Archiwa tagu: akcesoria

Zrobiłam ośmiościany!

   Piszę, bo naszły mnie dzisiaj wspomnienia szkolne. Ostatnio Felek interesuje się geometrią (więc ma geometryczne ,,activity books”, youtuba odpalonego na szkoleniowych filmikach typu ,,Shapes songs”- kocham je, ile można się nauczyć słuchając mantrowego ,,I am a cone, I am a cube, I have six sides- poezja!, gdzie noga nie stanie, wyszukujemy kształtów i brył… no, jest intensywnie) więc postanowiłam uświadomić mu, że mając siatkę, sztywny papier, nożyczki i klej można samemu zrobić bryłę z tego co zostanie najpierw narysowane na papierze.

Tata wydrukował zatem siatkę ośmiościanu (inaczej nazywanego oktaedrem, co też nam się bardzo spodobało) w pracy i dzisiaj nadszedł wielki dzień. Postanowiłam spróbować.

Muszę tutaj napisać o pewnym moim doświadczeniu z gimnazjum. Przy okazji geometrii na matematyce każdy miał w domu podczas ferii (bodajże zimowych) zrobić jakąś bryłę w domu z dowolnej siatki. Pan G. spytał czy są tacy, którzy chcieliby zrobić to na szóstkę i jeśli tak, to on wydrukuje im siatki jakichś stuścianów czy osiemdziesięciosiedmiościanów, już nie pamiętam, bo i tak na wstępie uznałam to za szaleństwo- marnować ferie tylko po to, żeby dostać szóstkę z jakiejś tam matematyki?!

Nie pamiętam już także, czy sama skleciłam jeden jedyny sześcian, czy zleciłam to koleżance w zamian za napisanie wypracowania, jedno jest pewne, wyrobiłam się z tym ostatniego dnia ferii (bodajże zimowych) żeby nikt nie miał się do mnie o co przyczepić pierwszego dnia po przerwie (powrót do szkoły był dla mnie wystarczającym wrzodem na d…). Pan G., widząc moją wypocinę, powiedział skrzywiony, że stać mnie na więcej a ja za Chiny nie wiedziałam o co mu chodzi. Zrobiłam cokolwiek, po co więcej, skoro COKOLWIEK było w wymogu?! No jasne, poczułam leciutkie ukłucie widząc prace ,,szóstkowiczów”, w istocie imponujące, wielokrotnie staranniejsze niż mój nieszczęsny sześcian, mimo że przecież trudniejsze i dużo bardziej pracochłonne w wykonaniu! Ten niesmak minął mi dopiero kilka lat później, gdy jeden z ,,szóstkowiczów”, odnowiwszy ze mną kontakt na naszej klasie, poprosił o napisanie w jego imieniu listu miłosnego do wybranki. ,,Ha!- pomyślałam- a ja cię o stuścian nie proszę” :D

A dzisiaj zrobiłam dwa ośmiościany foremne, żeby sprawić przyjemność dzieciom. Nie dostałam za nie żadnej oceny a odbiorcy zareagowali entuzjastycznie, od razu też zaczęli bryły wykorzystywać w zabawie. Widziałam też dość spore zainteresowanie w ich oczach, gdy kreśliłam siatki na arkuszach brystolu. Wspomagając się tą wydrukowaną, ale czy to ważne? Ważny jest efekt. Nigdy nie cierpiałam na przerost ambicji, dostawałam częstokroć faktycznie niższe oceny niż mogłam (w mniemaniu swoim własnym bądź nauczycieli) bo generalnie w 90% zajęć szkolnych nie widziałam sensu. Zrobiłam dzisiaj te nieszczęsne ośmiościany i widzę, widzę w tym sens. Nawet jeśli już jutro zostaną zgniecione z kartoflami albo utopione z wannie, jeden błysk zaciekawienia w oku sześciolatka i pięciominutowa zabawa czterolatki w malutki ośmiościenny statek kosmiczny były tego warte.

A głupawka małego chłopca wykrzykującego pozornie bez sensu ,,Cześć! Jestem oktaedr! Cześć! Jestem prostopadłościan!” inspiruje mnie do sklecenia CO NAJMNIEJ dziesięciościanu!

To ja nie jestem ambitna? Ja? :)

20151021_141000 20151021_204232

 

Ciąża drogą mailową- recenzja intymna

Uwaga, nadeszła historyczna chwila! Oto na moim blogu po raz pierwszy pojawia się artykuł (prawie) sponsorowany! Dałam się bowiem namówić miłemu Panu z wydawnictwa Novae Res na okazyjne czytanie i recenzowanie ichnich książek. Które sama sobie wybiorę z bogatej (na prawdę bogatej!!) oferty i otrzymam. I proszę, oto kilka dni temu z Gdyni do Londynu przyszła paczuszka z książkami. A że naprawdę uważam, że książek (szczególnie tych przeczytanych) na koncie nigdy za wiele, od razu zabrałam się za przegląd.

