Archiwa kategorii: I my- rodzice…

Wbrew pozorom, nie zapominamy o sobie. Czasami jest ciężko, ale skoro co jakiś czas robię test ciążowy, to znaczy, że chyba w naszym związku jest dobrze?:) No to powiem- jest wspaniale. Jesteśmy małżeństwem, rodzicami smyka a dodatkowo dla siebie- najlepszymi przyjaciółmi.

Do celu!

Założyłam na oczy klapki i pódę do celu nie rozglądając się na boki żeby mnie nic nie rozproszyło!

Po okresie ponad 10 lat, od kiedy to jestem mamą Felka a następnie Lilianki i Gutka, chociaż popełniłam mnóstwo błędów i kilka zagadnień wciąż pozostaje dla mnie frustrującą tajemnicą, wyciągnęłam kilka wniosków i na ich podstawie podejmuję dalsze decycje. Wiem, że nie ma uniwersalnego przepisu na bycie szczęśliwym rodzicem posiadającym szczęśliwe dzieci, ale definitywnie kilka zasad u nas działa.

1. Dzieci czują się lepiej gdy spędzają czas na dworze, najlepiej na ‚open space’, gdzie nie ma permanentego zagrożenia w postaci przejeżdżających samochodów.

2. Im więcej technologii, tym więcej frustracji i walk. Niestety! Screeny u nas nie przynoszą wielu plusów. Powodują za to mnóstwo spięć.

3. Presja w postaci zakazów, nakazów i szantażu nie daje nic poza stresem i eskalacją napięć. Podobnie z byciem gdziekolwiek ,,na czas”. No poprostu u nas to nie działa! Nie ma u nas czegoś takiego jak pozytywna motywacja, dyscyplina itd. Jakiekolwiek ,,trzeba” skutkuje pogorszeniem nastrojów w całej rodzinie. Oczywiście czasami nie ma wyjścia, gdy np. spieszymy się na lotnisko. Dlatego z reguły wolimy nawet zapłacić więcej i podróżować w ludzkich godzinach! 

4. Natura relaksuje, zwierzaki relaksują, ruch na świeżym powietrzu relaksuje. To są nasze top tips!

5. Inne dzieci to klucz do sukcesu w postaci zadowolenia i dobrego samopoczucia. Punkt 4 w połączeniu z punktem 5 to właściwie prosta recepta na uśmiechy na twarzy :)

6. Stres równa się obniżenie odporności. Relaks równa się podwyższenie odporności. Wiem, że dzieci chorują gdy coś nie gra w ich życiu duchowo emocjonalnym i kwitną gdy w ich życiu jest, jak ja to mówię, miękko :)

Mając na względzie powyższe spostrzeżenia zaopatrujemy się obecnie w rowery i zabukowałam dzisiaj szczeniaczka (do odebrania w październiku w Andaluzji), którego Felek już nazwał PEEP SHTOCK. Lila kłócąc się z Felkiem rozbiła tablet i po krótkim płaczu poszli bawić się na podwórku wesoło i miło tak jak już dawno się nie bawili! Przestudiowaliśmy atrakcje turystyczne w naszej nowej okolicy i hitem będą jaskinie, plaże i wąwozy. Już sprawdzamy gdzie wolno wchodzić z psami :)

 

Coraz bliżej…

Jutro ma zostać dostarczony nasz bell tent. Dotarły już śpiwory w których można spać nawet w silne mrozy… Nie wiem po co one nam w sumie. Baliśmy się, że zmarzniemy :) I teraz nie zmarzniemy. Temperatura na obszarze gdzie zamieszkamy w zasadzie nigdy nie spada poniżej zera.

Ludzie masowo nas wspierają i to jest wspaniałe. Obcy dorzucają grosiki małe i większe do naszej zbiórki. Przyjaciele interesują się, czego nam potrzeba. Deklarują plany odwiedzin. Wszystko idzie gładko. To nasz ostatni miesiąc w Londynie. Czuję ogromną ekscytację. Trochę jak przed porodem. Czuję mocno, że wiem, co robię i że to jest dobre. Jednocześnie do głosu dochodzą także obawy przed czymś nowym, nieznanym.

