Archiwa kategorii: I my- rodzice…

Wbrew pozorom, nie zapominamy o sobie. Czasami jest ciężko, ale skoro co jakiś czas robię test ciążowy, to znaczy, że chyba w naszym związku jest dobrze?:) No to powiem- jest wspaniale. Jesteśmy małżeństwem, rodzicami smyka a dodatkowo dla siebie- najlepszymi przyjaciółmi.

Ukrywaczka

Poranek to czas między obudzeniem się Gucia a jego pójściem na drzemkę, co czasami przecięga się do późnego popołudnia, chociaż z reguły oznacza okolice godziny 12. Jeśli jestem w takie dni z dziećmi a bez męża i do tego momentu nie wyjdziemy z domu, czeka nas katastrofa. To właśnie nastąpiło dzisiaj.

Czuję się w takie dni, że zbyt wiele daję i nie dostaję w zamian nic. Dzieci wydają się niewdzięczne, roszczeniowe, egoistyczne. Chciałabym żeby starszaki chciały pomóc, zainteresowały się moim samopoczuciem, a one w chwilach, gdy ja jestem gdzieś między dwunastą próbą zjedzenia śniadania a wytarciem kupy z podłogi przychodzą z miną pt. ,,Jestem bardzo nieszczęśliwy i to ty mi to zrobiłaś” i oznajmiają, że sie nudzą. Proponuję wycieczkę do lasu. ,,Wszystko mi jedno”- słyszę i widzę ciało któregoś z dzieci pokładające się w geście beznadziei na kanapie. ,,Jak ci wszystko jedno to nie jedziemy!”- kwituję. No zrób mi tę przyjemność i powiedz, że fajnie byłoby pojechać do lasu, popatrzeć na drzewa, polatać, będzie super, z mamą! Ale nigdy ta przyjemność mnie nie spotyka.

Potem jest seria pretensji o to, że Gucio przewraca im klocki. Lalki, lego i inne bardzo ważne zabawki a oczywiście wina leży po mojej stronie, bo w końcu kto go urodził? Tego nie mówią, ale gdy słyszę po raz setny ,,Mamo, weź go!!” wykrzyczane z potężną niechęcią, mam wrażenie, że prowadzi tam bardzo krótka droga.

Matka jako źródło wszelkiego zła. Co z tego, że po nocy gotowała zupę, jak nie ma bułek. Co z tego, że nie muszą chodzić do szkoły, skoro kazała im schować własne majtki do szuflady. Nie oczekuję jakiejś wielkiej wdzięczności… Ale odrobiny empatii. A tej jak na lekarstwo, gdziekolwiek się nie odwrócę…

Raczej pełnię rolę wysłuchiwaczki cudzch problemów i ukrywaczki swoich.

Bo przecież ja nie mam problemów. Chciałam trzecie dziecko, zaszłam w ciążę i mam. Poród miałam wymarzony. Ciągle gdzieś jeździmy. Tworzymy z mężem partnerski związek i umiemy się tym cieszyć. Wszyscy zdrowi. Robię to, co kocham i jeszcze mi czasami za to płacą. 

Nie słyszałam jeszcze żeby ktoś się zapytał, czy za to wszystko płacę jakąś cenę… A owszem, płacę. Wciąż uważam, że mi się to opłaca, ale wierzcie mi, nie ma NIC za darmo. A napewno nic z listy powyżej.

 

 

Z Felkiem wieczorem

Zdarza się, że Felek ma ochotę nadrobić nasze nadszarpnięte codziennym chaosem relacje i gdy młodsze dzieci już śpią, on siedzi ze mną i spędzamy czas np. na sprawdzaniu jak jest dupa po chińsku. Oczywiście wolałabym wtedy robić co innego, np. piec ciasto, czytać gazetę albo zapisywać się na jakiś ciekawy kurs, ale nie przyszłoby mi do głowy wyszarpywać zdobytych takich trudem resztek mamy jakkie udało mu się upolować dzięki cierpliwości i determinacji.

Rzeczywiście, w natłoku spraw, z jakimi mierzymy się każdego dnia nawet nie udaję, że pamiętam, że on jest wciąż chłopcem, dzieckiem które potrzebuje tulenia żeby żyć. Bobas dostaje co jego bez większych problemów, Lila sama sobie bierze, wskakując na mnie kiedy ma ochotę i nie złażąc nawet gdy wprost ją przepędzam, bo np. chcę w spokoju dać bobasowi opróżnić mleczarnię. Felek jest z tyłu. Niby jest, a jakby go nie było, oczywiście rozmawiamy i robimy różne rzeczy razem, ale tego bezpośredniego kontaktu jest jak na lekarstwo. Smutne to.

