Archiwa tagu: akcesoria dziecięce

Co zrobić gdy dziecko płacze?

Ten wpis miałam ochotę popełnić już dawno. Chyba jeszcze zanim w moim życiu zaistniał Guciutek. Bo płacz dziecka, bez względu na wiek, to temat który wzbudza ogromne emocje. I zdanie na jego temat jest jednym z silniej dzielących. Tacy już jesteśmy, że łatwo przychodzi nam ocenianie innych. Słyszymy w markecie płacz niemowlaka i w duchu współczujemy mu matki, która nic nie robi, lecz jak gdyby nigdy nic przegląda proszki do prania. Wrzeszczący kilkuatek rozżarza w nas morderze instynkty, bo na pewno rozpuszczony i drze japę o lizaka. Albo tablet. No, w każdym razie wymusza, bo cóż innego mógłby robić? Noworodek- wiadomo- na ch… ciągną tak małe dziecko w miejsca publiczne? Przecież są w nich zarazki, zimno, gorąco i w ogóle kiepsko. A jeszcze Bogu ducha winni ludzie muszą tego słuchać. Biedne maleństwo, biedne otoczenie!

Niestety, niebezpieczny bywa ten ,,bliskościowy dyskurs”, który absolutnie wyklucza stosowanie metody ,,wypłakiwania” dziecka (i dobrze) ale w zamian daje na talerzu pięknie udekorowane poczucie winy. ,,Profesjonaliści” od bliskości z dziećmi w ładnych słowach sugerują, że wszyscy rodzice to pozbawieni empatii krzywdziciele własnego potomstwa. W jaki sposób? Ano, niewinnym stwierdzeniem że dziecko płacze bo sygnalizuje potrzebę. Jest to oczywiście prawda. Ale co ma sobie pomyśleć matka, która od 2 godzin skacze po ścianach żeby jej maleństwo zamilkło? No jedyne co sobie pomyśli, to że jest beznadziejna, bo nie umie odczytać sygnału o potrzebie. Przecież dała jeść, zmieniła pieluszkę, włożyła do chusty! A to dalej ryczy i ryczy. No po prostu dno!

Pół biedy, jeśli taka mama otoczona jest mądrym wsparciem, ale najczęściej tak nie jest. Z reguły słyszy, że dziecko ma albo ,,charakterek”, czyli robi jej na złość, albo to ona partaczy. Na przykład głodzi dziecko. Albo przymraża. Ewentualnie podgotowuje albo torturuje metkami u kaftanika! Tak czy siak, płacz dziecka postrzegany jest jako coś jednoznacznie negatywnego. Przestępstwo dziecka lub matki, czasami obojga rodziców. I ktoś musi ponieść za nie karę. A najłatwiej ukarać osądem. Wyroki sypią się więc jak plastikowe koraliki z rozprutej poduszki- rogala…

Co by się stało, gdyby przyjąć po prostu, że płacz jest sposobem komunikacji małego dziecka ze światem, jest zjawiskiem fizjologicznym i potrzebnym, bo bez niego nikt na malucha nie zwracałby uwagi- umarłoby biedactwo z głodu. Bo nie zapyta uprzejmie: ,,Przepraszam, czy mógłbym dostać trochę mleka?”, nie zagai ,,Ta pogoda dzisiaj! Ciśnienie opadło, czy jak?” i nie zacznie snuć historiii: ,,Nie uwierzycie, ale 3 tygodnie temu znalazłem się w zupełnie dziwacznym miejscu. Wszystko jest suche, jasne i zimne. W dodatku coś dziwnego dzieje się z moim ciałem. Co jakiś czas wylatuje z niego jakaś substancja i to często boli!” I tak dalej, i tak dalej. Nie zrobi tego, Może jedynie płakać. I chociaż wygląda to traumatycznie, nie traktujmy tego jak końca świata. Do jakiegoś momentu wolno zgadywać. Po kilku dniach życia dziecka rodzice z reguły już rozpoznają który płacz jest od głodu, a który od zmęczenia, ale jeśli nie, to też nic takiego. Nie jesteśmy złymi matkami, gdy nie mamy pojęcia czemu dziecko ryczy i nigdy nie dajmy sobie tego wmówić. Powodów może byc trzysta pięć, co gorsza, to co wywołało dramat w poniedziałek, w środę przejdzie już przez maluszka niezauważone. A 4 tygodnie później już nikt nie pamięta że zrobienie kupy albo sikanie mogło powodować czarną rozpacz, za to dźwięk piszczącej gumowej myszki staje się głównym winowajcą… I tak w kółko, aż dziecko zaczyna mówić. Nowy etap i nowe powody do płaczu…

