Archiwa tagu: akcesoria dziecięce

Nosidło

 Byłam dzisiaj na zakupach (sezon urodzinowy w pełni). Przemierzając korytarze świątyni konsumpcji przyuważyłam kobietę z dzieckiem mniej więcej w wieku Guciutka. O zgrozo, nosiła je w nosidle ,,przodem do świata!”, o którym to typie tyle strasznych rzeczy się naczytałam w życiu. Że szkodliwe, że rodzice którzy je wybierają są niedouczeni… Co fakt ostatnio nawet ubolewałam nad tym, że są narzędziem szatana, bo sama miałam ochotę powiesić Gucisko w czymś w czym mógłby sobie spokojnie świat obserwować zamiast miotać się jak ryba bez wody przyklejony bliskościowo potem do mojej klatki piersiowej, ale ta ochota nigdy nie wyszła poza strefę sprośnych mrzonek- o nie, ja na pewno z niczym takim nie pokażę się na mieście! Wszak wszystko muszę mieć idealne, jak w reklamie naturalparentingu, nawet smoczek z prawdziwej gumy, za który dałam tyle ile za dobry obiad w knajpie…

Więc moje dziecko oczywiście w nowiutkim ergonomiku.

Mijamy się i ja myślę coś niepochlebnego na temat tego nosidła i coś współczującego na temat tej mamy i dziecka.

A ona, ta mama, posłała mi piękny uśmiech. Pewnie pomyślała: ,,O, jak fajnie, ona też nosi”.

I zrobiło mi się strasznie głupio. I całą resztę dnia myślałam o kobiecej solidarności, a raczej jej braku i o tym, jaka jestem jeszcze daleka do solidarnościowego ideału.

Ale wieczorem już się tylko cieszyłam, że ona też nosi. I że następnym razem w takiej sytuacji też po prostu się uśmiechnę.

 

Po pół roku…

Jutro minie pół roku od dnia w którym Gucisko zdecydowało się przyjść na ten świat. Nadal wspominam jego poród z rozmarzeniem a wspomnienie to napełnia mnie poczuciem mocy i wiary w siebie… Mogę wszystko i jestem silna- nie wiem, czy cokolwiek będzie kiedyś w stanie zmienić tę moją samoocenę… To uczucie, kiedy widzisz swoje dziecko, świeżo urodzone i podnosisz je sama…. Nie ma nic bardziej BARDZIEJ! Przynajmniej ja nic BARDZIEJ nie doświadczyłam w moim życiu. Minęło pół roku a ja wciąż w tym jestem.

O Guciutku- jest normalnym niemowlakiem w swojej grupie wiekowej. Czyli być może zaczyna ząbkować, co objawia się awanturowaniem po nocach, niepokojem, trudnością w zasypianiu. Z reguły pogodny, ale zdecydowany w swoich dążeniach. Śmieje się radośnie pod wpływem ambitnych żartów typu ,,kto jest moje bobo, bobo, bobobobobo?”. Posadzony siedzi stabilnie chociaż sam nie wykazuje najmniejszej ochoty na żadne akrobacje. Umie się przewrócić na brzuszek, ale tego nie robi. Od miesiąca natomiast dziczeje jak tylko w jego pobliżu znajdzie się coś jadalnego albo w jego mniemaniu jadalnego. Z tego powodu nie udało nam się utrzymać wyłącznego karmienia piersią przez pierwsze sześć miesięcy życia ;) Bo już mając pięć zdarzało mu się ukraść to i owo a teraz kradnie regularnie i smakował już owoce, warzywa, ryż, makaron, chleb i mnóstwo innych rzeczy. Nie przyrządzam nic specjalnie dla niego i sama mu nie podaję, ale w granicach racjonalności pozwalam na częstowanie się z mojego talerza. Gdy mam ochotę na coś czego definitywnie on nie powinien próbować, czekam aż zaśnie :)

Pieluszki poszły już w odstawkę i nie używamy ich w nocy ani w dzień. Ogromny postęp dokonał się na naszych wakacjach, podczas których przez całe 12 dni nie zakładałam mu pieluszki od rana do wieczora żeby potem nie trzeba było ich prać gdyby coś tam zdarzyło się Guciutkowi  popuścić. Przyznam, że zużyłam na naszym dzikim campingu cztery pampersy…. Lało jak z cebra, nie było jak prać, suszyć ani wysadzać dziecko przed namiot… Miałam jednorazówki ze sobą w razie emergency i to emergency pojawiło się właśnie raz w środku lasu pewnej nocy. Ale cztery przez pół roku to nie znowu aż taka tragedia ;) A teraz budzi się na sikanie w nocy, stęka (lub się drze- przez to nocki ostatnio bywają delikatnie mówiąc długie), sika i idzie dalej spać, czasami okrasi sobie sikanie mlekiem z cycusia :) W każdym razie nie musimy już używać pieluszek w nocy!

