Archiwa kategorii: I my- rodzice…

Wbrew pozorom, nie zapominamy o sobie. Czasami jest ciężko, ale skoro co jakiś czas robię test ciążowy, to znaczy, że chyba w naszym związku jest dobrze?:) No to powiem- jest wspaniale. Jesteśmy małżeństwem, rodzicami smyka a dodatkowo dla siebie- najlepszymi przyjaciółmi.

Mentorka Maria Block do usług :)

Piszę bo pragnę się pochwalić czymś, co jest dla mnie niesłychanie ważne!

Od dzisiaj oficjalnie jestem Mentorką dla organizacji Doula UK co oznacza, że będę wspierać świeżoupieczone doule na drodze osiągania zawodowego doświadczenia. Mentorka towarzyszy swoim podopiecznym przez pierwsze cztery porody. Ja też taką mentorkę miałam gdyż jest to warunek konieczny do przystąpienia i pozostania w szeregach Doula UK.

Pamiętam jedno z pierwszych doulowych meetingów (kiedyś chodziłam na wszystkie o których wiedziałam…), gdzie przedstawiono nową mentorkę. Bardzo różniła się od wszystkich z jakimi miałam wcześniej do czynienia. Przede wszystkim była od nich młodsza (wyglądała na maks. 37 lat) a jej karnacja zdradzała pochodzenie inne niż rdzennie brytyjskie. Patrząc na nią czułam mieszankę podziwu i zazdrości; pamiętam też myśl, że mnie to może i czeka za 20 lat. Wtedy to ho ho, byłam przeszczęśliwa jak mnie ktoś wziął na poród za darmo :)

Tak, jak kiedyś planowałam orientować się w swojej doulowej pracy na Polki (nadal stanowią one ponad połowę moich klientek z czego niezmiernie się cieszę!) tak teraz mam nadzieję mentorować głównie polskim doulom. Dziewczyny, róbcie kursy… I wspierajmy się nawzajem. Jesteście potrzebne! Będziecie miały klientki!!!! Wierzcie w siebie i w misję jaką mamy… Doula to najpotrzebniejszy zawód świata. Ktoś ostatnio powiedział, że to doule przyczynią się do pokoju na świecie i mój Boże, jak ja w to wierzę. Dla zachęty dodam, że nie musicie być w Londynie, bo mentoringiem można obejmować także na odległość, ,,spotykając się” przez telefon albo skypa.

No więc… Do usłyszenia kochane!

 

Kamień milowy

Miałam niesłychanie ciężki miesiąc. Nie wiem jak to wytrzymałam, ale różne punkty mojego macierzyńskiego życiorysu nauczyły mnie zaciskać zęby i przeczekiwać. Po prostu. Marcina nie było, snułam się po znajomych żeby w każdej chwili móc komuś zostawić Guciutka, także w nocy, jeśli musiałam jechać do porodu. Potem ludzie spali u mnie. Od prawie 2 tygodni nie miałam dosłownie pięciu minut dla siebie, chyba że liczyć podróż do pracy autobusem/ pociągiem. Musiałam zostawiać płaczącego Guciutka. On nauczył się jęczeć ,,Mamo, nie jedź do kijentki!”, ja dowiedziałam się że potrafię nie ulegać jego jęczeniu. Uważam, że jest najcudowniejszym, najstabilniejszym dzieckiem jakie znam. Że to przyjemność być jego mamą.

Jutro on kończy dwa latka. Nadal nie potrafię wyjść mentalnie z magii jaką były jego narodziny. Dwa lata a jakby minęły wieki, a jakby trzy dni. Od dawna komunikuje się pełnymi pięknymi zdaniami, pieluszki wieki temu spakowane do torby i nieużywane, aż mi szkoda czasami i tęsknię za nimi. Czy można tęsknić za wielorazowymi pieluszkami? Hmm. A jednak! Zarówno w nocy jak i w dzień Guciutek zdaje się być już stuprocentowo bezpieczny, w domu sam korzysta z nocniczka, w nocy budzi się i mówi, że chce siku, poza domem też się nie zapomina, co to za ulga, nie musieć pamiętać, nie musieć nosić torby nazywanej od dwóch lat ,,pieluchówką”, po prostu mam troje dzieci i ani jednej dzidzi. Czas to zaakceptować!

