzyństwie… Dodatkowo co około 20 minut wybuchała płaczem.

Guciutek jak to Guciutek. Nie raczy za dnia pospać dłużej niż 20 minut ciągiem. Jest w wieku, kiedy zaczyna wymagać rozrywek. Nie wiem, czy trzeba cokolwiek tu dodawać. Każdy kto ma dziecko, wie, jak wymagającym odbiorcą rozrywki jest trzymiesięczniak, jak szybko się nudzi i w jaki sposób objawia swoje niezadowolenie. Póki co króluje migająca lampka Felka na sznurku. Jak nią pod odpowiednim kątem kiwać nad głową dzieciny, to od biedy idzie wypić kawę. Jedną ręką oczywiście, bo drugą machasz. Trzecia by się przydała do odsuwania Lili, która swoim przytulaniem do akurat uciszonego cudem bobasa niemal nie wyprawi go na tamten świat.

Szkoda gadać. Felkowi nie, bo gada cały czas. Zaczepia się celowo swetrem o klamkę szafy i rozpaczliwie woła o pomoc. Żal mi go, bo cały dzień ustępuje maluchom dostępu do matki, a wieczorem ona już nie ma siły nawet posmarować kanapki, więc mu odwala. Jestem z siebie bardzo dumna, że udało mi się przeżyć ten dzień. Dwa razy w sposób niekontrolowany i niezamierzony przysnęłam. Z jednej drzemki wyrwało mnie przebudzenie Guciutka (po ok. 7 minutach snu poprzedzonego półgodzinnym usypianiem wstał wyspany z radosnym uśmiechem od ucha do ucha), z drugiej najście Lilianny proszącej o nałożenie obiadu, jakieś 2 minuty po tym, jak zamknęłam oczy.

W zasadzie to mnie to wszystko śmieszy. Nie czuję bezsilności, nie marzę o wysłaniu towarzystwa na księżyc (no może, ociupinkę), nie czuję się beznadziejną matką. Nie obwiniam całego świata, że muszę zajmować się własnymi dziećmi. Jest jak jest. Niemowlę tak działa na życie, że je tymczasowo rozpieprza. Za kilka lat nie będę zbyt wiele pamiętała z tego okresu i pewnie zatęsknię za salcesonami w bodziakach. Nie ma sielanki, ale nie ma traumy. Poczytam i pójdę spać. A jutro kolejny piękny dzień, tylko jeszcze jedno dziecko biorę pod opiekę :D :D :D

 

 

Pralka

W wakacje jedziemy na 12 dni w oklice Plymouth (południowo- zachodnia Anglia). Jak i rok temu, pakujemy namioty i ruszamy autokarem. Spać będziemy gdzie się da, po plażach i parkach. Jeść odgrzane na ognisku frykasy z marketu. Myć się w publicznych toaletach i morzu po zmroku. Wędrować z plecakami i zatrzymywać się gdzieś, bo ładnie. I pewnie znowu dzieciarnia cały rok będzie przeżywać i wspominać, a my razem z nimi.

Rok temu ruszyliśmy dzień po zrobieniu Guciutkowego testu ciążowego. Wszyscy w euforii, że jesteśmy w piątkę. Dzieci cieszyły się, że dzidziuś taki mały, a już kąpał się w morzu i wspinał po skałach. Ja walczyłam z jadłowstrętem, pochłaniając pizzę i zupki chińskie ze szpinakiem. Nie da się czegoś takiego zapomnieć.

