Archiwa kategorii: I inne dzieci…

Wokół nas coraz więcej młodych rodziców, coraz więcej uśmiechniętych słoneczek, urodzinek, imieninek albo chociaż… brzuszków. Wszystkie mogą liczyć na ciocię Marysię:)

Dziewczyna z kogutem

Bushy Park w poludniowo- zachodnim Londynie. Jeden z naszych ulubionych zakątków. Mnóstwo przestrzeni, prawie oswojone stada jeleni, drzewa do wspinania, ścieżki do odkrywania. W słoneczną wrześniową sobotę ludzi jest tam mnóstwo. Spotkaliśmy się z przyjaciółmi i było cudownie.

Jedna z głównych alejek. Nie dało się jej nie zauważyć. Nie dało nie przykleić łatki ,,wariatka” od pierwszego spojrzenia. Dredziara o rozbieganym spojrzeniu niosąca potężnego koguta a potem rozkładająca dla siebie i ptaszyska piknik pod sosną. Kogut pieścił się z nią jak pies, jadł z ręki, pił wodę z plastikowej nakrętki, krążył wokół właścicielki spokojnie i bez najdelikatniejszych planów na ucieczkę.

Dzieciaki oczywiście chciały pogłaskać koguta i wdały się w pogawędkę.

Podeszłyśmy, bo przecież jednak wariatka a dzieciaki wsiąkły w głaskanie i zagadywanie… Kto tam taką wie…..

Do koguta mówiła po rosyjsku. Całe jej ręce usiane były bliznami jak upiorne osiedle poprzecinane ślepymi uliczkami z planu pijanego architekta. Kogut z nią śpi. Uratowała go z farmy przemysłowej. Nie, nie ucieka. Nie, nie sra pod siebie bo jest nauczony że ma to robić do kuwety, Dzieciaki zafascynowane. Fłaszczą, kogut poddaje się miękko ale jednak woli właścicielkę.

Ale jak to miał być chicken burger…. To przecież jej zwierzątko domowe… No tak…..

Gdy się jej przyjrzałam, jej oczy wcale nie wydawały się rozbiegane. Były spokojne i skupione. Może na przetrwaniu. O które może musiała walczyć każdego dnia.

A może jakoś już jej się udało. I wygrała, jak jej kogut, który miał być przecież chicken burger.

 

 

 

Coraz bliżej…

Jutro ma zostać dostarczony nasz bell tent. Dotarły już śpiwory w których można spać nawet w silne mrozy… Nie wiem po co one nam w sumie. Baliśmy się, że zmarzniemy :) I teraz nie zmarzniemy. Temperatura na obszarze gdzie zamieszkamy w zasadzie nigdy nie spada poniżej zera.

Ludzie masowo nas wspierają i to jest wspaniałe. Obcy dorzucają grosiki małe i większe do naszej zbiórki. Przyjaciele interesują się, czego nam potrzeba. Deklarują plany odwiedzin. Wszystko idzie gładko. To nasz ostatni miesiąc w Londynie. Czuję ogromną ekscytację. Trochę jak przed porodem. Czuję mocno, że wiem, co robię i że to jest dobre. Jednocześnie do głosu dochodzą także obawy przed czymś nowym, nieznanym.

Dużo ostatnio czytam o potrzebie kontaktu człowieka z naturą i cieszę się, że to akurat będzie ogarnięte na bank. Nie da się chyba być bliżej niż mieszkając okrągły rok w namiocie. Być blisko nieba, ziemi, pogody i życia. Słyszeć, czuć, widzieć. Zawsze mnie mierziło, że dwulatek zna żyrafę i lwa a nie ma pojęcia, co mieszka pod kamieniem w parku. Że ekolodzy grzmią (jak najbardziej słusznie) o wymieraniu ekosystemów na innym kontynencie a tymczasem dzieci z ulicy obok nie mają dostępu do trawy bo ostatnie jej źdźbło umarło pod łopatą buldożera zrównującego teren pod kolejny sklep.