Gdy czasami mówię o tym, że owszem… Nie mamy wózka, nie odciągam mleka, mały nigdy nie mia butelki w ustach a teraz jeszcze przestaliśmy używać pieluch… To patrzą na mnie jak na dwugłowego szympansa albinosa w ZOO… Ja jednak czuję się dobrze z naszymi wyborami. W końcu, przy trzecim dziecku czuję sie FAIR wobec środowiska, wobec dziecka, wobec siebie. Nie mam absolutnie żadnych problemów z jego zdrowiem, wątpliwości co do jego rozwoju, wagi, zachowania. Jeśi będę miała jeszcze kiedyś kolejne dziecko (żyję nadzieją, że nie nastąpi to w ciągu najbliższych 5-6 lat!!!) wszystko zrobię dokładnie tak samo, jak z Guciem- ale wysadzanie zacznę od urodzenia a nie 4 tygodnia życia :)

Jest jedna sprawa, która zapewne skończy się zabiegiem w szpitalu, niegroźna (póki co) kwestia anatomiczna, która być może przeszkadzałaby mu w przyszłości, więc jesteśmy zdecydowani na leczenie tzw. konwencjonalne. Raz w życiu był u lekarza bo poszłam poinformować o tym, że nie będziemy go szczepić i rutynowe badanie wykazało konieczność podjęcia dalszych kroków. Myślę, że przy całej reszcie szybko dojdzie po tym do siebie a my razem z nim.

Oczywiście nie jest tak, że wszystko jest nieskazitelnie idealne, jestem zmęczona i czasami nawet bardzo, zdarza się, że nie mam czasu ugotować, o sprzątaniu nie wspomnę bo na to z reguły nie starcza mi siły! A tę wolę oszczędzać na kolejną noc albo całodzienną wyprawę z trójką dzieci i plecakiem. Fantastyczne jest to, że Marcin pracuje tylko 3 dni w tygodniu, inaczej byłoby zapewne trudniej. A tak jakoś ciągniemy :) 

Rozwijamy się także zawodowo, rozkręca nam się biznes kapsułkowania łożysk (ja naganiam klientki a Marcinek kapsułkuje bo ma wymagane certyfikaty) a niebawem idę uczyć się na temat tradycyjnej pierwotnej wiedzy o ‚preconception medicine’ z Ameryki Południowej. Oczywiście z Guciutkiem na podorędziu.

Nigdy nie czułam tak bardzo że posuwamy się do przodu :) I pamiętam o tym, że małe kroczki są OK.

 

 

 

 

 

Co zrobić gdy dziecko płacze?

Ten wpis miałam ochotę popełnić już dawno. Chyba jeszcze zanim w moim życiu zaistniał Guciutek. Bo płacz dziecka, bez względu na wiek, to temat który wzbudza ogromne emocje. I zdanie na jego temat jest jednym z silniej dzielących. Tacy już jesteśmy, że łatwo przychodzi nam ocenianie innych. Słyszymy w markecie płacz niemowlaka i w duchu współczujemy mu matki, która nic nie robi, lecz jak gdyby nigdy nic przegląda proszki do prania. Wrzeszczący kilkuatek rozżarza w nas morderze instynkty, bo na pewno rozpuszczony i drze japę o lizaka. Albo tablet. No, w każdym razie wymusza, bo cóż innego mógłby robić? Noworodek- wiadomo- na ch… ciągną tak małe dziecko w miejsca publiczne? Przecież są w nich zarazki, zimno, gorąco i w ogóle kiepsko. A jeszcze Bogu ducha winni ludzie muszą tego słuchać. Biedne maleństwo, biedne otoczenie!

Niestety, niebezpieczny bywa ten ,,bliskościowy dyskurs”, który absolutnie wyklucza stosowanie metody ,,wypłakiwania” dziecka (i dobrze) ale w zamian daje na talerzu pięknie udekorowane poczucie winy. ,,Profesjonaliści” od bliskości z dziećmi w ładnych słowach sugerują, że wszyscy rodzice to pozbawieni empatii krzywdziciele własnego potomstwa. W jaki sposób? Ano, niewinnym stwierdzeniem że dziecko płacze bo sygnalizuje potrzebę. Jest to oczywiście prawda. Ale co ma sobie pomyśleć matka, która od 2 godzin skacze po ścianach żeby jej maleństwo zamilkło? No jedyne co sobie pomyśli, to że jest beznadziejna, bo nie umie odczytać sygnału o potrzebie. Przecież dała jeść, zmieniła pieluszkę, włożyła do chusty! A to dalej ryczy i ryczy. No po prostu dno!

