Archiwa kategorii: Lilka

Córcia- odkąd podczas decydującego USG poznaliśmy nieco lepiej naszą kruszynkę, nie schodzi ze stosu naszych myśli ta jedna okropnie ważna- mała kobietka JUŻ JEST w naszym domu. Na zawsze!

Drogi i ścieżki

Planowałam napisać długą wzruszającą historię w całości opartą na faktach. Jednakże ponieważ dotyczy ona prawdziwych osób, nie mogę zagłębić się w szczegóły. Poruszyła mnie ona jednak tak bardzo, że muszę się podzielić. Wszystko co tu przeczytacie, zdarzyło się naprawdę.

Był sobie kiedyś mały śliczny chłopiec. Jego mama była samotna, ale co kilka lat znajdowała sobie nowego partnera i po jakimś czasie rodziła kolejne dziecko. Zajmowała się gromadką jak umiała, mimo, że o nią nigdy nikt nie zadbał. Pewnego dnia, pewnie chcąc sprawić dzieciom przyjemność, zgodziła się przyjąć z sąsiedniej wioski szczeniaka. Szczeniak, jak to szczeniak, piszczał i brudził, więc wylądował w ciemnej zimnej piwnicy. Skowyczał dniami i nocami, dzieci płakały i błagały mamę o kontakt z psiakiem. Pod wpływem skarg sąsiadów został przeniesiony za pomieszczenie gospodarskie, gdzie uwiązany na krótkim łańcuchu zestarzał się po cichu, zbrzydł i popadł w psią depresję. Dzieci zachodziły do niego. Czasami ,,brały na spacer”, ale nie umiały uwiązać spowrotem na łańcuchu, więc mama się złościła.

Po kilku latach, gdy psiak był już poważnie schorowany, mama zleciła sąsiadowi zabicie go. Może nakazała jej to jakaś pokrętna logika wiejskiej litości. Ten, chcąc wyświadczyć przysługę, wziął pałę i poszedł zakatować zwierzę. W środku dnia, więc dzieci, już wszak duże, zwabione potwornymi odgłosami, zobaczyły co się dzieje. Pobiegły do matki półprzytomne z przerażenia, krzycząc.

,,Cicho bądźcie, ja mu kazałam”.

Tak się składa, że znałam tego chłopca, nie sądzę, by mnie pamiętał, bo jestem sporo starsza. Przestaliśmy być sąsiadami gdy wciąż był małym dzieckiem. Nie zapadł mi w żaden sposób w pamięci. Ot, jeden z mnóstwa dzieci, których los się dzieje gdzieś tam. Ale przypadkiem u dawnego znajomego z podstawówki zobaczyłam zdjęcie z wesela i chłopiec był tam oznaczony. Zakołatało mi w mózgu imię i nazwisko. Ruszyła lawina pamięci. Kliknęłam ze zwykłej ciekawości.

Nic mnie już dawno nie uderzyło tak mocno, jak moje odkrycie, że chłopiec jest prężnie działającym aktywistą na rzecz ochrony zwierząt, szczególnie psów. Że poświęca swój wolny czas i pieniądze na pomoc potrzebującym stworzeniom. Że porywa innych by robili to samo. Jego posty są pełne wrażliwości i charyzmy.

Któż by to przewidział, przysięgam wam, że nikt.

Dotarło do mnie też chyba nareszcie, że każda rodzina i każdy, absolutnie każdy człowiek, ma swój cel na tym świecie. Nigdy też nie wiemy, gdzie zapłonie iskra, która ogarnie płomieniami czyjeś serce do rzeczy wielkich i ważnych, bo wpływających lecząco na losy innych. Że patrząc na jakiekolwiek dziecko i jego otoczenie, wszystkie okoliczności jego dzieciństwa, wciąż nie mamy prawa wyrokować i oceniać. Zmieniać. Gardzić.

Ta historia, chociaż także pełna bólu i trudna, rozlała się we mnie jak miód i chciałabym, by tam została. Ona odbiera mi także resztki ,,zamartwiania się” o przyszłość moich własnych dzieci. Błogosławmy różnorodność świata.

 

 

 

Węże wodne i piła mechaniczna na youtubie czyli przygotowujemy się!

Za niecałe dwa i pół miesiąca Marcin jedzie do Hiszpanii. Ekscytacja sięga u nas zenitu. Budzimy się i gadamy o Hiszpanii. W ciągu dnia gadamy o Hiszpanii. Dzwonimy do siebie nawzajem z Marcinem i opowiadamy co superowego widzieliśmy na Instagramie z życia innych hiszpańskich off gridowców :D Lila prowadzi notes, w którym pisze i rysuje co będzie tam robić a Felek wyprzedaje swoje nieużywane zabawki. Trudno nam się zająć czymkolwiek innym i w cokolwiek zaangażować.

