Archiwa kategorii: I my- rodzice…

Wbrew pozorom, nie zapominamy o sobie. Czasami jest ciężko, ale skoro co jakiś czas robię test ciążowy, to znaczy, że chyba w naszym związku jest dobrze?:) No to powiem- jest wspaniale. Jesteśmy małżeństwem, rodzicami smyka a dodatkowo dla siebie- najlepszymi przyjaciółmi.

Terytorium

Nasi znajomi przeprowadzili się właśnie do nowego mieszkania na osiedle, gdzie dzieci latają bez nadzoru i bawią się całymi dniami. Byliśmy ich dzisiaj odwiedzić. Mama z synkiem w wieku Felka, dzieciaki mają swoje ups and downs ale generalnie znają się od ponad 2 lat i spędzili mnóstwo czasu razem. Dzisiaj chłopaki, za moją zachętą postanowili wyjść przed blok… Ta druga mama nie była pomysłem zachwycona, ostrzegała nas, że sąsiedztwo mają problematyczne, dzieciaki są agresywne, zaczepialskie, ale gdzież bym posłuchała?! Przecież w każdym dziecku jest dobro, a nie? :)

Oczywiście już po minucie do naszych ,,maleństw” dochrzaniła się grupka starszych chłopaków i zaczęła ich na różne sposoby informować, że generalnie teren należy do nich. Patrząc na to przez okno, doświadczałam szeregu uczuć a moja znajoma zaczęła szybciej oddychać i nerwowo biegać z pomieszczenia do pomieszczenia żeby mieć sytuację pod kontrolą z różnych okien. Jak tylko znikali nam z oczu, panika obezwładniała moją zdolność logicznego myślenia. Marcin nas uspokajał, że jak zajdzie coś poważniejszego, to huknie przez okno i będzie OK. Nie miałam przekonania…

Za każdym razem jednak gdy z powrotem trafiali nam w zasięg wzroku, okazywało się, że radzą sobie świetnie. Nie tracili pewności siebie, kolega Felka odpowiadał słownie pięknym za nadobne, a Felek wprost mówił, że jeśli dojdzie do walki to będą się bronić, bez cienia niepewności, czy w ogóle mają jakieś szanse z większą grupą starszych bojowo nastawionych obcych chłopaków!! Według mnie nie mieli… Marcinek powtarzał: ,,weź daj ty mu szansę…”, no to dałam. Chowałam się, żeby nie widział, że patrzę w okno na granicy zawału!

Jak im się znudziły słowne potyczki, wrócili do domu i na nasze pytanie, jak było, odparli zgodnie, że SUPER!!!!!! 

Nasza znajoma śmiała się nerwowo a ja nawet teraz czuję szybsze bicie serca, wystarczy że wspomnę wyprostowaną postawę Felcia i jego zrelaksowany wyraz twarzy. Bez zbędnych ceregieli chłopcy zaczęli sobie grać w gierkę jakby nigdy nic… 

Przeżywałam całe zajście przez kilka kolejnych godzin. Marcin rozmawiał z Felkiem 30 sekund. Przytoczył mi potem tę rozmowę. Brzmiała ona podobno mniej więcej:

- Dalibyście Felek radę, co?

- A co, widziałeś nas przez okno?

- Tak.

- No pewnie że byśmy dali.

I przybili sobie piątkę bez dalszego roztrząsanie (jakie to męskie). Ja potem do Marcinka:

- Żartujesz? Przecież oni nie mieliby szans.

A Marcinek:

- Wolisz, żeby on myślał, że by miał, czy że by nie miał?

No kurde, jednak wolałabym żeby myślał, że da sobie radę. Cokolwiek by się nie działo.

 

Homework

Po dłuższej przerwie naszła mnie dzisiaj ochota żeby coś napisać. Właściwie ochotę to miewam dość często, gorzej z siłą i czasem. A działo się u nas, nie powiem… Zdążyliśmy być na niezapomnianych,dzikich, wiejskich, kozio- kurzych wakacjach w Bułgarii, odwiedziliśmy wiele zupełnie nowych miejsc w Londynie, ja posunęłam się do przodu na ścieżce ku certyfikatowi Fertility Douli (Bosz, jakie to fascynujące!!!!). Przyszło lato. Guciutek zaczyna się rozgadywać i przy okazji rozbisurmaniać jeszcze bardziej.

