Dzienne archiwum: 21 lutego 2019

Kamień milowy

Miałam niesłychanie ciężki miesiąc. Nie wiem jak to wytrzymałam, ale różne punkty mojego macierzyńskiego życiorysu nauczyły mnie zaciskać zęby i przeczekiwać. Po prostu. Marcina nie było, snułam się po znajomych żeby w każdej chwili móc komuś zostawić Guciutka, także w nocy, jeśli musiałam jechać do porodu. Potem ludzie spali u mnie. Od prawie 2 tygodni nie miałam dosłownie pięciu minut dla siebie, chyba że liczyć podróż do pracy autobusem/ pociągiem. Musiałam zostawiać płaczącego Guciutka. On nauczył się jęczeć ,,Mamo, nie jedź do kijentki!”, ja dowiedziałam się że potrafię nie ulegać jego jęczeniu. Uważam, że jest najcudowniejszym, najstabilniejszym dzieckiem jakie znam. Że to przyjemność być jego mamą.

Jutro on kończy dwa latka. Nadal nie potrafię wyjść mentalnie z magii jaką były jego narodziny. Dwa lata a jakby minęły wieki, a jakby trzy dni. Od dawna komunikuje się pełnymi pięknymi zdaniami, pieluszki wieki temu spakowane do torby i nieużywane, aż mi szkoda czasami i tęsknię za nimi. Czy można tęsknić za wielorazowymi pieluszkami? Hmm. A jednak! Zarówno w nocy jak i w dzień Guciutek zdaje się być już stuprocentowo bezpieczny, w domu sam korzysta z nocniczka, w nocy budzi się i mówi, że chce siku, poza domem też się nie zapomina, co to za ulga, nie musieć pamiętać, nie musieć nosić torby nazywanej od dwóch lat ,,pieluchówką”, po prostu mam troje dzieci i ani jednej dzidzi. Czas to zaakceptować!

Marcin powiedział, że nie chce więcej dzieci, ale gdy zapytałam go, co mam zrobić z pieluszkami, powiedział, że mam je trzymać :) No to chyba potrzymam. No sorry, że tak jęczę o tych pieluchach, mam jakiś specjalny emocjonalny stosunek do nich!

Jestem szczęśliwym człowiekiem. Czasami jakieś drobne rzeczy na chwilę wyprowadzają mnie z równowagi, kłótliwy sąsiad albo przestój w porodach, niemniej we wszystkim już nie staram się widzieć, a widzę dobre strony, które skwapliwie pokazuję dzieciom. Czasami patrzę na Guciutka i myślę sobie, że takie szczęście zdaje się być wręcz nierealne, że napewno przyjdzie mi jakoś zapłacić za to co mnie spotyka, że to jest jak jakiś sen z którego kiedyś trzeba będzie się kiedyś obudzić i myśli te napawają mnie panicznym strachem, że coś mu się stanie, że ktoś go zabierze. Że urośnie szybciej niż mi się wydaje… I wtedy tym bardziej intencjonalnie chcę się cieszyć, bo owszem, nigdy nic nie wiadomo, każą doceniać to, co się ma, więc obsesyjnie doceniam.

Jest radością, radością, radością.