Archiwa kategorii: I inne dzieci…

Wokół nas coraz więcej młodych rodziców, coraz więcej uśmiechniętych słoneczek, urodzinek, imieninek albo chociaż… brzuszków. Wszystkie mogą liczyć na ciocię Marysię:)

Drogi i ścieżki

Planowałam napisać długą wzruszającą historię w całości opartą na faktach. Jednakże ponieważ dotyczy ona prawdziwych osób, nie mogę zagłębić się w szczegóły. Poruszyła mnie ona jednak tak bardzo, że muszę się podzielić. Wszystko co tu przeczytacie, zdarzyło się naprawdę.

Był sobie kiedyś mały śliczny chłopiec. Jego mama była samotna, ale co kilka lat znajdowała sobie nowego partnera i po jakimś czasie rodziła kolejne dziecko. Zajmowała się gromadką jak umiała, mimo, że o nią nigdy nikt nie zadbał. Pewnego dnia, pewnie chcąc sprawić dzieciom przyjemność, zgodziła się przyjąć z sąsiedniej wioski szczeniaka. Szczeniak, jak to szczeniak, piszczał i brudził, więc wylądował w ciemnej zimnej piwnicy. Skowyczał dniami i nocami, dzieci płakały i błagały mamę o kontakt z psiakiem. Pod wpływem skarg sąsiadów został przeniesiony za pomieszczenie gospodarskie, gdzie uwiązany na krótkim łańcuchu zestarzał się po cichu, zbrzydł i popadł w psią depresję. Dzieci zachodziły do niego. Czasami ,,brały na spacer”, ale nie umiały uwiązać spowrotem na łańcuchu, więc mama się złościła.

Po kilku latach, gdy psiak był już poważnie schorowany, mama zleciła sąsiadowi zabicie go. Może nakazała jej to jakaś pokrętna logika wiejskiej litości. Ten, chcąc wyświadczyć przysługę, wziął pałę i poszedł zakatować zwierzę. W środku dnia, więc dzieci, już wszak duże, zwabione potwornymi odgłosami, zobaczyły co się dzieje. Pobiegły do matki półprzytomne z przerażenia, krzycząc.

,,Cicho bądźcie, ja mu kazałam”.

Tak się składa, że znałam tego chłopca, nie sądzę, by mnie pamiętał, bo jestem sporo starsza. Przestaliśmy być sąsiadami gdy wciąż był małym dzieckiem. Nie zapadł mi w żaden sposób w pamięci. Ot, jeden z mnóstwa dzieci, których los się dzieje gdzieś tam. Ale przypadkiem u dawnego znajomego z podstawówki zobaczyłam zdjęcie z wesela i chłopiec był tam oznaczony. Zakołatało mi w mózgu imię i nazwisko. Ruszyła lawina pamięci. Kliknęłam ze zwykłej ciekawości.

Nic mnie już dawno nie uderzyło tak mocno, jak moje odkrycie, że chłopiec jest prężnie działającym aktywistą na rzecz ochrony zwierząt, szczególnie psów. Że poświęca swój wolny czas i pieniądze na pomoc potrzebującym stworzeniom. Że porywa innych by robili to samo. Jego posty są pełne wrażliwości i charyzmy.

Któż by to przewidział, przysięgam wam, że nikt.

Dotarło do mnie też chyba nareszcie, że każda rodzina i każdy, absolutnie każdy człowiek, ma swój cel na tym świecie. Nigdy też nie wiemy, gdzie zapłonie iskra, która ogarnie płomieniami czyjeś serce do rzeczy wielkich i ważnych, bo wpływających lecząco na losy innych. Że patrząc na jakiekolwiek dziecko i jego otoczenie, wszystkie okoliczności jego dzieciństwa, wciąż nie mamy prawa wyrokować i oceniać. Zmieniać. Gardzić.

Ta historia, chociaż także pełna bólu i trudna, rozlała się we mnie jak miód i chciałabym, by tam została. Ona odbiera mi także resztki ,,zamartwiania się” o przyszłość moich własnych dzieci. Błogosławmy różnorodność świata.

