Archiwa autora: Marysia

O Marysia

Spotykam się z krytyką, bo często gdzieś jeździmy, chodzimy, nocuje u nas ktoś ciągle, mamy bałagan i kolorowe ściany. Ale nie boję się o tym mówić, bo nic nie zaniedbuję i wiem o tym, że dziecko ma dobrą dietę, atrakcje, stały plan dnia, gdy jest w domku, a poza nim także bardzo się z Marcinkiem staramy, by jadł i spał, gdy przychodzi na to czas. Nie czuję żadnej presji ze strony gazet dla młodych matek ani ,,doświadczonych” z otoczenia, mających milion cudownych rad. Uśmiech, zdrowie i pogoda ducha synka to dla nas- rodziców order za starania w kierunku wyeliminowania przede wszystkim chaosu z życia dziecka. Ono zasługuje na to, by jego świat był bezpieczny i radosny- i na tym bazują wszystkie wpisy tego bloga.

Kiedy nie jest łatwo

Guciutek ząbkuje. Dwa już ma, najwyraźniej zbliża się trzeci. Każdy okupiony jest bezsennymi nocami, okropnym, niekończącym się płaczem, zatkanym nosem i brakiem nastroju…. U całej rodziny. Dzisiaj jestem sama, Marcin w pracy na noc. I jest tak:

- Po nocy podczas której Guciutek obudził się o 1 w nocy i zasnął z powrotem dopiero o 4.30 musiałam rano zapakować go i iść z nim do pracy; tam spał z 20 minut. Potem chyba miał jeszcze jedną drzemkę. Kolejnej nocy budził się dosłownie co godzinkę, oczywiście ja razem z nim. Sikał jak dziki pod siebie, popłakiwał i prężył się. SPAAAAAĆ!!!!!

- Potem nadszedł dzisiejszy dzień. Marcin od świtu w pracy. Od rana sikanie, syfienie, pierdzenie balonami, konieczność umycia całej trójki i pojechania do miasta w celu zrobienia zdjęć do paszportów. Udało się, chociaż kropki od pisaka na policzku Lili babeczka musiała retuszować komputerowo…. A potem to już tylko pod górkę. Cały dzień Guciutek w zasadzie nie spał. Musiałam iść z nimi wszystkimi do przychodni (sprawa Guciutka o której kiedyś pisałam) i czekać pół godziny w poczekalni bo oczywiście obsuwka. Zgrzytałam już zębami, dzieciaki latały po suficie, Guciutek tym razem jak na złość chciał spać a ja mu nie dawałam, bo czekałam na wizytę przecież…. Lekarz poświęcił nam DOSŁOWNIE 90 sekund (homeopatka ostatnio 90 minut…. niewielka różnica), wracamy do domu. ŚPI. 20 minut.

- W domu jakoś wyrabiam z nimi do wieczora. Wszyscy razem kąpiemy się we wannie. Jest fajnie.

- Kładę Guciutka i zasypia a ja natychmiast razem z nim. Budzę się bo płacze. I nie przestaje przez 2 godziny. Starszaki głodne, same usiłują zrobić se owsiankę, znajduję kilo płatków zalanych litrem mleka i słodkie buźki proszące o podgrzanie. Nadludzkimi mocami nie czynię komentarza….. Gucio ryczy. Ale muszę podgrzać. Podgrzewam, ledwo co skubnęli po 2 łyżki. W myślach usiłuję znaleźć przeznaczenie dla litra owsianki. Gucio ryczy. Felek chce książkę. Gucio cichnie. Lila przyłazi do niego a on po 2 uprzejmych uśmiechach wpada w szał. Po godzinie przepraszam, ale chyba nie dam rady przeczytać dzisiaj książki! Lila płacze, bo zepsuła jej się lampka nocna. Mam ochotę powiedzieć: ,,Ch…j z tą lampką, idź już spać!” więc uaktywniam nadludzkie moce…. Żeby tego nie powiedzieć.

- Felkowi nagle włącza się pęd do wiedzy i chwalenia się samodzielnie zdobytymi umiejętnościami czytelniczymi. Jednocześnie prosi o wyjaśnienie jakichś kwestii matematycznych. Tłumaczę, on nie rozumie…. Chcę się załamać ale ryk. Już zaraz 21. Zasypia. W końcu. Tłumaczę matematykę chociaż siku mi się chce.