Guciutek wpada w amok płaczu mniej więcej co 7-10 dni. Szczególnie gdy jest zmęczony, przebodźcowany. Nagle zaczyna okropnie krzyczeć. Brzmi to mniej więcej jak połączenie zepsutej piły mechanicznej z rżeniem konia w agonii. Znacie to? No to wiecie, jak system nerwowy dorosłej osoby może na coś takiego reagować. Co wtedy robię? Nic. Właściwie nic szczególnego. Oferuję pierś. Z reguły nie chce. Bujam. Nie pomaga. Noszę. Nic. Kładę spać, daję smoczek. Amok trwa. OK, czyli to coś, na co nie mam żadnego wpływu. Po co mam nim trząść skoro to nie przynosi ulgi? Po co tracić cenną energię. Kładę go koło siebie, smoczek trzymam w pogotowiu, tak jak i gołe cycki zaraz przy jego nosie w razie gdyby zmienił zdanie. Otulam, całuję w czółko. I jestem. Fizycznie cała należę do niego, ale na tym etapie wiem, że nic nie zależy ode mnie. Chcę jednak, żeby wiedział, że w przypadku tego głębokiego nieszczęścia, jakie go spotkało, czymkolwiek ono jest spowodowane, nie zostanie sam. Nie staram się obsesyjnie go uciszyć. Mam w dupie, że sąsiedzi pomyślą o mnie, żem zła matka. Ma taki czas i tak to musi wyglądać. Jego historia jest trudna i smutna, ale nie moją rolą jest ją na siłę naprawiać. Wysłucham. I tyle.

Jestem z nim tak długo, aż zaśnie i wtedy wiem, że zrobiłam co mogłam. Nie żeby przestał płakać, żeby się przymknął, żeby ulżyć mu w cierpieniu. Tak, dziecko płaczem sygnalizuje potrzebę, ale nie każdą można zaspokoić z ,,zewnętrz”. Są potrzeby, których nie odgadniemy albo na które nie zaradzimy. Co można zarobić, to pokornie zaakceptować ten fakt i być. Jeśli poza coraz silniejszym bujaniem i wpychaniem smoczka potrafisz to zrobić- to nie tylko dobry z ciebie rodzic, ale przede wszystkim dla tego małego nieszczęsnego człowieka w chwili kryzysu stajesz się przyjacielem na dobre, na złe i na najgorsze.

 

 

Pieluszkoteka

Mam kilkadziesiąt pieluszek wielorazowych różnego typu do użytkowania przez pół roku, poza tym za sobą (wraz z Marcinkiem) szkolenie z tejże tematyki w przemiłej domowej atmosferze, face to face. Za tę przyjemność zapłaciłam równowartość może z czterech pieluszek. Jak to możliwe?

Na naszej dzielnicy działa bowiem ,,Pieluszkowa Biblioteka” (Nappy Library), którą non profit zajmuje się pewna urocza mama rocznej dziewczynki. Przyjmuje pieluszki od darczyńców i organizuje przekazywanie ich dalej- trafiłam do niej dzięki facebookowi (chyba to nikogo nie dziwi…). Pieluszki po trzech miesiącach należy wymienić na większy, uniwersalny rozmiar, a po pół roku oddać. Przez ten czas można metodą prób i błędów dojść do tego, jakie są najlepsze i pasują do stylu życia danej rodziny.