W tym roku elementem dodatkowym będzie pięciomiesięczniak w nosidle. Nie wiem, czy nie za bardzo szarżujemy, ale z drugiej strony, jak nie teraz żyć, to kiedy? Martwiłam się jedynie, jak my się ogarniemy z praniem, bo choćby te pieluchy nieszczęsne co jakiś czas. Napisałam więc do 10 osób na couchsurfingu. Nikt długi czas nie odpisywał. Dziś patrzę- JEST. Odpowiedź pewnej starszej pani, która jak najbardziej zaprasza nas na zrobienie sobie prania i wzięcie prysznica, gdy będziemy tego potrzebować. O mój Boże, jak strasznie uradowała mnie ta wiadomość!!! Napełniła siłą!!! Mam ochotę piszczeć ze szczęścia! Nie chcemy u tej pani nocować, a jedynie skorzystać trochę z cywilizacji. Pralka jest dla mnie symbolem uzależnienia :)

Tak czy owak, nie mogę się doczekać wyjazdu i wiem, że będzie cudownie. Niesamowite, ile jest na tej Ziemi miejsc wartych zobaczenia, ilu ludzi o wielkich sercach, których trzeba tylko znaleźć, a oni zaoferują każdą pomoc. Wierzyć w to i ruszać w świat- a wtedy nawet pranie pieluch nie będzie straszne :)

 

Ojczyzna

Jutro wracam do domu po dwutygodniowym pobycie w Polsce. Nie ukrywam, że nastraszona niezbyt dobrym PR-em, jaki Polacy robią sami sobie, po prawie dwuletniej przerwie w odwiedzinach ojczyzny, trochę obawiałam się wizyty z niemowlakiem. A bo wiadomo, nieszczepione, niechrzczone, bez czapki no i cyca trzeba czasami wywalić :) Jednak rzeczywistość bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Poza tą nieszczęsną czapką (faktycznie wszędzie gdzie byłam, brak czapki na główce Guciutka, bez względu na pogodę, budził poruszenie i komentarze zarówno wśród znajomych jak i obcych:D ) nie spotkałam się z ani jednym krzywym spojrzeniem. A nad naszym chustonoszeniem roztkliwiano się wszędzie, od kasy na stacji kolejowej, po sklepik na wiosce. Panie podziwiały wygodę i zrelaksowaną minę Guciutka. Tak trzymać!

Jedna kobieta, z pokolenia moich rodziców, na wieść o tym, że śpię z dzieckiem i wcale się z tym nie kryję, nie mogła wyjść nad tym z podziwu i rozpaczliwie wyrażała żal, że ,,człowiek tak się naużerał z tym odkładaniem do łóżeczka po nocach”.

Wysadzanie trzymiesięczniaka budziło ogólną sensację. Próbowano to wytłumaczyć na różne sposoby, ale nie spotkałam się z żadnym krytycyzmem na ten temat.

Niemal każda jedna mama, słysząc historię narodzin Gucia, przyznawała, że marzy o podobnym doświadczeniu. Nikt mnie nie opluł, że ryzykowałam życiem swoim i dziecka, a trochę się tego spodziewałam po tym, jak zobaczyłam komentarze pod polskim artykułem o porodach bez medycznej asysty.

Na nasze karmienie w miejscach publicznych nikt nie zwracał najmniejszej uwagi. Raz tylko zostałam potraktowana z wielką troską, bo pewna pani dowiedziawszy się, że nie jadam mięsa, bardzo się zmartwiła, że umrę z głodu, gdyż jako matka karmiąca powinnam się dobrze odżywiać. Było to jednak szczerze życzliwe i bardzo wzruszające. Szczególnie, że ze zdziwieniem przyznała, że bardzo dobrze wyglądam mimo tej karkołomnej diety :)

Edukacja domowa zdawała się być zagadnieniem tak abstrakcyjnym że z nielicznymi wyjątkami nikt nie ośmielił się zadawać nawet pytań na ten temat, udając że jest to absolutnie normalne :D

Jedyne co mnie zszokowało, to ceny. Jedzenie wypada drożej niż w Londynie, gdzie ludzie średnio zarabiają kilkanaście razy więcej :(

Jak to więc jest? Nie wiem, ale to, co zobaczyłam generalnie napełniło mnie radością. A teraz czas wracać do domu i rzucać się w wir naszych londyńskich aktywności. Trochę będzie mi głupio, że wszyscy mają w dupie, czy Gucio ma czapkę czy nie :)