Kilka dni temu ponownie spotkaliśmy się z właścicielką landu. Tym razem przyniosła setkę zdjęć swojej rodziny zrobionych w okresie, gdy żyli tam, gdzie my teraz jedziemy. Felek potem z emocji się rozchorował. My oddychamy głęboko… Pozostaję pod ogromnym wrażeniem tego, co zobaczyłam na tych zdjęciach. Gołe dzieciaki łapiące w górskiej rzece wodne węże (nie wiedziałam, że takowe istnieją). Jeżdżące konno do sklepu. Pies przytulający się z kotem. Budowa glinianego domku na fundamentach ruin. Pełna dokumentacja dwunastu lat w camperze z dzieciakami, zwierzakami, sąsiadami. Niewybrażalnie piękne krajobrazy.

Najbardziej w Emmie, naszej nowej ‚landlady’ podoba mi się to, że dla niej nie istnieją problemy tylko rozwiązania. Nie ma wody? Jest strumień. Wysycha? Można nabrać ze źródła we wiosce. Zresztą chcą nam podłączyć bieżącą bo i tak planowali. Nie wiadomo co zrobić na obiad? We wsi w jednym z pubów do zamówionego piwa dorzucają darmowe przekąski dla dzieciaków :D Skorpiony żądlą? Tam są tylko takie nietoksyczne, poboli i przestanie. Listonosz nie dochodzi tak daleko od wioski? Można wynająć skrzynkę pocztową w urzędzie i sprawdzać co tydzień czy dwa. Marcin w życiu nie używał piły łańcuchowej? Co za problem, na youtubie są filmiki. Zresztą to wszystko nie ma znaczenia, bo ważne jest wychowanie strong minded kids. I podarowanie im możliwie maksymalnej ilości wolności. To są słowa Emmy i dokładnie to samo mam w głowie. Nie ważne co będzie, bo będzie dobrze, bo nie ma możliwości, żeby było inaczej!

Niestety słyszałam, że tamtejsza ludność nie przejmuje się szczególnie zwierzakami, akty okrucieństwa są powszechne a stada bezdomnych, nierzadko okaleczonych psów błąkają się po okolicy. Bardzo mnie to zasmuciło i przeraziło. Jako dziecko obcowałam z tym na codzień; łańcuchowe zdychające z głodu psy, chore koty, bezduszność ludzka dosłownie nie mająca granic. Gdy tylko mogłam, dokarmiałam te niewinne istoty, spuszczałam z uwięzi (sąsiedzi strasznie mnie za to tępili), opatrywałam. Jednak pewnego dnia, jako starsza nastolatka, postanowiłam, że przestanę widzieć psią i ogólnie zwierzęcą krzywdę. Dokładnie pamiętam ten dzień. Przechodziłam obok łańcuchowego psiaka do którego nie było żadnego dostępu bo dodatkowo tkwił w zaryglowanym boksie. Zabolało jak porażenie prądem. Przystanęłam i przemówiłam sobie do rozsądku. Że jest tego za dużo i albo się zamuruję, oślepnę i ogłuchnę albo sama wyląduję w psychiatryku. Na wiele lat zamknęłam serce i było mi łatwiej. Urodziły się dzieci. Zaczęłam psów się brzydzić, trochę bać. Wkurzały mnie. Ale ostatnie lata dużo spędzam na pracy mającej na celu otwieranie serca i dokopałam się do tej jego części w której czekała uśpiona bezkresna miłość do psów.

W związku z tym informacja, że na terenie Hiszpanii dochodzi do rytualnych bestialstw wywołała we mnie szereg trudnych do okiełzania reakcji. Jedną z nich była obawa że dzieci zobaczą skrzywdzonego psa i co ja im wtedy powiem. Podzieliłam się tą obawą z Emmą. Ona jest jakby ucieleśnionym głosem mojego wewnętrznego dziecka. Jest mną gdy miałam osiem lat i marzyłam o własnym szpitalu dla psów, jest mną gdy miałam lat czternaście i krzyczałam ,,Vivat anarchia” bo tylko to wydawało mi się sensowną odpowiedzią na wszystko co widziałam wokół siebie. Tylko że Emma jest już dorosła i potrafi to wszystko zrealizować, dać wsparcie komuś innemu, zadziałać, ubrać to wszystko w słowa nieociekające absurdem. I ona powiedziała mi: dzieci to wszystko widzą i szybko uczą się zwierzaki ratować. Przyzwyczajają się do tego i zamiast doznawać szoku po prostu robią to co słuszne. Wyobraziłam sobie to i ….zalało mnie ciepło.