Pomysł uważam za wspaniały i cieszę się niezmiernie, że udało nam się skorzystać, bo podobno lista oczekujących jest dosyć długa (ja dostałam swój komplet na czas, bo zainteresowałam się sprawą już w 3 miesiącu ciąży). Marcin też żywo zainteresował się tematyką i już stał się specjalistą od wkładów konopnych i wełnianych otulaczy…

Miesiąc i kilka dni przed terminem porodu nic nie jest w stanie nas ruszyć emocjonalnie poza przygotowaniami i sielankowymi wizjami noworodka w przychodzącego na świat w odnowionym, pięknie odmalowanym pokoju :) Po prostu mamy wszystko inne totalnie w d… Pieluszki w samolociki i sznureczek do podwiązania pępuszka z księżycem i gwiazdką to jedyne interesujące nas obecnie tematy!

Dlaczego nie chcę znać płci dziecka przed porodem?

Za nami jedno, pierwsze i ostatnie USG. Więcej podglądania Dzidzia nie będzie. Obecnie normą jest ,,poznanie płci dziecka” przed jego narodzinami i oczywiście zarówno Felcia jak i Lilę również w tym celu demaskowaliśmy w okolicach osiemnastego tygodnia ciąży. Nie mam z tego powodu żadnych wyrzutów czy niesmaku. Jednak tym razem postanowiliśmy inaczej. Nie chcemy znać płci dziecka zanim się urodzi. Dlaczego?

1. Bo szanujemy prawo według którego przez X lat istnienia gatunku ludzkiego nie było w 100 % wiarygodnej metody by wiedzieć czy narodzi się chłopiec czy dziewczynka. Matki bazowały na swojej intuicji, na momencie poczęcia, ale ostatecznie nie dało się tego idealnie przewidzieć. Działo się tak z jakiegoś powodu, którego my nie znamy, ale nie chcemy z nim polemizować. Gdyby na wieść o chłopcu w macicy na czole matki wyskakiwałaby zielona kropka, wszystko byłoby jasne. Ale tak się nie dzieje. Jest w tym zamysł, który postanowiliśmy uświęcić.

2. Bo nie chcemy się nastawiać mentalnie ani na chłopca ani na dziewczynkę. Nie chcemy determinować sposobu życia i funkcjonowania naszego Dzidzia w społeczeństwie zanim się jeszcze urodzi. Przecież wiadomo, że jak tylko ogłosimy, że szykuje się panienka, zostaniemy zasypani toną seksualnie określonych gadżetów i ubranek. I nawet jeśli będą to tylko śpioszki w różowe muchomorki, słodkie i niewinne, NIE CHCEMY tego określenia teraz, gdy ono sobie tam niewinnie hopsa na pępowinie i ma gdzieś swoją własną płeć. Nie chcę tego Dzidziowi odbierać, nie chcę zaburzać energii bezwarunkowej miłości którą my go darzymy bez względu na to, czy jest chłopcem czy dziewczynką.

3. Nie chcę mieć żadnych dodatkowych USG ponieważ nie wierzę w jego 100 % bezpieczeństwo. Marcinek też nie.

4. Bo chcę tę ciążę przejść skupiając się na porodzie, oksytocynowym haju i wizji idealnego ciałka które pojawi się z kosmatą główką a nie na snuciu domysłów jak Dzidzio będzie wyglądało za 10 lat i ,,kim będzie w przyszłości”.

5. Bo chcemy poczuć, jak to jest odkryć płeć dziecka po porodzie. Chyba trudno o większą ekscytację! I chociaż są tylko dwie możliwości do wyboru, nie wiem, co mogłoby być piękniejszą niespodzianką niż chłopiec albo dziewczynka, któreś z tych dwóch zmaterializowane nagle z platońskiej jaskini, w której było po prostu Dzidziem!

6. Bo jest mi doskonale wszystko jedno. Tak bardzo wszystko jedno już dawno mi nie było. I to jest cudowne. To jest tak cudowne, że w milszych momentach potrafi mi nawet osłodzić rzyganie kwaśnymi jeżynami!