Dużo ostatnio czytam o potrzebie kontaktu człowieka z naturą i cieszę się, że to akurat będzie ogarnięte na bank. Nie da się chyba być bliżej niż mieszkając okrągły rok w namiocie. Być blisko nieba, ziemi, pogody i życia. Słyszeć, czuć, widzieć. Zawsze mnie mierziło, że dwulatek zna żyrafę i lwa a nie ma pojęcia, co mieszka pod kamieniem w parku. Że ekolodzy grzmią (jak najbardziej słusznie) o wymieraniu ekosystemów na innym kontynencie a tymczasem dzieci z ulicy obok nie mają dostępu do trawy bo ostatnie jej źdźbło umarło pod łopatą buldożera zrównującego teren pod kolejny sklep.

Cholercia, chcę słyszeć własne dzieci idąc z nimi na spacer. Póki co nie słyszę, bo obok jest ulica.

Ostatnio odzywają się głosy broniące dostępu dzieciaków do gierek na telefonie i innych. Że nie powinno się im tego limitować, bo to właściwie jedyna ich okazja do wykazania się, eksplorowania, tworzenia. Unchoolersi przyklaskują… Ja się z tym zgadzam. Ale nie ma we mnie zgody na to, żeby tak zostało. Jeśli dorastający chłopiec znajduje rzeczywistość wirtualną bardziej interesującą i atrakcyjną niż świat wokół niego, bo w tej pierwszej może przeżywać przygody to coś jest ewidentnie nie tak. Something is wrong. I nie wolno nad tym kiwać głową ze zrozumieniem tylko zakasać rękawy i zrobić wszystko co się da, aby to zmienić. Niech budują, znajdują, szukają, niech są ważni i niech to, co robią, jest ważne. To, dokładnie to chcemy zapewnić dzieciom. Wierzymy głęboko, że jeśli dziecko czuje, że ma wpływ na to, co się wokół niego i z nim dzieje, to nic innego nie potrzebuje aby później stać się stabilnym dorosłym. Żadna szkoła mu wtedy nie będzie potrzebna. Nie pójdzie w drogę z ciężkim bagażem nieokreślonej tęsknoty za czymś jeszcze bardziej nieokreślonym.

Dzieciom trzeba oddać zagrabioną wolność, dostęp do przyrody, decyzyjność. Nie tylko w teorii, nie na Instagramie. O, wzięło liść do ręki, super, jest fotka otagowana jako #naturalchildhood albo #wildkids. Wild kids wracają do domu i zapadają się w czterościanowy, plastikowo- krzemowy bezmiar niczego. Aż do następnego spaceru po parku w weekend, oczywiście pod ścisłą kuratelą dorosłych i po wyznaczonych ścieżkach. Nie mówię, że u nas było aż tak źle. Ale mogłoby być, bo owszem, dochodziło do sytuacji, że ekran wygrywał z zabawą na dworze a na liście najważniejszych problemów był tymczasowy brak internetu albo zawieszanie się tabletu. Może ktoś powie OK…I co z tego…Takie czasy. Niestety nie umiem się z tym zgodzić. Ludzkie ciało, zarówno fizyczne, emocjonalne jak i duchowe nie zmieniło się od początków istnienia człowieka na tym świecie. Mamy identyczne potrzeby co 250 tysięcy lat temu. Dziecko rodzi się w centrum Londynu i nie wie, że nie jest w jaskini w Afryce. Potem mniej lub bardziej boleśnie się o tym przekonuje ale jego paląca potrzeba ruchu, aktywnego uczestniczenia w świecie i bliskości z innymi istotami pozostaje… Niezaspokojona nadal tam jest…Tylko cicho. Ujawnia się najczęściej w postaci chorób, fizycznych i psychicznych. Nie potrafią po prostu przejść obok obecnej wiedzy naukowej która dokładnie to samo mówi i chociaż przedziera się do mainstreamu, wciąż traktowana jest jak biadolenie hipisów.

No więc jedziemy, bo biadolenia mamy serdecznie dosyć.

Osiągnęliśmy już prawie nasz cel na zbiórce i jestem spokojna. Zakupiliśmy już kilka najpotrzebniejszych rzeczy. Zbiórka trwa do jakiegoś tam października i można przekroczyć target. Jeśli ktoś ma ochotę jeszcze nas troszkę wesprzeć, to z całego serca proszę o to tutaj.

