Zostawiłam dziecko

Pierwszy raz od porodu zostawiłam dzisiaj Guciutka pod opieką Marcinka. Na godzinę. Poszłam z Felkiem do pobliskiego parku pograć w ping- ponga. Niemowlę było nakarmione i wysikane, w niezłym nastroju. Marcinkowi zależało na tym, by przeżyć swój debiut w opiece nad nim, bo dotychczas zazdrośnie strzegłam dostępu do tej ,,części siebie” za jaką uważam tak młode potomstwo karmione wyłącznie piersią (jego usteczka nigdy nie zaznały smoczka butelki). Dziś też nie pałałam żądzą wydostania się z gniazda, ale jednak zrobiłam to.

Czułam się bardzo dziwnie, bo prawie jak zwykły człowiek. Jechałam na hulajnodze, obok mnie ośmiolatek mówiący po ludzku, żadnego obciążenia, ,,bliźniaka syjamskiego”, jak nazywam Guciutka gdy jest w chuście, czyli przez większość normalnego dnia. Jego rozmiar (rozwalił już chyba siatkę centylową) nie pozwala na swobodne ruchy, schylanie się, odwracanie. Ale nawykłam już. Więc tym bardziej ,,pusto” mi było bez niego przy tym stole do ping- ponga. Lekko, ale pusto, czułam się jak bez jakiejś części ciała, samotna i wyczekująca powrotu. Matka wariatka :)

Po powrocie okazało się, że mój bliźniak syjamski sporo płakał, a jego pełne wyrzutu spojrzenie przez łzy, gdy mnie zbaczył  utwierdziło mnie w przekonaniu, że jednak godzina to STRASZNIE długo. I chociaż starsze moje dzieci w tym wieku zostawiałam już na wiele dłużej, nieporównywalnie dłużej i to nie tylko z tatą, ale innymi osobami, nie odczuwając w zwiazku z tym niczego głębszego na świadomym poziomie, nie wstydzę się otwarcie mówić o tym, że chcę i lubię być blisko Guciutka, potrzebuję mojego oseska tylko trochę mniej niż on mnie. Osesek wyrośnie, zacznie zajadać coś innego niż mleko, więcej rozumieć- wtedy możemy dalej eksperymentować. Tak, traktuję to jako eksperyment. I jego wyniki notuję skwapliwie w głowie i sercu na przyszłość.

W pewnym sensie dopiero dzisiaj poczułam że zakończyłam jakiś etap, że nie jestem już w połogu, że jestem i potrafię być w formie, że hulajnoga i ping- pong to fajne zajęcia. Wyobraźcie sobie, że pierwszy raz od grudnia (wtedy miałam ostatni poród jako doula) włączyłam też dźwięk w telefonie (w razie gdyby Marcinek dzwonił). Miało to dla mnie ogromnie symboliczne znaczenie. Wierzcie mi, że czułam się dziwacznie! Jakbym wracała z jakichś zaświatów i jeszcze nie była pewna, czy to dobra decyzja, czy nie lepiej jednak zostać psychicznie tam, gdzie byłam… Bo chociaż ciągle gdzieś jeździmy, na poziomie mentalnym wciąż czułam się jak samica jakiegoś troskliwego gatunku ssaka z młodym w norze. I pasowało mi to.

Czy zamierzam wkrótce ponowić to doświadczenie? Raczej nie, może na pół godzinki za jakiś czas.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>