Cholercia, chcę słyszeć własne dzieci idąc z nimi na spacer. Póki co nie słyszę, bo obok jest ulica.

Ostatnio odzywają się głosy broniące dostępu dzieciaków do gierek na telefonie i innych. Że nie powinno się im tego limitować, bo to właściwie jedyna ich okazja do wykazania się, eksplorowania, tworzenia. Unchoolersi przyklaskują… Ja się z tym zgadzam. Ale nie ma we mnie zgody na to, żeby tak zostało. Jeśli dorastający chłopiec znajduje rzeczywistość wirtualną bardziej interesującą i atrakcyjną niż świat wokół niego, bo w tej pierwszej może przeżywać przygody to coś jest ewidentnie nie tak. Something is wrong. I nie wolno nad tym kiwać głową ze zrozumieniem tylko zakasać rękawy i zrobić wszystko co się da, aby to zmienić. Niech budują, znajdują, szukają, niech są ważni i niech to, co robią, jest ważne. To, dokładnie to chcemy zapewnić dzieciom. Wierzymy głęboko, że jeśli dziecko czuje, że ma wpływ na to, co się wokół niego i z nim dzieje, to nic innego nie potrzebuje aby później stać się stabilnym dorosłym. Żadna szkoła mu wtedy nie będzie potrzebna. Nie pójdzie w drogę z ciężkim bagażem nieokreślonej tęsknoty za czymś jeszcze bardziej nieokreślonym.

Dzieciom trzeba oddać zagrabioną wolność, dostęp do przyrody, decyzyjność. Nie tylko w teorii, nie na Instagramie. O, wzięło liść do ręki, super, jest fotka otagowana jako #naturalchildhood albo #wildkids. Wild kids wracają do domu i zapadają się w czterościanowy, plastikowo- krzemowy bezmiar niczego. Aż do następnego spaceru po parku w weekend, oczywiście pod ścisłą kuratelą dorosłych i po wyznaczonych ścieżkach. Nie mówię, że u nas było aż tak źle. Ale mogłoby być, bo owszem, dochodziło do sytuacji, że ekran wygrywał z zabawą na dworze a na liście najważniejszych problemów był tymczasowy brak internetu albo zawieszanie się tabletu. Może ktoś powie OK…I co z tego…Takie czasy. Niestety nie umiem się z tym zgodzić. Ludzkie ciało, zarówno fizyczne, emocjonalne jak i duchowe nie zmieniło się od początków istnienia człowieka na tym świecie. Mamy identyczne potrzeby co 250 tysięcy lat temu. Dziecko rodzi się w centrum Londynu i nie wie, że nie jest w jaskini w Afryce. Potem mniej lub bardziej boleśnie się o tym przekonuje ale jego paląca potrzeba ruchu, aktywnego uczestniczenia w świecie i bliskości z innymi istotami pozostaje… Niezaspokojona nadal tam jest…Tylko cicho. Ujawnia się najczęściej w postaci chorób, fizycznych i psychicznych. Nie potrafią po prostu przejść obok obecnej wiedzy naukowej która dokładnie to samo mówi i chociaż przedziera się do mainstreamu, wciąż traktowana jest jak biadolenie hipisów.

No więc jedziemy, bo biadolenia mamy serdecznie dosyć.

Osiągnęliśmy już prawie nasz cel na zbiórce i jestem spokojna. Zakupiliśmy już kilka najpotrzebniejszych rzeczy. Zbiórka trwa do jakiegoś tam października i można przekroczyć target. Jeśli ktoś ma ochotę jeszcze nas troszkę wesprzeć, to z całego serca proszę o to tutaj.

