Archiwa tagu: buciki

Bez butów

Czasami mam wszystkiego dosyć, czasami namacalnie wręcz czuję sens tego w czym zdecydowaliśmy się płynąć. Dzisiaj był jeden ze zwyczajnych dni- wypad do parku, spotkanie ze znajomymi, zabawa błotem, przebieranki w muzeum. Felek przebrał się za starowinkę, Lila za Cygankę, dzieci z którymi byliśmy też ponakładały na siebie różne śmieszne i dziwaczne łaszki. Śmiechu i wariowania co nie miara.

Gdy nadszedł na to czas, ruszyliśmy przez miasto na przystanek tramwajowy. Lila w przebraniu tygryska i różowych lakierkach. Felek na bosaka. Po chodniku, ulicy. Ludzie się gapią, a my śpiewamy na głos. Popołudnie, więc dzieci wracające ze szkół mijały nas co kilka metrów. W mundurkach, lśniących czernią przepisowych butach na wlokących się nogach. My w podskokach, aż Felinek obtarł sobie piętę do krwi. Wtedy bez żadnych ceregieli ubrał buty. LIFE. To takie proste wszystko, że aż czasami boli.

Gdy tak bardzo bardzo uczestniczymy w zmianach jakie w sposób oczywisty dokonują się na tym świecie, jestem porażona ich intensywnością. Na boso przez metropolię dojdziemy do celu.

Chłopiec

Usłyszałam niedawno historię chłopca, którego nikt nigdy za nic nie pochwalił. Dodatkowo jego swoboda eksplorowania świata była drastycznie ograniczona. Gdy chłopiec podrósł i zaczął ,,sprawiać problemy”, odmawiając chociażby odrabiania prac domowych, zaprowadzono go do stosownego lekarza, ten zaś przepisał chłopcu psychotropy. Więc mamy kolejnego nienormalnego wymagającego leczenia już w wieku nastu lat, bo komuś się przewidziało, że wszyscy mają być jak z reklamy domestosa, ewentualnie spotu propagującego inny hitlerjugend.

Nie, to nie jest scenariusz najnowszego horroru ani nawet dramatu psychologicznego. To tzw. fakt autentyczny. Ba! Mogę pokusić się o stwierdzenie, że jest to historia zwyczajna. Jakich wiele. Identycznych lub bardzo podobnych.

Różne uczucia mnie nawiedzają, gdy ktoś sugeruje lub wprost mówi mi, że pozwalam swoim dzieciom za dużo. A owszem, decydują w na prawdę wielu kwestiach i lista tychże wydłuża się z każdym dniem, ponieważ wychodzę z założenia, że są coraz starsi (tak! oboje!…) i nie da się wychować pewnego siebie człowieka jeśli się tę pewność siebie konsekwentnie odbiera. A odbierać można na wiele sposobów, jednak jednym z bardziej niezawodnych jest podejmowanie decyzji za kogoś oraz nieskończone, do znudzenia powtarzanie, że decyzja wybrana przez daną osobę (choćby małą) jest błędna.

Długo by pisać czemu, ale nie chcę tego robić najbardziej na świecie chyba. Czasami trudno się oprzeć. Oto trzylatka decyduje, że spacer kontynuować będzie na boso. Jest początek marca, no jakże panie, jak to tak? Tym bardziej, że starszy brat podejmuje temat i już trampki w spajdermeny leżą sromotnie na błotnistej ścieżce, skarpety w spajdermeny metr dalej, w okolicy sponiewieranych pasiastych rajstopek. No coś we mnie krzyczy, żebym nie pozwalała, ludzie się gapią, ale w sumie czemu mam nie pozwalać? Nie rozumiem czemu. Jedyne co mi przychodzi do głowy to, że ja muszę teraz dźwigać w plecaku te buciory, ale na ten argument miękkość serca wystarczy bowiem niejeden raz coś dźwigałam żeby im się lepiej biegało, bawiło, żyło. A wy nie?

Mniejsza o to. Uczucia. Wnerw. Doświadczenie niesprawiedliwości. Smutek. Bezradność. Poczucie osaczenia. To wszystko, nie zawsze na raz, czasami coś dodatkowo napada mnie gdy słyszę, że dzieci trzeba trzymać w ryzach. Zawsze wtedy przed oczami stają mi statystyki chorób psychicznych w naszej cywilizacji i pytanie: czy można tego uniknąć? Czy fakt, że w USA już rocznie dzieci niekiedy diagnozowane są na ADHD (które to ostatnio zostało objawione jako ,,nieistniejące zaburzenie” co zupełnie mnie nie dziwi!) i faszerowane lekami nie daje do myślenia? Czy ,,problemy”z dziećmi w wieku szkolnym nie są przypadkiem powodowane przez nas samych- rodziców nadgorliwych i przekonanych o swojej słuszności tak bardzo, że wolą własne dziecko stawiać przed lekarzem niż zastanowić się nad sobą?

Mimo coraz bardziej rozkręcającej się fascynacji doulowaniem (a mam wrażenie, że wszystkie anioły sprzymierzają się, by pomóc mi TO robić) wciąż najbardziej jestem mamą. Mamą, podkreślam, swoich dzieci. I wciąż fascynują mnie ścieżki, jakimi możemy wędrować, odkrywając dosłownie i w przenośni nowe zakamarki. Jednym z nich jest idea poszerzania swojej tolerancji na cudzą realizację człowieczeństwa. Dziękuję moim dzieciom, że mnie tego uczą.

Pierwszy dzień w przedszkolu Lilianny

Lilianna była dzisiaj pierwszy raz w przedszkolu. Jakże różniło się to doświadczenie od Felkowego. Lila upewniła się, jak jest toaleta po angielsku, pożegnała się z nami i poszła z panią za rączkę przesypywać makarony. Po 2 godzinach panie zadzwoniły, że na pierwszy dzień wystarczy i że mamy po nią przyjść to przyszliśmy. Okazało się, że trochę płakała z tęsknoty, ale przedszkole jej się podoba i chce tam wracać. Nie muszę chyba pisać, że ja przez te 2 godziny miałam serce w gardle i na jakikolwiek dźwięk telefonu reagowałam neurotycznie? Na szczęście byłam wtedy na polskiej playgrupie otoczona wsparciem ze strony Marcinka i znajomych mam- czułam się doskonale rozumiana :)

Potem Lila dostała nowe buty do przedszkola i teraz nie może się doczekać aż znowu tam pójdzie bo jedna dziewczynka podobno ma takie same. Jak to niektórym do szczęścia niewiele potrzeba.

Wszystko odbyło się jakoś tak… normalnie. Lila dużo mówiła o tym, że płakała, tak jak o naturalnym zjawisku, nie w atmosferze wstydu czy traumy- no tęskniłam, to wiadomo, że płakałam, co nie? Ale ogólnie było fajnie. I w nowych butach już nie będę płakać, logiczne!

Na obiad były lody w ramach małego rodzinnego święta, wszak Lila była pierwszy raz w przedszkolu i chce tam iść znowu. Wszyscy których dziś spotkaliśmy (a było ich trochę) gratulowali Liliannie a ona zbywała to udawaną beznamiętnością.

Okrutnie żal mi Felinka.