Miesięczne archiwum: Czerwiec 2018

Homework

Po dłuższej przerwie naszła mnie dzisiaj ochota żeby coś napisać. Właściwie ochotę to miewam dość często, gorzej z siłą i czasem. A działo się u nas, nie powiem… Zdążyliśmy być na niezapomnianych,dzikich, wiejskich, kozio- kurzych wakacjach w Bułgarii, odwiedziliśmy wiele zupełnie nowych miejsc w Londynie, ja posunęłam się do przodu na ścieżce ku certyfikatowi Fertility Douli (Bosz, jakie to fascynujące!!!!). Przyszło lato. Guciutek zaczyna się rozgadywać i przy okazji rozbisurmaniać jeszcze bardziej.

Zapisałam dzieci na lekcje, prawdziwe szkolne lekcje u jednej pani (sama ma dziecko na homeschoolingu, ale trochę innym niż ten nasz; jest nauczycielką i jej córeczka po prostu realizuje program szkolny w domu). Felek twierdzi że nie będzie chodził, ale jeszcze zobaczymy, zmuszać go nie będę, ale może uda mi się go przekonać, żeby poszedł raz na próbę… Lila bardzo chce. Dwie godzinki w tygodniu, nie przeuczą się :) Kobieta sprawia wrażenie konkretnej i bez szczególnej fantazji, napawa mnie to dziwnym optymizmem. Już kiedyś chodzili oboje na lekcje w podobnym klimacie i dużo skorzystali, podobało im się i łyknęli trochę readingów i writingów, nikt nie umarł. Tylko potem zrobiła się wiosna a jeszcze potem w Guciutkowo- doulowym ferworze nic się nie dało zaplanować. Ale edukacyjne szanse dla naszych dzieci wracają! Bo oto pani wysłała dla Felka i Lili HOMEWORK do zrobienia zanim zaczną chodzić do niej na zajęcia, żeby mieć ogólne pojęcie na jakim oni są etapie…  Trochę mi zajęło zachęcenie ich do zajrzenia w wydrukowane papiery i przekonanie samej siebie, że to ma przyszłość… Na wszelki wypadek napisałam (zanim w ogóle to wydrukowaliśmy) do pani, że nie wiem, czy oni to zrobią… Ona szczerze odpowiedziała, że nie chce wyjść na ignorantkę, ale nie miała nigdy do czynienia z dziećmi na unschoolingu, niemniej zrobi co w jej mocy, żeby dobrze się u niej czuły. Odsapnęłam :) To, do czego zmierzam to fakt, że Lila prawie półtorej godziny odrabiała dzisiaj matematykę. Polecenia były po angielsku, więc oczywiście byłam przy niej i tłumaczyłam wiele rzeczy na polski, ale w jej oczach zobaczyłam iskrę pasji, światło skupionego dziecięcego geniuszu przy pracy i zachwyciło mnie to. Zachwyciła mnie Lila dzieląca dwadzieścia na pięć w pamięci i na paluszkach, bo nigdy wcześniej tego nie robiła, więc wymyśliła sobie jakiś swój własny (skuteczny) sposób na dzielenie i mnożenie… Odkrywczość, radość z każdego małego sukcesu, pęd żeby robić dalej. Skończyła po 22! MOŻE, bo nikt jej rano nie będzie budził, wstanie kiedy zechce, może przed 11 jak kilka dni temu, żeby posnuć się do bez celu w piżamie do południa a potem może pojechać na bagna po roślinki do oczka wodnego, które chce urządzić. Jak jej się przypomni, weźmie się za matematykę. I będzie w niej świetna. Gdy powiedziałam jej, jak działa tabliczka mnożenia, po co to jest i co można dzięki niej liczyć, nie mogła uwierzyć, że będzie umiała robić takie przydatne rzeczy. Ku jej ekstazie zamówiłam jej zalaminowaną kartę z tabliczką mnożenia. Już zaplanowała, że będzie z nią spać.

Felek póki co w opozycji, ale nie mam z tym problemu. Cały czas się koło nas kręcił, ,,podpowiadał” Lili z angielskiego, zapewniał średnio co 5 minut bardzo solennie, że on się na to marnotrawstwo czasu nie pisze i ogólnie widać było, że nie do końca mu w smak było to, że młodsza siostra tak świetnie sobie radzi. Sam zrobił dzisiejszego dnia wczesnym popołudniem kilka zadań (szybko i poprawnie) i śmiertelnie go zanudziły więc doceniam że zaczął, aczkolwiek presji wywierać nie będę.

Kocham te chwile, gdy jestem naocznym świadkiem z tak bliska tego, jak rozwija się intelekt, kombinowanie, zamiłowanie do wyzwań. Że to wszystko tak samo się dzieje. Być, zapewnić, nie szkodzić- chyba nie ma trafniejszego trio moich macierzyńskich haseł.