Wciąż też poszukujemy osób które chciałyby przyjechać i dotrzymać nam tam towarzystwa. Więc jeśli ktoś nie ma planów na zimę a ma ochotę popatrzeć na swoje dzieci na wolnym bezpiecznym wybiegu, to zapraszam :)

 

 

 

 

 

Drogi i ścieżki

Planowałam napisać długą wzruszającą historię w całości opartą na faktach. Jednakże ponieważ dotyczy ona prawdziwych osób, nie mogę zagłębić się w szczegóły. Poruszyła mnie ona jednak tak bardzo, że muszę się podzielić. Wszystko co tu przeczytacie, zdarzyło się naprawdę.

Był sobie kiedyś mały śliczny chłopiec. Jego mama była samotna, ale co kilka lat znajdowała sobie nowego partnera i po jakimś czasie rodziła kolejne dziecko. Zajmowała się gromadką jak umiała, mimo, że o nią nigdy nikt nie zadbał. Pewnego dnia, pewnie chcąc sprawić dzieciom przyjemność, zgodziła się przyjąć z sąsiedniej wioski szczeniaka. Szczeniak, jak to szczeniak, piszczał i brudził, więc wylądował w ciemnej zimnej piwnicy. Skowyczał dniami i nocami, dzieci płakały i błagały mamę o kontakt z psiakiem. Pod wpływem skarg sąsiadów został przeniesiony za pomieszczenie gospodarskie, gdzie uwiązany na krótkim łańcuchu zestarzał się po cichu, zbrzydł i popadł w psią depresję. Dzieci zachodziły do niego. Czasami ,,brały na spacer”, ale nie umiały uwiązać spowrotem na łańcuchu, więc mama się złościła.

Po kilku latach, gdy psiak był już poważnie schorowany, mama zleciła sąsiadowi zabicie go. Może nakazała jej to jakaś pokrętna logika wiejskiej litości. Ten, chcąc wyświadczyć przysługę, wziął pałę i poszedł zakatować zwierzę. W środku dnia, więc dzieci, już wszak duże, zwabione potwornymi odgłosami, zobaczyły co się dzieje. Pobiegły do matki półprzytomne z przerażenia, krzycząc.

,,Cicho bądźcie, ja mu kazałam”.

Tak się składa, że znałam tego chłopca, nie sądzę, by mnie pamiętał, bo jestem sporo starsza. Przestaliśmy być sąsiadami gdy wciąż był małym dzieckiem. Nie zapadł mi w żaden sposób w pamięci. Ot, jeden z mnóstwa dzieci, których los się dzieje gdzieś tam. Ale przypadkiem u dawnego znajomego z podstawówki zobaczyłam zdjęcie z wesela i chłopiec był tam oznaczony. Zakołatało mi w mózgu imię i nazwisko. Ruszyła lawina pamięci. Kliknęłam ze zwykłej ciekawości.

Nic mnie już dawno nie uderzyło tak mocno, jak moje odkrycie, że chłopiec jest prężnie działającym aktywistą na rzecz ochrony zwierząt, szczególnie psów. Że poświęca swój wolny czas i pieniądze na pomoc potrzebującym stworzeniom. Że porywa innych by robili to samo. Jego posty są pełne wrażliwości i charyzmy.

Któż by to przewidział, przysięgam wam, że nikt.

Dotarło do mnie też chyba nareszcie, że każda rodzina i każdy, absolutnie każdy człowiek, ma swój cel na tym świecie. Nigdy też nie wiemy, gdzie zapłonie iskra, która ogarnie płomieniami czyjeś serce do rzeczy wielkich i ważnych, bo wpływających lecząco na losy innych. Że patrząc na jakiekolwiek dziecko i jego otoczenie, wszystkie okoliczności jego dzieciństwa, wciąż nie mamy prawa wyrokować i oceniać. Zmieniać. Gardzić.

Ta historia, chociaż także pełna bólu i trudna, rozlała się we mnie jak miód i chciałabym, by tam została. Ona odbiera mi także resztki ,,zamartwiania się” o przyszłość moich własnych dzieci. Błogosławmy różnorodność świata.