- Felek tryumfalnie ogłasza że zrozumiał.

- Lila nie martwi się już lampką bo jutro tata naprawi.

- Robię sobie na patelni jaglankę z bulionem w proszku…. PYCHA.

- Śpią………………….Wszystkie.

- Umawiam się z nową klientką na kapsułkowanie łożyska. Jest cicho. Cóż czeka mnie w nocy? I jutro?!

Ciało i mądrość

Jeszcze w ciąży zaczęłam czytać ,,Ciało kobiety, mądrość kobiety” autorstwa dr Christiane Northrup. Dzisiaj skończyłam. Czuję się, jakbym zamknęła (dosłownie) pewien ważny rozdział mojego życia. Oto wszystko, co od jakiegoś czasu czułam i przewidywałam, ktoś ubrał w odważne słowa a one trafiły do mojej głowy i serca. Ostateczne przekonanie o słuszności wszystkiego w co wierzę stało się faktem. Od teraz nie będę zastanawiała się jak odpowiedzieć na czyjeś pytanie tak, by nikogo nie urazić czy nie wzbudzić zbyt wielu kontrowersji. Chcę nieść swoją prawdę z podniesionym czołem. Bo ktoś już to wcześniej zrobił. Zachęta, sens, nie jestem sama!

Brzmi to wszystko może patetycznie… Nie zamierzam się z tego tłumaczyć. Każdy ma wybór w kwestii tego, czym się zajmować, czemu się poświęcić, w co wierzyć, za czym podążać. Ja wybrałam. I to, co jest mi obecnie bliskie to niezachwiana pewność, że każda komórka ludzkiego ciała wie, co robi. Każda choroba to informacja, nieprzecenione narzędzie do pracy, jaką jest kreowanie własnego zdrowia i szczęścia. To MY mamy wpływ na stan naszego organizmu i ducha, skład naszej krwi, zwinność, wagę, uzębienie, włosy, porody i chód! Wszystko. Możemy to wypierać i nikomu nie zamierzam tego zabraniać ani oceniać osoby które tak postępują bo doskonale rozumiem mechanizmy które nimi sterują.

Autorka jest lekarzem i miała do czynienia z tysiącami kobiet. Przeprowadziła niezliczoną ilość operacji i pomniejszych zabiegów, aborcji, skierowań i całych procesów uzdrawiania na wielu poziomach. Otwierała oczy i macice. Asystowała przy porodach i zmianach diety. Zalecała ruch i rozwody. Pod jej skrzydłami dochodziło do płaczów, poczęć i ostatecznych reprodukcyjnych decyzji. Wspierała karmienie piersią i zawodowe rozkwity.

To niesamowite ile miejsca poświęciła w swojej książce naszym kulturowym uwarunkowaniom. Temu, jak kilka tysięcy lat nagle odwróciło dziesiątki tysięcy lat istnienia rasy ludzkiej w kierunku systemu dominacyjnego i eksploatacji zasobów nie tylko Matki Ziemi ale wszystkiego co z jej siłami nierozerwalnie splecione- mocy rodzenia i utrzymywania Życia w bardzo szerokim kontekście. I umniejszania ich znaczenia. Historia niszczenia Ziemi, pisze dr Northrup, to historia niszczenia kobiecości. Powoli ludzkość zauważa potworne błędy jakich się dopuściła i odzywają się głosy, żeby nie brnąć w ślepy zaułek. Ogromne grupy nie tylko kobiet ale i mężczyzn nie chcą mieć nic wspólnego ze sposobem funkcjonowania społeczeństwa opartym na przemocy, wyzysku i poniżaniu. Budzimy się. Ale przebudzenie w obliczu faktu, że wciąż jest się w mniejszości, mimo wszystko, wymaga wielkiej  odwagi. Ta książka jej udziela- ostatecznie i bezapelacyjnie. Głupotą byłoby nie skorzystać. Głupotą i potężną stratą.