Zapisałam dzieci na lekcje, prawdziwe szkolne lekcje u jednej pani (sama ma dziecko na homeschoolingu, ale trochę innym niż ten nasz; jest nauczycielką i jej córeczka po prostu realizuje program szkolny w domu). Felek twierdzi że nie będzie chodził, ale jeszcze zobaczymy, zmuszać go nie będę, ale może uda mi się go przekonać, żeby poszedł raz na próbę… Lila bardzo chce. Dwie godzinki w tygodniu, nie przeuczą się :) Kobieta sprawia wrażenie konkretnej i bez szczególnej fantazji, napawa mnie to dziwnym optymizmem. Już kiedyś chodzili oboje na lekcje w podobnym klimacie i dużo skorzystali, podobało im się i łyknęli trochę readingów i writingów, nikt nie umarł. Tylko potem zrobiła się wiosna a jeszcze potem w Guciutkowo- doulowym ferworze nic się nie dało zaplanować. Ale edukacyjne szanse dla naszych dzieci wracają! Bo oto pani wysłała dla Felka i Lili HOMEWORK do zrobienia zanim zaczną chodzić do niej na zajęcia, żeby mieć ogólne pojęcie na jakim oni są etapie…  Trochę mi zajęło zachęcenie ich do zajrzenia w wydrukowane papiery i przekonanie samej siebie, że to ma przyszłość… Na wszelki wypadek napisałam (zanim w ogóle to wydrukowaliśmy) do pani, że nie wiem, czy oni to zrobią… Ona szczerze odpowiedziała, że nie chce wyjść na ignorantkę, ale nie miała nigdy do czynienia z dziećmi na unschoolingu, niemniej zrobi co w jej mocy, żeby dobrze się u niej czuły. Odsapnęłam :) To, do czego zmierzam to fakt, że Lila prawie półtorej godziny odrabiała dzisiaj matematykę. Polecenia były po angielsku, więc oczywiście byłam przy niej i tłumaczyłam wiele rzeczy na polski, ale w jej oczach zobaczyłam iskrę pasji, światło skupionego dziecięcego geniuszu przy pracy i zachwyciło mnie to. Zachwyciła mnie Lila dzieląca dwadzieścia na pięć w pamięci i na paluszkach, bo nigdy wcześniej tego nie robiła, więc wymyśliła sobie jakiś swój własny (skuteczny) sposób na dzielenie i mnożenie… Odkrywczość, radość z każdego małego sukcesu, pęd żeby robić dalej. Skończyła po 22! MOŻE, bo nikt jej rano nie będzie budził, wstanie kiedy zechce, może przed 11 jak kilka dni temu, żeby posnuć się do bez celu w piżamie do południa a potem może pojechać na bagna po roślinki do oczka wodnego, które chce urządzić. Jak jej się przypomni, weźmie się za matematykę. I będzie w niej świetna. Gdy powiedziałam jej, jak działa tabliczka mnożenia, po co to jest i co można dzięki niej liczyć, nie mogła uwierzyć, że będzie umiała robić takie przydatne rzeczy. Ku jej ekstazie zamówiłam jej zalaminowaną kartę z tabliczką mnożenia. Już zaplanowała, że będzie z nią spać.

Felek póki co w opozycji, ale nie mam z tym problemu. Cały czas się koło nas kręcił, ,,podpowiadał” Lili z angielskiego, zapewniał średnio co 5 minut bardzo solennie, że on się na to marnotrawstwo czasu nie pisze i ogólnie widać było, że nie do końca mu w smak było to, że młodsza siostra tak świetnie sobie radzi. Sam zrobił dzisiejszego dnia wczesnym popołudniem kilka zadań (szybko i poprawnie) i śmiertelnie go zanudziły więc doceniam że zaczął, aczkolwiek presji wywierać nie będę.

Kocham te chwile, gdy jestem naocznym świadkiem z tak bliska tego, jak rozwija się intelekt, kombinowanie, zamiłowanie do wyzwań. Że to wszystko tak samo się dzieje. Być, zapewnić, nie szkodzić- chyba nie ma trafniejszego trio moich macierzyńskich haseł.

 

 

Ukrywaczka

Poranek to czas między obudzeniem się Gucia a jego pójściem na drzemkę, co czasami przecięga się do późnego popołudnia, chociaż z reguły oznacza okolice godziny 12. Jeśli jestem w takie dni z dziećmi a bez męża i do tego momentu nie wyjdziemy z domu, czeka nas katastrofa. To właśnie nastąpiło dzisiaj.

Czuję się w takie dni, że zbyt wiele daję i nie dostaję w zamian nic. Dzieci wydają się niewdzięczne, roszczeniowe, egoistyczne. Chciałabym żeby starszaki chciały pomóc, zainteresowały się moim samopoczuciem, a one w chwilach, gdy ja jestem gdzieś między dwunastą próbą zjedzenia śniadania a wytarciem kupy z podłogi przychodzą z miną pt. ,,Jestem bardzo nieszczęśliwy i to ty mi to zrobiłaś” i oznajmiają, że sie nudzą. Proponuję wycieczkę do lasu. ,,Wszystko mi jedno”- słyszę i widzę ciało któregoś z dzieci pokładające się w geście beznadziei na kanapie. ,,Jak ci wszystko jedno to nie jedziemy!”- kwituję. No zrób mi tę przyjemność i powiedz, że fajnie byłoby pojechać do lasu, popatrzeć na drzewa, polatać, będzie super, z mamą! Ale nigdy ta przyjemność mnie nie spotyka.

Potem jest seria pretensji o to, że Gucio przewraca im klocki. Lalki, lego i inne bardzo ważne zabawki a oczywiście wina leży po mojej stronie, bo w końcu kto go urodził? Tego nie mówią, ale gdy słyszę po raz setny ,,Mamo, weź go!!” wykrzyczane z potężną niechęcią, mam wrażenie, że prowadzi tam bardzo krótka droga.

Matka jako źródło wszelkiego zła. Co z tego, że po nocy gotowała zupę, jak nie ma bułek. Co z tego, że nie muszą chodzić do szkoły, skoro kazała im schować własne majtki do szuflady. Nie oczekuję jakiejś wielkiej wdzięczności… Ale odrobiny empatii. A tej jak na lekarstwo, gdziekolwiek się nie odwrócę…

Raczej pełnię rolę wysłuchiwaczki cudzch problemów i ukrywaczki swoich.

Bo przecież ja nie mam problemów. Chciałam trzecie dziecko, zaszłam w ciążę i mam. Poród miałam wymarzony. Ciągle gdzieś jeździmy. Tworzymy z mężem partnerski związek i umiemy się tym cieszyć. Wszyscy zdrowi. Robię to, co kocham i jeszcze mi czasami za to płacą. 

Nie słyszałam jeszcze żeby ktoś się zapytał, czy za to wszystko płacę jakąś cenę… A owszem, płacę. Wciąż uważam, że mi się to opłaca, ale wierzcie mi, nie ma NIC za darmo. A napewno nic z listy powyżej.