 

 

 

Seria Niki i Tesla: recenzja

Kiedy kurier przyniósł kolejny prezent od Wydawnictwa RM, byłam szczerze mówiąc, delikatnie przerażona. Jak to, pięć pokaźnej objętości książek o FIZYCE? Technicznych, z eksperymentami? Ja mam o tym pisać? I w ogóle to czytać? Owszem, przy wymianie maili z Wydawnictwem napisałam, że się tego podejmę, ale nie przyszło mi do głowy że przed nami prawdziwe wyzwanie!

Tym bardziej, że oni chcieli coś więcej o Gutku… A tu zupełnie inne dzieci: brat i siostra, Niki i Tesla (coś wam mówią te imiona, co? Moim dzieciom nie mówiły… Do czasu), jedenaście i dwanaście lat, wychowywani  w towarzystwie szalonego wujka naukowca, ich rodzice także mają eksperymentatorskie zapędy. Przecież… To nie brzmi zbyt normalnie. Nic dziwnego, że przygody dzieciaków zapierają dech w piersiach i trudno przerywać lekturę gdy już się ją zacznie!

,,Chcemy to robić z dziadkiem!”, ,,Myślisz, że tata będzie wiedział, o co tu chodzi?”, ,,O jaaaaa zróbmy taką rękawicę”, ,,Mamo, muszę iść do sklepu po colę i mentosy…”; (matka zafiksowana na zdrowym odżywianiu dostaje zawału: CO????!!!); ,,No do eksperymentu z wyrzutnią!”……………

Już niedługo wynosimy się na obrzeża cywilizacji więc szczególnym zainteresowaniem obdarzyliśmy książkę pt. ,,Awantura o energię słoneczną”

20190629_170208

Jestem ciekawa na ile nauczymy się z niej faktycznie korzystać w zabawie z dziećmi, będziemy wszak nieco zajęci przystosowywaniem przestrzeni pod jak najnormalniejsze życie, ale jestem zachwycona, że już dzieci zapoznaje się obecnie z ideami odnawialnych źródeł energii. Dzięki temu w wieku trzydziestu kilku lat na dźwięk sformułowania ,,panele słoneczne” nie zbledną i nie pomyślą sobie o naćpanych hipisach którzy usiłują zrobić pralkę z plastikowej butelki. Nie mówię, że my takie skojarzenia mieliśmy… Niemniej wiem, że nasze pomysły które wcielać w życie będziemy już za niecałe 4 miesiące niektórym wydają się kosmiczne… a to tylko nauka! Może dla niektórych czas wrócić do szkoły? :)

Ja serię ,,Niki i Tesla” polecam z całego serca a u nas czyta ją cała rodzina bo nawet babcia przeczytała wszystkie tomy. Dziadek na skajpie dostał opisy eksperymentów i zadanie przeprowadzić je. Co z tego będzie? Nie wiem. Mam nadzieję, że skajp to przetrwa :D

20190629_164953 20190629_165038 20190629_165126 20190629_165321

A jeśli czujecie, że chcielibyście wesprzeć nasze zmagania z energią słoneczną i w ten sposób wyrazić swoją solidarność z obrońcami praw Planety, serdecznie zachęcam do zajrzenia tutaj.

Jesteśmy już prawie w połowie naszego targetu który pozwoli nam na bezbolesny tranfer! Dziękuję wszystkim duszom za pomoc, tę finansową ale także oferty pomocy praktycznej. Czy uwierzycie, że są ludzie, którzy tam do nas przyjadą żeby fizycznie wspomóc nasze działania typu wykopywanie kibla? Albo budowanie prysznica podłączonego pod strumień?

Czuję się trochę jakbym była w ciąży…. Nie, nie dosłownie :) Tylko wiem, że rozwija się coś pięknego, wspaniałego, coś co zmieni nasze życia na zawsze i co będziemy kochać niedorzecznie.

A co do prawdziwej ciąży to są plany rozwojowe. Być blisko chatki naturalnych, holistycznych położnych i nie skorzystać? Ech, nie w naszym stylu :)

Gutek i potwory

gutekZgodnie z obietnicą zamieszczam pierwszą z cyklu recenzji książek jakie podarowało nam Wydawnictwo RM. Muszę przyznać że już sam prezent sprawił nam potężną radość. Dzieciaki wciąż preferują czytanie po polsku a dostęp do książek w ojczystym języku jest z oczywistych powodów dość ograniczony. Zatem każda okazja do poszerzenia swoich horyzontów i bycia razem nad książkami po polsku jest mówiąc oględnie w cenie!