W trzy dni poradziłam sobie z niewielką publikacja pt. ,,Ciąża drogą mailową„. Będę szczera. Jako doula i pasjonatka rozwiązań najbliższych jaskiniowcom, jak również propagatorka naturalnych antydepresantów zgrzytnęło mi to, jak wiele smutków opisanych jest w tej książce. Została ona złożona na wzór mailowej rozmowy dwóch przyjaciółek, które niemal w tym samym czasie zaszły w ciążę, a ich terminy porodu różniło zaledwie kilka dni.  W ,,mailach” od samego niemal początku same tragedie, dodatkowo czytając ma się wrażenie że w czasie ciąży nie ma nic ważniejszego na tym świecie niż wyprawka (second hand czy nówki- oto jest pytanie) a zdrowie, samopoczucie i wygląd to pod każdym względem ruina nie do obudowania. Owszem, czytelnik przygotowany jest na to, że książka opisuje prawdziwe trudy i radości ,,błogosławionego stanu” ale niestety bilans wypada zdecydowanie na korzyść tych pierwszych… Strach, zmęczenie, psychiczne doły bez wyraźnej przyczyny, chęć poddania się cudzym decyzjom to dominujące na łamach ,,Ciąży drogą mailową” uczucia. Rozstępy, za małe buty, nierozumiejący nic mąż, brak empatii u dwuletniego dziecka- w zasadzie czytając, zastanawiałam się, jak to możliwe, że ja to wszystko w ogóle przeżyłam! Musiało być ciężko :) No i było- ale o tym zaraz.

Gdzie nawiązywanie relacji z dzieckiem od poczęcia, chodzenie na spotkania o tematyce laktacyjnej (może dzięki nim udałoby się uniknąć podania butelki w kilka dni po porodzie- o tym książka milczy ale to w końcu nie miał być poradnik i dobrze!), super hiper sesja ciążowa, która pozwoliłaby poczuć się piękniej, wybór chusty zamiast wózka?!- moje doulowe serce pękało na co drugiej stronie :D

I gdy tak sobie wewnętrznie biadoliłam nad książeczką, uświadomiłam sobie, że to mogłam napisać ja- a właściwie nie, bo niestety nie miałam tego szczęścia w postaci przyjaciółki która ze mną dzieliłaby to wszystko. Jako młoda mama, zarówno podczas pierwszej, jak i drugiej ciąży, czułam się sama jak palec. Miałam wszystkiego dosyć. Bałam się, jak to będzie, przy Felku panikowałam wręcz na myśl o porodzie. Płakałam na widok coraz liczniejszych rozstępów. Nie miałam na nic siły. NIE nawiązywałam więzi z dzieckiem od poczęcia. NIE chodziłam na spotkania o tematyce laktacyjnej (jakimś cudem udało mi się nie ponieść tego konsekwencji które tak często doskwierają młodym mamom i ich noworodkom…). Sesje foto owszem, miałam, dzięki uprzejmości koleżanki. Oglądanie zdjęć przyniosło mi wielką ulgę, chociaż wiedziałam, że nie byłabym taka kwitnąca na nich gdyby nie fotoshop. Ale co tam. Nie miałam pojęcia o chustach a wybór wózka wydawał mi się dużo ważniejszy niż zadbanie o własną decyzyjność podczas porodu i po nim.

Do licha, te ,,maile” po prostu odzwierciedlają zakichaną rzeczywistość, są boleśnie prawdziwe. I nie, nie chodzi o to, że ciąża to koszmar, poród koszmar a dziecko jest ogólnie przereklamowane. Chodzi o to, że żyjemy w świecie, gdzie rozstępy na prawdę mają prawo być powodem do płaczu wielu kobiet. Bo zdarza się, że mąż porzuca, przyjaciółki się odwracają a życie przestaje mieć sens tylko dlatego, że matka przestaje być seksbombą z plakatu a jej dyspozycyjność drastycznie spada. Ja, widząc pękającą skórę na brzuchu w 7 miesiącu ciąży z Felkiem modliłam się żeby mi się tatuaż nie rozszedł, a kilka miesięcy po porodzie, zamiast opłakiwać koniec karmienia piersią, opłakiwałam fakt, że rozstępy mi nie zniknęły. Moja kobiecość, jej świadomość, ewoluowały od tego czasu. Moje dzieci mają po kilka lat. Zupełnie akceptuję własną cielesność. Jednak ta mini- książeczka uświadomiła mi, że ja te wszystkie problemy rozumiem. To, że przestały być MOIMI problemami nie sprawiło, że straciły rację bytu. I tak sobie myślę, że niewiele jest przekazów w naszej kulturze, które tak wyraziście akcentowałyby uczucia KOBIET w tym szczególnym czasie, jakim jest ciąża. Dzieciątko, mąż, starsze dzieci, zdrowie w wymiarze fizycznym- to o nich, paradoksalnie jest najwięcej w poradnikach dla matek (nie wierzycie- zajrzyjcie do jakiegokolwiek, od mainstreamu, po najalternatywniejszą alternatywę- wierzcie mi, że trochę tego przeczytałam). I chociaż boli to poczucie, że o tym strachu pisze się jak o czymś co po prostu JEST a nie jak o czymś, co warto by było jakoś usunąć, to jednak odświeżające jest przyjęcie zjawiska- tak, kobieta w ciąży się BOI. Jest pełna strachu i ma do tego prawo. I zupełnie nie ma obowiązku tak organizować swoim życiem, by się tego strachu pozbyć. To obowiązkiem jej otoczenia jest niepogłębianie tego strachu. Dla mnie, jako osoby na co dzień obcującej z przyszłymi mamami, ta perspektywa wydaje się dosyć ciekawa. Na pewno warta rozważenia. Wyzwalająca mimo wszystko.

