Miesięczne archiwum: Marzec 2018

Śpiewająca krawcowa strzelająca z łuku

Jak słyszę, że dzisiejsza młodzież niczym się nie interesuje, a dzieci widzą jedynie ekrany swoich tabletów, zastanawiam się, gdzie jest ta grupa kontrolna. Nie nadążam za moimi dziećmi, szczególnie za Lilą, w pogoni za przelicznymi zainteresowaniami. Zarywam noce szukając kursów szycia, strzelania z łuku, lepienia z gliny. Wieczorami zamiast oddychać spokojem, oglądam z nią programy o Puszczy Białowiejskiej i pokazy mody. Najlepiej na zmianę, wszystkiego naraz się nie da, ale dość często czytając jej książkę, robimy przerwę, bo trzeba KONIECZNIE TERAZ sprawdzić, jak coś jest po angielsku albo wyszukać przepis na obiad, który ona chce robić…

Oczywiście, chociaż tracę wątek dość często, uważam, że jest to piękne i fascynujące.

Obecnie z tego, co dzisiaj chciała robić wymienię kilka pozycji, takich, które udało mi się zapamiętać:

-pisanie piosenek (cały ranek nuciła swoje wymyślone utwory)

przerabianie garderoby na MODNĄ (cały salon w jej ciuchach, mnóstwo fatałaszków poszło na cele charytatywne, bo są niemodne; musiałam pół godziny oglądać pokaz na youtubie i podzielać histerię zachwytu frędzlami i pastelami oraz przezroczystymi butami).

- oswajanie motyli (póki co w teorii)

strzelanie z łuku (już jestem na etapie pisania maili do klubów, zobaczymy co z tego wyjdzie)

Poza tym byliśmy w muzeum, gdzie są m. in. wypchane zwierzęta więc zaliczyłam przymusową lekcję o wymarłych gatunkach (lekcję sama musiałam oczywiście poprowadzić sięgając do najgłębszych czeluści mózgu w celu zaczerpnięcia stosownej wiedzy godnej podzielenia się) typu dodo, rozmiarach świeżo wyklutych strusi, szkieletach noworodków, maskonurach oraz odbytnicy morsa.

Wszystko oczywiście z bobasem latającym na wszystkie strony, bo bobas nauczył się czynić żwawy użytek z nóg zamieniając edukację domową w jeszcze mniej domową i jeszcze mniej statyczną :)

Felek ma litość. Owszem, zadaje rzeczowe pytania i właśnie wczoraj pochwalił się, że umie czytać chociaż nikt go specjalnie ostatnio nie uczył (JAK?!), wykazał też spokojne zainteresowanie życiem żurawii i bobrów ale wszystko to mieści się w granicach mojej introwertycznej wytrzymałości. Do Lili mam ochotę krzyknąć : GIMME A BREAK!, chociaż i mam i nie mam, bo kocham to, jak ona podchodzi do życia, chce czerpać z niego pełnymi garściami.

I gdy czasami, tylko czasami zastanawiam się nad swoimi mocami przerobowymi, czy my zapewnimy jej warunki do rozwoju w jej niesamowitym tempie, od razu dzwoni mi w głowie, że… trudno powiedzieć, ale jedno jest pewne. Nie ma na świecie takiej szkoły która by to potrafiła. Żadna placówka nie nadąży za takim dzieckiem. I wszelkie wątpliwości się rozwiewają :)

 

Jak to było z operacją Guciutka

Medycznie sprawa była banalnie prosta, naprawili co wymagało (?) naprawienia i obwieścili, że wszystko się powiodło. Organizacyjnie też było tysiąc razy lepiej niż w moich najbardziej optymistycznych przewidywaniach. Guciutek miał jeść cycusia nie później niż 4.30 rano. Nie uwierzycie, ale budził się całą noc co pół godziny i ostatni raz o 4.22… Potem to już ja go musiałam obudzić przed 7, napił się bez żadnego buntu herbatki i ruszyliśmy do szpitala. Tam, zaaferowany bajecznie pysznym pokojem zabaw zupełnie zapomniał o potrzebie uzupełniania kalorii. Gdy zaczął marudzić ze zmęczenia, nadszedł akurat czas na godzinę zero.

Miało mnie tam nie być, ale ponieważ Guciutek nie rzucał się na cyce i nie ciągnął mnie za nogi, zostałam, czując, że chcę tam być. Uśpili Guciutka w naszej obecności maską z narkozą. Odpłynął miękko. Nie był to widok łatwy do zniesienia i za chwilę pielęgniarka ratowała mnie chusteczką. Nadal, jak o tym myślę, czuję jakieś spęcie w ciele… Kark wciąż mam sztywny po tym i nie mogę się jakoś odnaleźć chociaż już Guciutek zupełnie (z tego co widać) doszedł do siebie, ja wróciłam do pracy, wszyscy my razem do życia…

A jednak coś mnie uwiera.

Uwiera mnie to, że dziecko które nigdy nawet paracetamolu nie widziało (lekarka pytała, czy dobrze toleruje środki przeciwbólowe…. i doznała zmieszania na odpowiedź, że nie wiem, bo nigdy żadnych nie dostało!) nagle padło w całkowitej narkozie. Dostałam go spowrotem z zapuchniętą twarzyczką, z bandażem, pod którym zainstalowano (dziękowałam Bogu że już po uśpieniu) wenflon. Dałam dziecko całe a dostałam pokrojone i zaszyte. Dałam dziecko różowe, a dostałam zasinione, czarne w niektórych miejscach, czarno- zielone… KIedy się obudził, od razu chciał broić. Potem jednak, gdy znieczulenie przestało działać, miał dwa dni dość trudne, a my razem z nim. Nie cierpiał jakoś widocznie, skończyło się na trzech zaledwie dawkach leku przeciwbólowego z planowanych dwunastu, bo latał i nic nie wskazywało na dyskomfort spowodowany bólem rany. Był jedynie ospały, miał biegunkę, wymiotował, nie okazywał za bardzo emocji. Serce bolało, ale czułam, że wolę to, niż płacz z bólu.

Czwartego dnia po operacji z Guciutkiem, można rzec było już wszystko w porządku, natomiast mnie ścięła taka migrena, że ponad dwa dni nie mogłam zająć się nawet sama sobą. Wciąż przeżywałam to, co się stało i przeżywam nadal. Tak, wiem, że przecież inne dzieci (i rodzice) mają to na codzień, że powinnam być wdzięczna, bo w sumie najprawdopodobniej na tym zakończy się nasza przygoda ze szpitalami, ale… jest we mnie żal. Czuję, że coś utraciliśmy na tym. Coś oczywiście zyskaliśmy i nie żałuję tego kroku. Uważam, że paradoksalnie był wyrazem odwagi i dobrze mi ze świadomością, że znowu mieliśmy okazję by się sprawdzić.

Tylko czy potrzebna nam była do tego nieskazitelność Guciutka?