Pół biedy, jeśli taka mama otoczona jest mądrym wsparciem, ale najczęściej tak nie jest. Z reguły słyszy, że dziecko ma albo ,,charakterek”, czyli robi jej na złość, albo to ona partaczy. Na przykład głodzi dziecko. Albo przymraża. Ewentualnie podgotowuje albo torturuje metkami u kaftanika! Tak czy siak, płacz dziecka postrzegany jest jako coś jednoznacznie negatywnego. Przestępstwo dziecka lub matki, czasami obojga rodziców. I ktoś musi ponieść za nie karę. A najłatwiej ukarać osądem. Wyroki sypią się więc jak plastikowe koraliki z rozprutej poduszki- rogala…

Co by się stało, gdyby przyjąć po prostu, że płacz jest sposobem komunikacji małego dziecka ze światem, jest zjawiskiem fizjologicznym i potrzebnym, bo bez niego nikt na malucha nie zwracałby uwagi- umarłoby biedactwo z głodu. Bo nie zapyta uprzejmie: ,,Przepraszam, czy mógłbym dostać trochę mleka?”, nie zagai ,,Ta pogoda dzisiaj! Ciśnienie opadło, czy jak?” i nie zacznie snuć historiii: ,,Nie uwierzycie, ale 3 tygodnie temu znalazłem się w zupełnie dziwacznym miejscu. Wszystko jest suche, jasne i zimne. W dodatku coś dziwnego dzieje się z moim ciałem. Co jakiś czas wylatuje z niego jakaś substancja i to często boli!” I tak dalej, i tak dalej. Nie zrobi tego, Może jedynie płakać. I chociaż wygląda to traumatycznie, nie traktujmy tego jak końca świata. Do jakiegoś momentu wolno zgadywać. Po kilku dniach życia dziecka rodzice z reguły już rozpoznają który płacz jest od głodu, a który od zmęczenia, ale jeśli nie, to też nic takiego. Nie jesteśmy złymi matkami, gdy nie mamy pojęcia czemu dziecko ryczy i nigdy nie dajmy sobie tego wmówić. Powodów może byc trzysta pięć, co gorsza, to co wywołało dramat w poniedziałek, w środę przejdzie już przez maluszka niezauważone. A 4 tygodnie później już nikt nie pamięta że zrobienie kupy albo sikanie mogło powodować czarną rozpacz, za to dźwięk piszczącej gumowej myszki staje się głównym winowajcą… I tak w kółko, aż dziecko zaczyna mówić. Nowy etap i nowe powody do płaczu…

Guciutek wpada w amok płaczu mniej więcej co 7-10 dni. Szczególnie gdy jest zmęczony, przebodźcowany. Nagle zaczyna okropnie krzyczeć. Brzmi to mniej więcej jak połączenie zepsutej piły mechanicznej z rżeniem konia w agonii. Znacie to? No to wiecie, jak system nerwowy dorosłej osoby może na coś takiego reagować. Co wtedy robię? Nic. Właściwie nic szczególnego. Oferuję pierś. Z reguły nie chce. Bujam. Nie pomaga. Noszę. Nic. Kładę spać, daję smoczek. Amok trwa. OK, czyli to coś, na co nie mam żadnego wpływu. Po co mam nim trząść skoro to nie przynosi ulgi? Po co tracić cenną energię. Kładę go koło siebie, smoczek trzymam w pogotowiu, tak jak i gołe cycki zaraz przy jego nosie w razie gdyby zmienił zdanie. Otulam, całuję w czółko. I jestem. Fizycznie cała należę do niego, ale na tym etapie wiem, że nic nie zależy ode mnie. Chcę jednak, żeby wiedział, że w przypadku tego głębokiego nieszczęścia, jakie go spotkało, czymkolwiek ono jest spowodowane, nie zostanie sam. Nie staram się obsesyjnie go uciszyć. Mam w dupie, że sąsiedzi pomyślą o mnie, żem zła matka. Ma taki czas i tak to musi wyglądać. Jego historia jest trudna i smutna, ale nie moją rolą jest ją na siłę naprawiać. Wysłucham. I tyle.

Jestem z nim tak długo, aż zaśnie i wtedy wiem, że zrobiłam co mogłam. Nie żeby przestał płakać, żeby się przymknął, żeby ulżyć mu w cierpieniu. Tak, dziecko płaczem sygnalizuje potrzebę, ale nie każdą można zaspokoić z ,,zewnętrz”. Są potrzeby, których nie odgadniemy albo na które nie zaradzimy. Co można zarobić, to pokornie zaakceptować ten fakt i być. Jeśli poza coraz silniejszym bujaniem i wpychaniem smoczka potrafisz to zrobić- to nie tylko dobry z ciebie rodzic, ale przede wszystkim dla tego małego nieszczęsnego człowieka w chwili kryzysu stajesz się przyjacielem na dobre, na złe i na najgorsze.