Jak to było z operacją Guciutka

Medycznie sprawa była banalnie prosta, naprawili co wymagało (?) naprawienia i obwieścili, że wszystko się powiodło. Organizacyjnie też było tysiąc razy lepiej niż w moich najbardziej optymistycznych przewidywaniach. Guciutek miał jeść cycusia nie później niż 4.30 rano. Nie uwierzycie, ale budził się całą noc co pół godziny i ostatni raz o 4.22… Potem to już ja go musiałam obudzić przed 7, napił się bez żadnego buntu herbatki i ruszyliśmy do szpitala. Tam, zaaferowany bajecznie pysznym pokojem zabaw zupełnie zapomniał o potrzebie uzupełniania kalorii. Gdy zaczął marudzić ze zmęczenia, nadszedł akurat czas na godzinę zero.

Miało mnie tam nie być, ale ponieważ Guciutek nie rzucał się na cyce i nie ciągnął mnie za nogi, zostałam, czując, że chcę tam być. Uśpili Guciutka w naszej obecności maską z narkozą. Odpłynął miękko. Nie był to widok łatwy do zniesienia i za chwilę pielęgniarka ratowała mnie chusteczką. Nadal, jak o tym myślę, czuję jakieś spęcie w ciele… Kark wciąż mam sztywny po tym i nie mogę się jakoś odnaleźć chociaż już Guciutek zupełnie (z tego co widać) doszedł do siebie, ja wróciłam do pracy, wszyscy my razem do życia…

A jednak coś mnie uwiera.

Uwiera mnie to, że dziecko które nigdy nawet paracetamolu nie widziało (lekarka pytała, czy dobrze toleruje środki przeciwbólowe…. i doznała zmieszania na odpowiedź, że nie wiem, bo nigdy żadnych nie dostało!) nagle padło w całkowitej narkozie. Dostałam go spowrotem z zapuchniętą twarzyczką, z bandażem, pod którym zainstalowano (dziękowałam Bogu że już po uśpieniu) wenflon. Dałam dziecko całe a dostałam pokrojone i zaszyte. Dałam dziecko różowe, a dostałam zasinione, czarne w niektórych miejscach, czarno- zielone… KIedy się obudził, od razu chciał broić. Potem jednak, gdy znieczulenie przestało działać, miał dwa dni dość trudne, a my razem z nim. Nie cierpiał jakoś widocznie, skończyło się na trzech zaledwie dawkach leku przeciwbólowego z planowanych dwunastu, bo latał i nic nie wskazywało na dyskomfort spowodowany bólem rany. Był jedynie ospały, miał biegunkę, wymiotował, nie okazywał za bardzo emocji. Serce bolało, ale czułam, że wolę to, niż płacz z bólu.

Czwartego dnia po operacji z Guciutkiem, można rzec było już wszystko w porządku, natomiast mnie ścięła taka migrena, że ponad dwa dni nie mogłam zająć się nawet sama sobą. Wciąż przeżywałam to, co się stało i przeżywam nadal. Tak, wiem, że przecież inne dzieci (i rodzice) mają to na codzień, że powinnam być wdzięczna, bo w sumie najprawdopodobniej na tym zakończy się nasza przygoda ze szpitalami, ale… jest we mnie żal. Czuję, że coś utraciliśmy na tym. Coś oczywiście zyskaliśmy i nie żałuję tego kroku. Uważam, że paradoksalnie był wyrazem odwagi i dobrze mi ze świadomością, że znowu mieliśmy okazję by się sprawdzić.

Tylko czy potrzebna nam była do tego nieskazitelność Guciutka?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>