Tak więc, w skrócie, uważam, że każda kobieta powinna przeczytać ,,Ciało kobiety, mądrość kobiety”. Mnie zajęło to 9 miesięcy (znaczące, prawda?) w najbardziej chyba decydującycm okresie mojego dotychczasowego życia. Zaczęłam miewać różnorakie wizje i przeczucia, zadaję pytania a sny udzielają mi na nie odpowiedzi. Okazało się także, że i ciało, obdarzone zaufaniem, nigdy nie wyprowadzi jaźni na manowce. Zaczęłam, pod wpływem tej nieziemskiej lektury, ćwiczyć zadawanie pytań ciału i odczytywanie odpowiedzi. Początkowo musiałam naprawdę mocno wsłuchać się w nie by odebrać jakikowiek sygnał. Teraz wystarczy że w głowie zatańczy mi jakaś idea, myśl, intuicyjny błysk- a natychmiast czuję w podbrzuszu mocne ,,tak” albo ,,nie” i wiem, co jest słuszne a co nie, z tego co sobie ,,uroiłam”. Wiem, jak to brzmi. Kilka (naście) lat temu pewnie parsknęłabym śmiechem czytając takie wywody. Ale, jak już napisałam, każdy ma wybór.

Możemy parskać sobie na wszystko i dalej chorować albo męczyć się w destrukcyjnych układach.

Możemy dostrzec własną mądrość i magiczną wręcz moc a następnie ogromnymi krokami zacząć zbliżać się do pełni życia o jakiej nam się nie śniło. A raczej o jakiej nie mówi się w naszym kręgu kulturowym w którym w cenie jest cierpienie (podobno ono uszlachetnia). Wymażmy to z podświadomości, bo możemy. Możemy wszystko. Nawet czytać 800 stronicowe książki mając trójkę dzieci w tym noworodka! I kiedy całuję moją cudną córeczkę na dobranoc, wiem, że jej przyjdzie już żyć w lepszym świecie. Dlatego, że ona sama go dla siebie kreuje już teraz.

Jest mi łatwo

Czasami zastanawiam się, jak to jest, że w momencie narodzin naszego trzeciego dziecka właściwie przestałam odczuwać jakiekolwiek niedogodności związane z byciem matką. Nie potrafiłam długo tego pojąć. Sporadycznie, gdy potrzeby moich dzieci zupełnie ze sobą nie współgrały a ja marzyłam o przeprowadzce do większego lokum myślałam sobie: ,,Czyli jestem normalna, bo jest mi źle!” Tego rodzaju uczucia jednak bardzo szybko mnie opuszczały a ja na nowo zanurzałam się w błogości o której nie wypadało mi mówić w towarzystwie innych mam, przygniecionych obowiązkami przy jednym czy dwójce dzieci!

Co jest ze mną nie tak, że jest mi dobrze?- deliberowałam.

I zrozumiałam, co.

To poród Gucia uleczył mnie na tak wielu poziomach, że przez jakiś czas nawet nie byłam w stanie tego pojąć. Przestałam miewać migreny. Przestałam zauważać u siebie porażające spadki energii. Pojedyncze przypadki niedoboru snu zupełnie nie dają mi się we znaki. Ba! Uważam się za osobę która się wysypia. A to brak snu przez kilka pierwszych lat życia Lileczki powodował że użalałam się nad swoim losem i obwiniałam o niego kogo i co się dało. A przecież Gucio się budzi w nocy po kilka razy jak każde niemowlę. I nie mam szans na drzemki za dnia. A ja jestem coraz starsza a nie młodsza!

Gdy myślę sobie o tym, od kiedy właściwie w pełni zaakceptowałam swoje jestestwo jako matki i kobiety, to wiem, że był to moment, gdy samodzielnie sprawdziłam stopień obniżenia się główki Gucia w kanale rodnym a potem wyciągnięcie go z wody. Lata kursów i prób zrozumienia siebie, uciekanie i wracanie do różnorakich wspomnień, kręgi kobiet i tony książek- wszystko to dawało paliatywnie ulgę. Lecz dopiero kilka minut podczas których nasz synek wydostał się na świat a ja przeżyłam to w pełni o jakiej istnieniu pojęcia nie miałam zagrabiło 30 lat mojego życia jak zeschnięte liście i objawiło soczystą trawę nowego życia.

Mówi się, że dobry poród potrafi uleczyć 7 pokoleń wprzód i 7 pokoleń w tył. Gdy o tym myślę, przestaję czuć się winna, że mi dobrze. I że dzieci nie stanowią już dla mnie obciążenia. Są dopełnieniem, kontynuacją. Wszystkie trzy a nie tylko to jedno urodzone jak król.