To, że kobieta pod koniec 9 miesiąca błaga lekarkę o wywołanie porodu też o czymś świadczy- przyznaję!- chociaż taka ze mnie orędowniczka ,,czekania aż dziecko będzie gotowe”. Dokoła mnie wciąż jest wiele kobiet, które wbrew własnej woli zapisano lub bardzo usilnie namawiano na indukcję chociaż nie miały żadnych wskazań medycznych- ja im serdecznie współczuję i wspieram je w podążaniu za własnymi odczuciami, nie szpitalnymi ramówkami, ale po przeczytaniu ,,Ciąży drogą mailową” pomyślałam, że chociaż dla gospodarki hormonalnej kobiety pewnie lepiej zaczekać, czy nie ma ona prawa ulżyć sobie gdy czuje, że już na prawdę chciałaby mieć to za sobą? Kto poza nią jest w stanie uznać, czy to już jest TEN moment, czy jeszcze nie?

Jako pasjonatka naturalnych porodów może nie powinnam tak pisać, ale na prawdę dotarło do mnie, że są chwile, w których decyzyjność kobiety zasługuje na najwyższy piedestał. I jest to z pewnością 9 miesiąc ciąży. Jeśli mama marzy o indukcji, to powinna mieć prawo wyboru i jego realizacji. Tak czuję. Jako doula też. Jako doula zwłaszcza chyba. A jednak dziwnie mi to pisać :)

Reasumując, wg mnie ,,Ciąża drogą mailową” nie jest raczej książką dla przyszłych mam, chociaż może tym bardziej samotnym przyda się poczucie, że wszystkie inne kobiety też martwią się rozstępami, porodem, brakiem libido i kupują w ciąży milion niepotrzebnych rzeczy. Jednak jest to otrzeźwiająca pozycja przede wszystkim dla tych, którzy towarzyszą PRAWDZIWYM kobietom, nie abstrakcyjnym wytworom porodowych konferencji. Czyli mężczyznom, doulom, przyszłym dziadkom. Lęki przyszłych mam nie powinny pozostawać w sferze tabu, bo z tego rodzą się mity i wynaturzenia. Poznajmy je, przypomnijmy sobie ich istotę. Razem stawmy im czoła.

PS. Chyba nauczyłam się wstawiać odnośniki do tekstu!!!!! Na prawdę historyczny wpis :)

 

Hulajnoga

Felinek uparł się, że do miasta pojedzie na hulajnodze. I chociaż ani ja, ani babcia, ani dwie ciocie które z nami ku temu miastu zmierzały- nikt!- nie wierzyłyśmy, że dojedzie, pozwoliłam mu wystartować ze sprzętem. Dotychczas robił bardzo małe dystanse.

Hulajnoga już na drugim bodajże skrzyżowaniu wylądowała w koszu wózka, a dwoje dzieci za rączkę z mamą wlokło się jak żółwie, jak zawsze zbaczając z trasy co kilka metrów, nie żałuję. Chociaż potem musiałam we wózku pchać dwójkę i hulajnogę. A potem jeszcze tonę zakupów. Ale nie podcięłam skrzydeł, nie mówiłam, że nie da rady, chociaż doskonale wiedziałam, jak to się skończy, że będzie to dla mnie pewne, być może duże utrudnienie. I było.

Tylko czyj to był pomysł, żeby telepać się do miasta, mój (w sensie dorosłej części), czy ich? Ja chciałam iść, one nie wpadłyby na to, trzeba było opracować kompromis. Ten kompromis powolutku dopracowuję do perfekcji. Ja mam jakiś plan na dzień i go wykonujemy, ale w tempie możliwym dla dwuletniej niespełna kruszyny- wszak powinno być ono dostosowane zawsze do najsłabszego ogniwa. A ogniwko moje złote nie raczy jeździć we wózku, chyba, że pod koniec trasy, gdy jest już na prawdę zmęczone. Spacery trwają godzinami, trwają dniami, trwają niekiedy absurdalnie długo. Ostatnio godzinę (!) szliśmy na plac zabaw. Sama ten dystans pokonuję w 10 minut.

Widzę w tym sens, bo kto wymyślił czas? Nie one i coraz częściej dociera do mnie (a z ulgą owo docieranie przyjmuję!), że i nie ja. Nie, nie jestem odpowiedzialna za to wszystko, cały ten zmyślony dziwaczny system w jakim funkcjonujemy i tym bardziej nie chcę pozwalać, by były za to odpowiedzialne moje dzieci.

Istoty absolutnie i doskonale niewinne.