Miesięczne archiwum: Sierpień 2018

Gucio wędrowniczek

Za kilka dni Gucio, światło mojego życia, skończy osiemnaście miesięcy! Trudno mi w to uwierzyć, trudno i łatwo, bo tak cieszę się każdym dniem, z każdego jako mama staram się wyciągnąć ile się da, że nie czuję, że mi to ,,uciekło”, że chciałabym cofnąć czas czy wrócić do któregokolwiek okresu po jego narodzinach (albo przed). Jest cudowny tak bardzo, że miewam momenty, że zastanawiam się, czym zasłużyłam sobie na tego osobnika w moim otoczeniu. Daje radość, przynosi rozczulenie i zachwyt. Dokładnie jak jego starsze rodzeństwo :) Ale on jest mały, mały, cudownie mały, wciąż mały i tą małością jego wypełniam sobie serce i wspomnienia bo przecież nie wiadomo, czy będzie miał młodsze rodzeństwo. A jako mama chcę tę małość jeszcze świętować, bo zaraz będzie DUŻY i wtedy bedę świętować dużość.

Bliskość fizyczna wciąż gra w naszej relacji pierwsze skrzypce, bliskość moja z nim, ale także jego z tatą, Lilą i Felkiem. Nosimy go w nosidełkach ergonomicznych, Marcin także w turystycznym, Gucio je uwielbia. Nie mamy wózka i nie przyszło nam jeszcze do głowy, żeby jakiś sobie sprawić. A dzisiejszy dzień pokazał, że i etap noszenia kiedyś chyli się ku końcowi. Guciutek odmówił bowiem…. noszenia. Chciał iść, tak, jak mama i Lila. O ironio, mieliśmy ze sobą jeszcze dwuletniego szkraba znajomej, który siedział we wózeczku i nic nie wskazywało, żeby miał nabrać ochoty na opuszczenie go. Guciutek maszerował dziarsko, zatrzymując się przy co bardziej fascynujących obiektach, jak suche liście albo krzak lawendy, ale generalnie nie było z nim problemu. Nie uciekał, nie zbliżał się do ulicy, nie kładł się na ziemi. Szedł, czasami dawał mnie lub Lili rączkę…I tak prawie dwie godziny, bo tyle trwała wycieczka do parku, pobyt w nim i powrót. Szczerze powiedziawszy, byłam w szoku, bo jeszcze całkiem niedawno każde wyjęcie z nosidła kończyło się awanturą i zwiększeniem wypadkowości! Rozważałam nawet zakup smyczy, tak, ja, która nawet wpis na blogu poświęciła swojej niechęci do tego typu akcesoriów :D Tak… Ale to było dawno, gdy wózkowy Felek miał roczek więc zostały mu jeszcze TRZY do pożegnania z wózkiem, bo dopiero mając cztery ,,przestawił” się na własne nogi… No ale to był, jak to mówię, inny świat. I ja też byłam częścią innego świata, nic dziwnego, że czułam się strasznie wyobcowana.

Teraz dopiero wiem, jak to jest podążać za swoimi instynktami bez względu na wszystko i mieć zupełnie GDZIEŚ co ktokolwiek pomyśli na ten temat. 9 lat temu nawet przyznanie się do tego, że dziecko czasami sypia ze mną w jednym łóżku sprawiało mi trudność, bo wydawało mi się, że to dowód na to, że coś ze mną nie tak, chociaż po prawdzie, uważałam, że super by było to j….ć i po prostu z tym dzieckiem spać, bez nocnego wstawania i kombinowania. Dzisiaj bez najmniejszych ogródek mówię, że nie mamy łóżeczka dla Gucia i nigdy nie mieliśmy. Bo zupełnie nie zależy mi na ,,uczeniu” go spania w swoim łóżku. Wręcz przeciwnie! Chcę z nim spać tak długo, jak będzie chciał. Czerpię z tego przyjemność, lubię być blisko niego, bo jest to miłe, on jest słodki i kochany, więc spanie z nim zwiększa wydzielanie się w moim ciele oksytocyny a to hormon miłości, zaufania i bezpieczeństwa. Dlaczego miałabym się tego pozbawiać? Jeśli ludzie nie czują potrzeby dbania o swój poziom oksytocyny, to jest ich sprawa i ja to absolutnie szanuję, ale tak jak ktoś lubi chodzić do SPA, tak ja lubię spać z moim dzieckiem i nikomu nic do tego. To samo z karmieniem piersią. Oświadczam wszem i wobec (chociaż Lilunię też w tym wieku jeszcze karmiłam, of course, to jednak po cichutku marzyłam, że sama się odstawi w okolicach 2 urodzin, czyli w jakimś ,,ludzkim” wieku…Potem mi przeszło ;) ), że chciałabym żeby Gucio był na piersi JAK NAJDŁUŻEJ. Pięć, sześć lat, pewnie dłużej to nie potrwa, bo w naturze ludzkiej leży raczej samoodstawienie przed zdmuchnięciem podobnej ilości świeczek, ale generalnie im dłużej tym lepiej. Powoduje mną wygodnictwo. Dziecko zdrowe, które zawsze łatwo uspokoić jest po prostu elementem mojego szczęśliwego macierzyńskiego żywota.