Wciąż też poszukujemy osób które chciałyby przyjechać i dotrzymać nam tam towarzystwa. Więc jeśli ktoś nie ma planów na zimę a ma ochotę popatrzeć na swoje dzieci na wolnym bezpiecznym wybiegu, to zapraszam :)

 

 

 

 

 

Drogi i ścieżki

Planowałam napisać długą wzruszającą historię w całości opartą na faktach. Jednakże ponieważ dotyczy ona prawdziwych osób, nie mogę zagłębić się w szczegóły. Poruszyła mnie ona jednak tak bardzo, że muszę się podzielić. Wszystko co tu przeczytacie, zdarzyło się naprawdę.

Był sobie kiedyś mały śliczny chłopiec. Jego mama była samotna, ale co kilka lat znajdowała sobie nowego partnera i po jakimś czasie rodziła kolejne dziecko. Zajmowała się gromadką jak umiała, mimo, że o nią nigdy nikt nie zadbał. Pewnego dnia, pewnie chcąc sprawić dzieciom przyjemność, zgodziła się przyjąć z sąsiedniej wioski szczeniaka. Szczeniak, jak to szczeniak, piszczał i brudził, więc wylądował w ciemnej zimnej piwnicy. Skowyczał dniami i nocami, dzieci płakały i błagały mamę o kontakt z psiakiem. Pod wpływem skarg sąsiadów został przeniesiony za pomieszczenie gospodarskie, gdzie uwiązany na krótkim łańcuchu zestarzał się po cichu, zbrzydł i popadł w psią depresję. Dzieci zachodziły do niego. Czasami ,,brały na spacer”, ale nie umiały uwiązać spowrotem na łańcuchu, więc mama się złościła.

Po kilku latach, gdy psiak był już poważnie schorowany, mama zleciła sąsiadowi zabicie go. Może nakazała jej to jakaś pokrętna logika wiejskiej litości. Ten, chcąc wyświadczyć przysługę, wziął pałę i poszedł zakatować zwierzę. W środku dnia, więc dzieci, już wszak duże, zwabione potwornymi odgłosami, zobaczyły co się dzieje. Pobiegły do matki półprzytomne z przerażenia, krzycząc.

,,Cicho bądźcie, ja mu kazałam”.

Tak się składa, że znałam tego chłopca, nie sądzę, by mnie pamiętał, bo jestem sporo starsza. Przestaliśmy być sąsiadami gdy wciąż był małym dzieckiem. Nie zapadł mi w żaden sposób w pamięci. Ot, jeden z mnóstwa dzieci, których los się dzieje gdzieś tam. Ale przypadkiem u dawnego znajomego z podstawówki zobaczyłam zdjęcie z wesela i chłopiec był tam oznaczony. Zakołatało mi w mózgu imię i nazwisko. Ruszyła lawina pamięci. Kliknęłam ze zwykłej ciekawości.

Nic mnie już dawno nie uderzyło tak mocno, jak moje odkrycie, że chłopiec jest prężnie działającym aktywistą na rzecz ochrony zwierząt, szczególnie psów. Że poświęca swój wolny czas i pieniądze na pomoc potrzebującym stworzeniom. Że porywa innych by robili to samo. Jego posty są pełne wrażliwości i charyzmy.

Któż by to przewidział, przysięgam wam, że nikt.

Dotarło do mnie też chyba nareszcie, że każda rodzina i każdy, absolutnie każdy człowiek, ma swój cel na tym świecie. Nigdy też nie wiemy, gdzie zapłonie iskra, która ogarnie płomieniami czyjeś serce do rzeczy wielkich i ważnych, bo wpływających lecząco na losy innych. Że patrząc na jakiekolwiek dziecko i jego otoczenie, wszystkie okoliczności jego dzieciństwa, wciąż nie mamy prawa wyrokować i oceniać. Zmieniać. Gardzić.

Ta historia, chociaż także pełna bólu i trudna, rozlała się we mnie jak miód i chciałabym, by tam została. Ona odbiera mi także resztki ,,zamartwiania się” o przyszłość moich własnych dzieci. Błogosławmy różnorodność świata.