Taki sobie dzień

Przeżyłam. I wciąż przeżywam. Bo chociaż już zrobiłam. Zjadłam. Posprzątałam. Uśpiłam. Włączyłam. Przeczytałam. Opowiedziałam. Odpowiedziałam. I wykonałam tysiąc innych czynności dzisiaj, to Felinek wciąż ślęczy nade mną, zamiast iść spać i usiłuje nawiązać rozmowę, nie bacząc na to, że mnie już dzisiaj przepaliły się wszystkie korki. Marcinek w pracy na 15 godzin, zostaje tam na noc i jutro też pracuje cały od rana do nocy. Życie, panie, życie! A te łobuzy jak na złość zastrajkowały i oznajmiły, że chcą tzw. ,,dzień domowy”. Czyli absolutnie z nikim się nie spotykamy, nigdzie nie jedziemy, spędzamy sobie czas ,,spokojnie w domku”, uczymy się i bawimy, Brzmi rozkosznie? Nie dla mnie!

Od rana Lila miała jakiś absurdalny nastrój. Proszona o pozbieranie pisaków, wysypywała tę resztę pozostałą w pudełku na podłogę. Ostrzeżona, by nie wylać zupy, przechylała celowo miskę z hardą miną. Felek wlazł na drzewo, to mu zabierała drabinę, żeby nie mógł zejść. Wkładała ogromny i nieprzerwany wysiłek w to, bym się nie nudziła i za bardzo nie wzruszała na myśl o macierzyństwie… Dodatkowo co około 20 minut wybuchała płaczem.

Guciutek jak to Guciutek. Nie raczy za dnia pospać dłużej niż 20 minut ciągiem. Jest w wieku, kiedy zaczyna wymagać rozrywek. Nie wiem, czy trzeba cokolwiek tu dodawać. Każdy kto ma dziecko, wie, jak wymagającym odbiorcą rozrywki jest trzymiesięczniak, jak szybko się nudzi i w jaki sposób objawia swoje niezadowolenie. Póki co króluje migająca lampka Felka na sznurku. Jak nią pod odpowiednim kątem kiwać nad głową dzieciny, to od biedy idzie wypić kawę. Jedną ręką oczywiście, bo drugą machasz. Trzecia by się przydała do odsuwania Lili, która swoim przytulaniem do akurat uciszonego cudem bobasa niemal nie wyprawi go na tamten świat.

Szkoda gadać. Felkowi nie, bo gada cały czas. Zaczepia się celowo swetrem o klamkę szafy i rozpaczliwie woła o pomoc. Żal mi go, bo cały dzień ustępuje maluchom dostępu do matki, a wieczorem ona już nie ma siły nawet posmarować kanapki, więc mu odwala. Jestem z siebie bardzo dumna, że udało mi się przeżyć ten dzień. Dwa razy w sposób niekontrolowany i niezamierzony przysnęłam. Z jednej drzemki wyrwało mnie przebudzenie Guciutka (po ok. 7 minutach snu poprzedzonego półgodzinnym usypianiem wstał wyspany z radosnym uśmiechem od ucha do ucha), z drugiej najście Lilianny proszącej o nałożenie obiadu, jakieś 2 minuty po tym, jak zamknęłam oczy.

W zasadzie to mnie to wszystko śmieszy. Nie czuję bezsilności, nie marzę o wysłaniu towarzystwa na księżyc (no może, ociupinkę), nie czuję się beznadziejną matką. Nie obwiniam całego świata, że muszę zajmować się własnymi dziećmi. Jest jak jest. Niemowlę tak działa na życie, że je tymczasowo rozpieprza. Za kilka lat nie będę zbyt wiele pamiętała z tego okresu i pewnie zatęsknię za salcesonami w bodziakach. Nie ma sielanki, ale nie ma traumy. Poczytam i pójdę spać. A jutro kolejny piękny dzień, tylko jeszcze jedno dziecko biorę pod opiekę :D :D :D

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>