 

Terytorium

Nasi znajomi przeprowadzili się właśnie do nowego mieszkania na osiedle, gdzie dzieci latają bez nadzoru i bawią się całymi dniami. Byliśmy ich dzisiaj odwiedzić. Mama z synkiem w wieku Felka, dzieciaki mają swoje ups and downs ale generalnie znają się od ponad 2 lat i spędzili mnóstwo czasu razem. Dzisiaj chłopaki, za moją zachętą postanowili wyjść przed blok… Ta druga mama nie była pomysłem zachwycona, ostrzegała nas, że sąsiedztwo mają problematyczne, dzieciaki są agresywne, zaczepialskie, ale gdzież bym posłuchała?! Przecież w każdym dziecku jest dobro, a nie? :)

Oczywiście już po minucie do naszych ,,maleństw” dochrzaniła się grupka starszych chłopaków i zaczęła ich na różne sposoby informować, że generalnie teren należy do nich. Patrząc na to przez okno, doświadczałam szeregu uczuć a moja znajoma zaczęła szybciej oddychać i nerwowo biegać z pomieszczenia do pomieszczenia żeby mieć sytuację pod kontrolą z różnych okien. Jak tylko znikali nam z oczu, panika obezwładniała moją zdolność logicznego myślenia. Marcin nas uspokajał, że jak zajdzie coś poważniejszego, to huknie przez okno i będzie OK. Nie miałam przekonania…

Za każdym razem jednak gdy z powrotem trafiali nam w zasięg wzroku, okazywało się, że radzą sobie świetnie. Nie tracili pewności siebie, kolega Felka odpowiadał słownie pięknym za nadobne, a Felek wprost mówił, że jeśli dojdzie do walki to będą się bronić, bez cienia niepewności, czy w ogóle mają jakieś szanse z większą grupą starszych bojowo nastawionych obcych chłopaków!! Według mnie nie mieli… Marcinek powtarzał: ,,weź daj ty mu szansę…”, no to dałam. Chowałam się, żeby nie widział, że patrzę w okno na granicy zawału!

Jak im się znudziły słowne potyczki, wrócili do domu i na nasze pytanie, jak było, odparli zgodnie, że SUPER!!!!!! 

Nasza znajoma śmiała się nerwowo a ja nawet teraz czuję szybsze bicie serca, wystarczy że wspomnę wyprostowaną postawę Felcia i jego zrelaksowany wyraz twarzy. Bez zbędnych ceregieli chłopcy zaczęli sobie grać w gierkę jakby nigdy nic… 

Przeżywałam całe zajście przez kilka kolejnych godzin. Marcin rozmawiał z Felkiem 30 sekund. Przytoczył mi potem tę rozmowę. Brzmiała ona podobno mniej więcej:

- Dalibyście Felek radę, co?

- A co, widziałeś nas przez okno?

- Tak.

- No pewnie że byśmy dali.

I przybili sobie piątkę bez dalszego roztrząsanie (jakie to męskie). Ja potem do Marcinka:

- Żartujesz? Przecież oni nie mieliby szans.

A Marcinek:

- Wolisz, żeby on myślał, że by miał, czy że by nie miał?

No kurde, jednak wolałabym żeby myślał, że da sobie radę. Cokolwiek by się nie działo.