Miesięczne archiwum: Grudzień 2017

Matka pracująca

,,Spodobałam się” ostatnio jednej mamie oczekującej na poród drugiego maleństwa i zaproponowała mi pracę w wymiarze 20 godzin tygodniowo. Bez mrugnięcia zaakceptowała moją doulową stawkę (solidnie podniosłam cenę po porodzie Guciutka żeby mi się opłacało cokolwiek robić skoro już mam go zostawiać) i tak oto będę zatrudniona na pół etatu! Wszystko stało się w przeciągu kilku dni a już w przyszłym tygodniu zaczynam. Jeszcze do dzisiejszego poranka miałam mieszane uczucia… Czułam satysfakcję, radość, ekscytację… W wyobraźni wydawałam już kasę na fanaberie typu kurs Hypnobirthing Teacher na który raczej mnie nie stać… Ale także lekkie przerażenie i poczucie winy.

Wszystko jak na razie urządzamy tak, żeby pod moją nieobecność dziećmi zajmował się tata. On będzie pracował 3 dni w tygodniu a ja 4 (jednak ja mniej godzin). Martwiłam się oczywiście co ze mnie za matka, że zdecydowałam się na regularną pracę w wymiarze tak wielu godzin, bo przecież gdy wychodzę z domu to Gucio płacze. Dzisiaj jednak wychodził rano Marcin i Gucio także płakał :) Natomiast podpytałam starszaki i wyznały, że Gucio bardzo tatę lubi i jak mnie nie ma, to jest szczęśliwy więc spokojnie mogę pracować (Boże jak ja je kocham!!!)

Tak więc już niedługo będę gotować dla zdrowe pyszności dla ciężarnej z cukrzycą, ogarniać pełnego energii dwulatka i dwa psy, pomagać rodzinie w przygotowaniach do drugiego porodu  domowego a potem robić cokolwiek rodzina już po drugim porodzie domowym potrzebować będzie. Uwielbiam to robić i czuję że Wszechświat mi sprzyja. I cieszę się, bo poza wszystkim ja w tej pracy na pewno odpocznę, nieważne co mnie tam nie czeka :D

 

 

 

Poczytać w kawiarni….

Zrobiłam sobie w tym roku ,,kalendarz adwentowy”. Wrzuciłam do puszki 24 karteczki z zadaniami które aż do świąt mają mnie prowadzić na drodze lepszego dbania o siebie i ludzi wokół. Zadania wymyśliłam z pomocą dzieci. 1 grudnia, w pośpiechu, lecąc na urodziny jednego z naszych małych przyjaciół omal nie zakrztusiłam się czytając karteczkę: ,,Poczytać sobie w kawiarni”. No jak, gdzie, kiedy?! Felek z Lilą mieli jechać tego dnia po południu do Cioci na cały weekend więc myślałam sobie, dobra, teoretycznie, wieczorem, dam jakoś radę…

Niestety już przed południem zaczęła mnie bolećc głowa i to tak strasznie, że z urodzin uciekaliśmy w obawie, że mama zaraz zwymiotuje. Mgła przed oczami a tu trzeba trójkę odwieźć do domu pociągiem i autobusem i oddelegować do Cioci! Masakra.

W domu myślałam, że umrę, na szczęście Guciutek się ulitował i długo spał po południu, jak nie on. Nie byłam w stanie go jednak nawet podnosić i oto, stało się, pierwszy raz od ponad 1,5 roku zhańbiłam się tabletką na ból głowy! Przeszło, ale na kawiarnię jakoś zabrakło mi sił.

Dzisiaj mocne postanowienie poprawy. Zaległe mikołajkowe zakupy do zrobienia, ale se myślę, z samym Guciem, pójdę do jakiejś z zabawkami, dam radę.

Na trasie jakoś posucha z kawiarniami adekwatnymi dla matek z niemowlętami.

O, Ikea! To jest myśl. I kibel, i rozjebka, i syf, i zabawki. Biere!

Nie przewidziałam tylko że wraz z mną tym tokiem myślowym podążać będzie jeszcze 1426 matek z całego południowego Londka.

Zamówiłam ładnie kawę, wodę i dwa kawałki ciasta, jedno z owocami żeby było co młodzieży do buzi wpychać w razie buntu.

Zanim doszłam do stolika ulokowanego najbliżej kącika zabaw, ktoś niechcący mnie potrącił i cała kawa chlupnęła w powietrze. Kilka kropel polało się na nogę Guciutka w nosidle więc zaczął wyć. Zlecieli się ludzie, inne matki, z troską pytając, czy się oparzyliśmy, czy jakoś mi pomóc, co potrzymać. Szkoda, że nie minutę wcześniej, miałabym kawę…

Odechciało mi się tej kawy, wierzcie mi.

Usiadłam w kącie na krześle i z lubością obserwowałam najsłodsze bobo świata zaczepiające inne dzieci i wchodzące w nimi w interakcję. Ale zaraz, zaraz, miałam czytać! Wolną ręką wyciągam gazetę z plecaka. Usiłując nie wypuścić talerzyków z rąk (nie miałam w końu stołu) znalazłam stronę bez reklam i przeczytałam kilka słów od redaktorki naczelnej, zanim bobo zwietrzyło ciasto a potem walnęło się głową o krzesło.

Czytanie w kawiarni uznałam za zaliczone!

Aż się boję kolejnych zadań….