Ludzie pytają: a nie będzie wam tam za ciężko?

Życie jest ogólnie ciężkie. Dla mnie trudne jest to, że jak idę z dziećmi wzdłuż ulicy, nie słyszę co do mnie mówią, bo jest za głośno. I że choćbym nie wiem, jak pragnęła, nie mogę żyć zero waste. Urodziłam dziecko i udało mi się przeżyć w niebywałej cudownej bliskości, bez pampersów, butelek, wózka, mokrych chusteczek. A teraz on ma dwa i pół roku i na widok sklepu woła, że chce loda. Ja oczywiście nie chcę mu go kupować, ale ile można odmawiać? Codziennie tysiąc razy? Chcę być gdzieś, gdzie posunięty do nonsensu konsumpcjonizm nie żre oczu, nie nadaje rytmu, nie tworzy definicji mnie jako mamy. Taka, co kupuje gówno albo taka która nie kupuje. A co z tymi, które całą duszą chcą być od tego daleko ale z drugiej strony nie czują tego całego trzymania dzieciaków ,,w ryzach”, zabraniania im cukru, plastiku, wszystkiego czego pragną bo jest dostępne, świeci i woła… A co jeśli tego wokół nie będzie? Spytałam dzieci. One: Jakoś to będzie. Felek: Fajnie, że nie będzie tyle tego do chcenia. Mówię im: tam nie będzie stałego internetu. A oni mi na to: tam nie będziemy potrzebować stałego internetu. Mam mądre, wrażliwe dzieci. Tak samo zmęczone zalewem gówna w jakim tkwimy. Życie, jak pisałam, jest ciężkie. A ja już nie chcę tego dźwigać. Chcę odsapnąć. Chcę dać dzieciom szansę na odsapnięcie też.

Marcin będzie zaraz kupował bell tenty i piecyki do nich. Proszę, wesprzyjcie nas jeszcze trochę. Przysięgam, że znajdzie się u nas miejsce dla każdego, kto będzie chciał towarzyszyć nam w odsapnięciu. Proszę. Proszę wpłaćcie nam piątaka zamiast kupić jutro loda. Tutaj

Przysięgam że odwdzięczymy się całym sercem.

 

 

 

 

 

Gustaw przespał noc

Wygląda na to, że jak karmię piersią do samoodstawienia to moje dzieci naturalnie zaczynają przesypiać noce bez pobudek na cycusia w wieku niecałych dwoch i pół lat :)

Tak było z Lilianną. Pamiętam tę ekstazę po pierwszej nocy. Miała dwa latka i pięć miesięcy. Liczyłam jej przespane noce. Po dziesięciu przestałam bo stały się najnormalniejszą normą!!!

Ale wtedy towarzyszył mi stres… Jak to…Ponad dwa lata… Kiedy ja się wyśpię (przez tego typu myślenie wysypiałam sie o wiele gorzej)?!! Kiedy ona wydorośleje?! (no tak, dwa lata, poważny wiek…) Usamodzielni się? Da mi żyć?! Próbowaliśmy kłaść osobno…. Poić wodą…. Nie dawać cycka na każde stęknięcie… Oczywiście jej się to nie podobało a ja mierzyłam się z gorzkim smakiem porażki… I coraz większego przemęczenia!

Z Guciutkiem od razu założyłam że nie będę w żaden sposób usiłować wpływać na naturalny bieg wydarzeń. Że mądrość ciała i serca dziecka, skoro ,,nakazuje” mu doładowywać się w nocy, wie co robi. Ponieważ nie walczyłam z tym (wiedząc, że w końcu minie), nie czułam frustracji. W związku z tym moje poczucie niewyspania od porodu Gutka było nieporównywalnie mniejsze niż przy starszych dzieciach.

Gustaw przespał noc. Czuję, że jakiś etap zbliża się ku końcowi i już odczuwam początki żałoby z tym związane. Jednak każdy koniec to także początek. Nie jest mi żal. Czuję ekscytację bo w moim domu zaraz pojawi się w miejsce bobasa PRZEDSZKOLAK.

Oczywiście tylko z nazwy bo do żadnego przedszkola się nie wybiera :D