Książka jest częścią serii z której resztą nie mieliśmy jeszcze okazji się zaznajomić, a szkoda! Cała trójka bowiem uznała przygody Gutka za godne śledzenia. Każde z dzieci odnalazło dla siebie coś godnego uwagi i tak:

1. Guciutek przede wszystkim ekstatycznie reagował na fakt, że książka jest o Gutku. Nie wiem co tam w jego głowie się układało na wieść o tym, że chłopczyk z książki ma na imię tak jak on, ale to, że tak było, plus książkowego Gutka otaczały  śmieszne potworki wystarczało, żeby w miarę spokojnie słuchał, jak mama czytała. Co jest nowością, bo do niedawna po prostu krzyczał, zabierał książkę albo przynosił swoje, ewentualnie sam chciał czytać. No nie dało się czytać starszakom gdy mały był na chodzie. Czyżby Gutek i Potwory to zmieniły? :)

2. Lila od początku wykazywała największe zainteresowanie fabułą książki i kontynuacją jej czytania (Felka zafascynowała dopiero od połowy), przeżywała perypetie i domagała się dalej, dalej, dalej. 

3. Felitek dość przytomnie zauważył na początku, że nie wiadomo o co chodzi. Faktycznie, częste wtręty dotyczące światowej literatury w połączeniu z komiksową formułą sporej części książki czyniły zrozumienie wątku dość utrudnionym zanim stał się on oczywisty.Podobały mu się jednak obrazki oraz, gdy już stała się ona jasna, historia. Oto władze szykują przerobienie parku miejskiego na centrum handlowe. A fe! Wolnościowa dusza Felka doznała oburzenia i przekonania do dalszego czytania. Wiadomo było, że park uratują, ale jakim sposobem? Trzeba było się przekonać!

4. Matka filolożka, czyli ja, miłośniczka książek i czytania dzieciom, czuła się delikatnie przytłoczona nawałem dialogów w formie komiksowej i licznych odniesień do innych książek gdy najmłodsza część słuchaczy skakała jej po brzuchu podczas prób czytania. Jednak uważam, że mieszanka prezentowała się bardzo egzotycznie i interesująco. Ogromny plus za szatę graficzną i rysunki, bo naprawdę przykuwały uwagę młodzieży. No i sama fabuła też godna oklasków, bo ogólnie lubimy wszystko, co pokazuje wartość przyrody, pracy zespołowej, walki z biurokracją i antykonsumpcjonizm nawet jeśli czynione to jest z pomocą pluszowych potworków :)

Dla nas bardzo ciekawe są wszelkie książki gdzie dość intensywnie poruszany jest temat SZKOŁY, prac domowych, nauczycieli itd. Z reguły w książkach dla dzieci dzieci szkoły nie lubią. Jakakolwiek fabuła by nie była, wątek nielubienia szkoły jest żywy i bogaty. My go lubimy bo utwierdza nas w przekonaniu o słuszności tego, jak wygląda nasze życie. Ponadto inspiruje do rodzinnych międzypokoleniowych rozmów o tym, jak było kiedyś… Dzieci lubią pytać czy ja lubiłam kiedyś szkołę oraz słuchać o rozmaitych aspektach tego zagadnienia. Ja lubię opowiadać…

I na tym zakończę rozważania na temat książki ,,Gutek i potwory. Ratujmy park!” gdyż nie chcę za bardzo wybiegać w nasze osobiste doświadczenia związane ze szkołą, jej brakiem i takimi tam :) Może na zachętę do czytania napiszę tylko, że nie możemy doczekać się lektury kolejnej pozycji z prezentowej paczki!

PS. Właśnie przylazł Gustaw i widząc grafikę okładki z Gutkiem na ekranie, krzyknął radośnie: ,,Pats!! Gutek! Lubię tego Gutka!” więc niech to stanie się podsumowaniem tego tesktu :)