Marcin powiedział, że nie chce więcej dzieci, ale gdy zapytałam go, co mam zrobić z pieluszkami, powiedział, że mam je trzymać :) No to chyba potrzymam. No sorry, że tak jęczę o tych pieluchach, mam jakiś specjalny emocjonalny stosunek do nich!

Jestem szczęśliwym człowiekiem. Czasami jakieś drobne rzeczy na chwilę wyprowadzają mnie z równowagi, kłótliwy sąsiad albo przestój w porodach, niemniej we wszystkim już nie staram się widzieć, a widzę dobre strony, które skwapliwie pokazuję dzieciom. Czasami patrzę na Guciutka i myślę sobie, że takie szczęście zdaje się być wręcz nierealne, że napewno przyjdzie mi jakoś zapłacić za to co mnie spotyka, że to jest jak jakiś sen z którego kiedyś trzeba będzie się kiedyś obudzić i myśli te napawają mnie panicznym strachem, że coś mu się stanie, że ktoś go zabierze. Że urośnie szybciej niż mi się wydaje… I wtedy tym bardziej intencjonalnie chcę się cieszyć, bo owszem, nigdy nic nie wiadomo, każą doceniać to, co się ma, więc obsesyjnie doceniam.

Jest radością, radością, radością.

Piękni ludzie, piękny świat

Tytuł tego wpisu nawiązuje do jednej z moich ulubionych piosenek z młodości. EastWest Rockers. To były czasy. Człowiek myślał, że całe życie będzie tylko jeździł z imprezy na imprezę i podróżował pracując od czasu do czasu żeby zarobić na to pieniądze. No, nie wiem, czy człowiek, ale ja tak myślałam :)

I potem coś się stało. Urodził się synek, potem córeczka a świat wydał się nieprzyjaznym miejscem. Nie dlatego, że dzieci przedstawiały sobą jakieś nadzwyczajne problemy, lecz dlatego, że społeczeństwo jakie znamy, to w swoim najbardziej podstawowym mainstreamowym wydaniu nie daje żadnego wsparcia młodym rodzicom (moje dzieci właśnie kwiczą ze śmiechu słuchając audiobooka ,,Dzieci z Bullerbyn” chociaż zaraz wybije północ a ja dopiero co wypełniłam aplikację do zamieszkania w komunie w Kornwalii. Never give up!). Ale rozważania na ten temat, wierzcie mi, obfite, mam już za sobą. Chcę mieć więcej dzieci i w dupie mam co społeczeństwo uważa na ten temat. Bo swoim życiem i dobrostanem mojej rodziny zamierzam kierować w taki sposób aby mi łaska i politowanie społeczeństwa nie były do niczego potrzebne.

Nie tego społeczeństwa na którym chciałam polegać, ale się zawiodłam kilka lat temu.

Niebawem jedziemy do Walii w gościnę do kolejnych poznanych na FB unschoolersów. Troje dzieci, domek na zadupiu, autobus przerobiony na chatę dla gości, rodzice zaangażowani w ruchy alternatywne. Jak nam się spodoba, to wynajmiemy coś w ich okolicy. W czasie jak będziemy tam na miniwakacjach, w ,,naszym” mieszkaniu będzie rodzinka z Francji, mama podróżuje z dziećmi edukowanymi w domu, nie mają kasy a chcą zwiedzić Londyn. Nie znam ich i pewnie nie poznam. Ale pozwalam im spać w swoim łóżku za darmo.

Tego samego miesiąca prawodopodobnie pojedziemy też do wyżej wspomnianej komuny w Kornwalii. Popatrzeć, pogadać, spędzić z tymi ludźmi trochę czasu. Boże święty a kiedy żyć, jak nie teraz, dzieci coraz starsze i jak mamy ich nauczyć ufności i miłości do ludzi jak nie dając się temu porwać w całości, bez reszty i setek ,,ale”.

Wydaje mi się, że świat potrzebuje radykalnych zmian aby jakiś czas jeszcze funkcjonować i że te zmiany muszą nastąpić w naszych głowach i sercach, no nie ma innej opcji. A, jeszcze na Majorkę lecimy. Też do unschoolersów w gościnę. Postanowiliśmy bowiem trzymać ze swoimi. Stworzyć swoje ,,społeczeństwo” które głównie opiera się na wzajemnej trosce, szacunku, podziwie, radości i poczuciu wspólnoty. Tym niesamowitym uczuciu, że jest się częścią czegoś dobrego.