To niebywałe, bo gdy był malutki i zaszłam w ciążę z Lilą, największym moim dylematem było to, czy ja w ogóle będę umiała chociaż w połowie pokochać to nowe ludzkie stworzenie tak, jak pierworodnego synka. I faktycznie nie było łatwo……….. To cień na mojej macierzyńskiej historii. Rozdział, który wciąż boli i potrzebuje wyleczenia. Tak jak to, że krótko karmiłam Felka piersią i do dzisiaj tego nie rozumiem. Ostatnio czytałam o ,,breastfeeding grief” i to jest zupełnie to, co czasami dochodzi do głosu w moim wnętrzu. Chociażby właśnie dzisiaj, kiedy Felek leżał z głową na moich kolanach i przyjrzałam się jego niewymownie pięknej twarzy. Ogromne oczy miał zamknięte, przypomniałam sobie, jak to było dawno temu, gdy nikt nie potrafił przejść obok niego obojętnie, tak zwracał uwagę swoją urodą, zamyśloną, wiecznie zatroskaną o losy własne i świata buzią i oczami w których można się było zapaść. Zapomniałam, że on taki. Bo obecnie jest trochę niezdarnym, wchodzącym w nastolatkostwo młodzieńcem, niemal mojego wzrostu i ważącym prawie 40 kilo. Nadal ma serce, którego trochę się boję, bo nie wiem, czy ja takie mam, a niestety pewnie nie.

Chciałabym kiedyś poczuć jak to jest być matką, która nie ma żadnych, najmniejszych nawet wyrzutów sumienia.

 

Śpiewająca krawcowa strzelająca z łuku

Jak słyszę, że dzisiejsza młodzież niczym się nie interesuje, a dzieci widzą jedynie ekrany swoich tabletów, zastanawiam się, gdzie jest ta grupa kontrolna. Nie nadążam za moimi dziećmi, szczególnie za Lilą, w pogoni za przelicznymi zainteresowaniami. Zarywam noce szukając kursów szycia, strzelania z łuku, lepienia z gliny. Wieczorami zamiast oddychać spokojem, oglądam z nią programy o Puszczy Białowiejskiej i pokazy mody. Najlepiej na zmianę, wszystkiego naraz się nie da, ale dość często czytając jej książkę, robimy przerwę, bo trzeba KONIECZNIE TERAZ sprawdzić, jak coś jest po angielsku albo wyszukać przepis na obiad, który ona chce robić…

Oczywiście, chociaż tracę wątek dość często, uważam, że jest to piękne i fascynujące.

Obecnie z tego, co dzisiaj chciała robić wymienię kilka pozycji, takich, które udało mi się zapamiętać:

-pisanie piosenek (cały ranek nuciła swoje wymyślone utwory)

przerabianie garderoby na MODNĄ (cały salon w jej ciuchach, mnóstwo fatałaszków poszło na cele charytatywne, bo są niemodne; musiałam pół godziny oglądać pokaz na youtubie i podzielać histerię zachwytu frędzlami i pastelami oraz przezroczystymi butami).

- oswajanie motyli (póki co w teorii)

strzelanie z łuku (już jestem na etapie pisania maili do klubów, zobaczymy co z tego wyjdzie)

Poza tym byliśmy w muzeum, gdzie są m. in. wypchane zwierzęta więc zaliczyłam przymusową lekcję o wymarłych gatunkach (lekcję sama musiałam oczywiście poprowadzić sięgając do najgłębszych czeluści mózgu w celu zaczerpnięcia stosownej wiedzy godnej podzielenia się) typu dodo, rozmiarach świeżo wyklutych strusi, szkieletach noworodków, maskonurach oraz odbytnicy morsa.

Wszystko oczywiście z bobasem latającym na wszystkie strony, bo bobas nauczył się czynić żwawy użytek z nóg zamieniając edukację domową w jeszcze mniej domową i jeszcze mniej statyczną :)

Felek ma litość. Owszem, zadaje rzeczowe pytania i właśnie wczoraj pochwalił się, że umie czytać chociaż nikt go specjalnie ostatnio nie uczył (JAK?!), wykazał też spokojne zainteresowanie życiem żurawii i bobrów ale wszystko to mieści się w granicach mojej introwertycznej wytrzymałości. Do Lili mam ochotę krzyknąć : GIMME A BREAK!, chociaż i mam i nie mam, bo kocham to, jak ona podchodzi do życia, chce czerpać z niego pełnymi garściami.

I gdy czasami, tylko czasami zastanawiam się nad swoimi mocami przerobowymi, czy my zapewnimy jej warunki do rozwoju w jej niesamowitym tempie, od razu dzwoni mi w głowie, że… trudno powiedzieć, ale jedno jest pewne. Nie ma na świecie takiej szkoły która by to potrafiła. Żadna placówka nie nadąży za takim dzieckiem. I wszelkie wątpliwości się rozwiewają :)